stanęło przede mną marzenie. jedno z tych, które pieszczotliwie obracałam między palcami przed snem. któremu śpiewałam kołysanki pełne nadziei. które gładziłam po różowym policzku z wyjątkową czułością. stanęło przede mną i nie było piękne. pomarszczone, z mętnymi oczami, ziemistą cerą i zwiotczałą skórą. chude. kościste. odrażające. piskliwym głosem mówiło o rzeczach przyziemnych i bezsensownych. jakby zgubiło się w wielkim świecie i postradało rozum. nie dostrzegłam w nim choćby iskry wyjątkowości. delikatność dawno już wygasła, a bijący blask dogorywał w kącie wciąż jeszcze bursztynowych tęczówek. patrzyło na mnie wzrokiem zbitego psa i w głębi duszy błagało o pomoc. i wzięłam moje umierające marzenie za rękę czując, że nie wyniknie z tego nic dobrego. i miałam rację.
rozczarowanie depcze mi po piętach.
wciąż nie jeden, a dwa.