sobota, 30 października 2010

niewypowiedziane.

a co jeśli to jednak miłość?


pierwszy raz, od dawna, znowu poczułam to dziwne uczucie. sama nie wiem: dobrze to czy źle?

poniedziałek, 25 października 2010

niezrozumiałe dysonanse.


to nie jest tak, że lepiej mi kiedy Ciebie nie ma obok. źle mi z Tobą i źle mi bez Ciebie. kompletna paranoja. nie podoba mi się to co teraz robimy. i nic już nie mogę na to poradzić. znów obudziłam się po czasie.

próbuje od jakiegoś czasu zdefiniować miłość. próbuję i nic, zero, beznadziejny brak definicji. jak więc rozpoznać coś nie wiedząc czym tak naprawdę jest?


***
wraca zły humor. czuje jak delikatnie smyra mnie po łydkach.

sobota, 23 października 2010

to miłość od pierwszego wejrzenia. spojrzeliśmy na siebie nieśmiało. ja swoimi zielono-brązowymi tęczówkami. on - szklanymi oczami szyb teatrów, kościołów, uczelni i innych budynków. brązowo-złotymi oczami spadających liści. słonecznymi oczami ciepłych dni. ja i kraków. twarzą w twarz. czuliśmy swoje oddechy. on mój - podekscytowany i szybki. ja jego - ciepły i przyjemny. tak, to zdecydowanie była miłość od pierwszego wejrzenia!

wycieczka do krakowa okazała się nie tylko czasem na integrację z klasa i zwiedzenie kilku ciekawych miejsc. okazała się podróżą do najpiękniejszego miejsca jakie dane mi było zobaczyć. to przepiękne miasto. nawet jesień wydaje się przyjemniejsza niż tutaj. chciałabym tam wrócić, wracać tam jak najczęściej. trzymajcie kciuki, żeby za 2 lata przyjęli mnie na UJ i żebym mogła tam zamieszkać. trzymajcie!
swoją drogą... ciekawe czy życzenie pomyślane przy dzwonie zygmunta się spełni. pewnie nie, ale gdyby jednak... hmm.

poniedziałek, 18 października 2010

bez szans.

nie wiem czy powinnam pisać tu cokolwiek, bo korybut zrobił się bardziej publiczny niż bym tego chciała. jednak mam silną potrzebę pisania i wylewania tu za pomocą słów, wszystkiego co mnie gryzie od środka.

nie rozumiem. naprawdę nie rozumiem swoich uczuć. to dość prymitywne. moja podświadomość sama sobie zaprzecza. sama pod sobą kopie dołki. dołek, bach. wyczołgam się. krok, dołek, bach. wyczołgam się. dołek, bach, wyczołgam się. dołek, bach... tylko, że z każdym wygrzebaniem się świat wygląda inaczej. inaczej widzę wszystko co zostawiłam za sobą. bolą mnie sytuacje, które mają miejsce. 'ludzie się zmieniają, to nie twoja wina. korybucie. idź dalej i nie patrz za siebie'. jak bardzo bym chciała, żeby 'wykonać' było tak samo proste jak 'powiedzieć'. oddałabym za to naprawdę wiele. naprawdę... tymczasem nie mam możliwości zrobienia kroku do tyłu. nie mam szansy, żeby wszystko naprawić.
***
dawno nie byłam tak zła. tak zła na samą siebie. jak ja pięknie potrafię niszczyć sobie życie. owacje na stojąco.


ps. miałam być szczęśliwa do jasnej cholery. pytam się : gdzie to szczęście?

niedziela, 17 października 2010

wstać, pierdolnąć drzwiami i nie musieć nigdy więcej tego sluchać.

usiadłam w turkusowym fotelu przed szklanym monitorem. klatka piersiowa falowała intensywnie, oddech był niesamowicie ciężki. łzy zaszkliły zielono-brązowe tęczówki. 'nie płacz głupia, pamiętasz, miałaś już nie ryczeć. bądź silna do jasnej cholery. jeszcze tylko pieprzone 670 dni!'. zamknęłam oczy i odcięłam łzom drogę ucieczki. rozszerzyłam nozdrza i wciągnęłam głęboko powietrze. papierosy. woń papierosowego dymu przyniesiona z modjeskiej. i nagle wrócił obraz dzisiejszego wieczoru. odtworzyłam każda chwilę i stłumiłam nowo narodzoną złość. myśli stały się lżejsze, jakby bardziej klarowne. 'już niedługo wszystko się skończy, wytrzymaj korybucie' szepnęłam. 'a tymczasem ciesz się tym co masz. pamietaj że masz wokół siebie ludzi, którzy wyciągną cię z największego bagna. nie zapominaj o tym a wszystko się jakoś ułoży' dodałam głośniej.

kocham ich. kocham ale nie wiem czy dlatego, że tak po prostu wypada, czy dlatego, że inaczej nie potrafię. ale kiedy odstawiają takie cyrki mam ochotę spakować piżamę, szczoteczkę do zębów, trzasnąć drzwiami i zostawić to wszystko za sobą. nie mam pojęcia co mnie powstrzymuje...

czwartek, 14 października 2010

zdjęcia, łzy i wspomnienia.


jak ja za tym kurwa tęsknie. wracajcie! zrobimy kolejny event, kolejne warsztaty, kolejną czarną kawę w styropianowych kubkach. i znów będziemy się śmiać kiedy się nie zrozumiemy. będziemy rzucać pomysłami na prawo i lewo. wysyłać uśmiechy i jeść przy jednym stole. tak bardzo bym tego chciała, tak cholernie bardzo!

nie potrafię się dzisiaj ubrać w słowa. a tak wiele chciałabym powiedzieć. tobie, wam, sobie, im i jemu.

ps. świat z okna pociągu, w barwach zachodzącego słońca wygląda naprawdę pięknie.

wtorek, 12 października 2010

- za szybko budujesz w sobie nadzieję, korybucie.
- wiem. ale nie potrafię nie wierzyć, że wszystko będzie dobrze, że wszystko się ułoży...
- ty i twój niepoprawny optymizm. lubisz to rozczarowanie, kiedy w końcu wszystko spada z hukiem na ziemię?
- nie, ale...
- nie ma żadnego 'ale'. czasami musisz przyjąć do wiadomości, że życie to nie bajka. musisz, rozumiesz?! po prostu musisz...

taka bezsensowna kłótnia. od rana do wieczora.
tak minął wtorek.

piątek, 8 października 2010

kilka dźwięków przed północą.

boje się. boję się. słyszysz?! ja się cholera jasna boję.
czego? jak to 'czego'? nie, nie burzy. zarazy też nie. ani ciemności.
boję się, że nie wyjdę. nie wyjdę z labiryntu subtelnych, wątłych uczuć. jeden powiew i runie kilka ścian, kilka zadrga złowrogo a kilka zmieni miejsce.
błądzę już od kilku dobrych godzin. bolą mnie nogi, mam czerwone policzki i chyba zmarzłam tak bardzo, że nie czuję już zimna. zgubiłam się. zgubiłam się we własnym labiryncie. marny ze mnie architekt, skoro nie znam swojej budowli. tak, śmiej się. masz do tego prawo. śmiej się jak długo chcesz... śmiej, ale najpierw mnie przytul. przyciśnij moją rumianą twarz do swojej piersi. chce poczuć jak faluje pod wpływem łapczywie wciąganego tlenu. dotknij zimnego czoła rozgrzanymi wargami. połóż rękę na mojej trzęsącej się talii. szepnij do ucha kłamliwe 'już w porządku, przecież jestem', pozwól cieszyć mi się złudzeniem. i śmiej się! śmiej! śmiejmy się razem. tak łatwo drwi się przecież z uczuć.

zaczynam potykać się o swoje nogi. chciałabym usiąść znów na parapecie z dobrą książką i herbatą, otworzyć okno, poczuć łaskoczące promienie słońca i przywrócić to dobrze znane mi uczucie, kiedy optymizm wylewa się z moich kieszeni, błyszczy w oczach i wypełnia każdą cząsteczkę mojego ciała.
jak ja nie lubię jesieni!

wtorek, 5 października 2010

klik klak

klik klak - mruczy klucz w drzwiach. zamykam pewną część swojej historii. zaczynam pisać nową. mam przed sobą czystą, białą kartkę. tylko w prawym górnym rogu widnieje malutki znak zapytania i kilka niezgrabnie nakreślonych ćwierćnut. ale nie martwię się tym. mam przed sobą jasny cel. teraz po prostu będę szczęśliwa.

poniedziałek, 4 października 2010

'or somfing lajk zis'

wiesz, lubię Twój zapach. perfumy pomieszane z papierosowym dymem. oryginalny, jedyny w swoim rodzaju. zupełnie nie do podrobienia. idealne połączenie grzecznego, ułożonego mężczyzny z zadziornym facetem. gra aromatów, tworząca magiczną, wręcz czarującą całość. przyznaję sie. mogłabym przyswajać taką woń 24 godziny na dobe, 7 dni w tygodniu, 4 tygodnie w miesiącu, 12 miesięcy w roku i 'x' lat w ciągu całego życia. 'zwariowałaś?'. nie dziwi mnie to pytanie. ale tak, tak właśnie. zwariowałam. po raz kolejny pozwoliłam sie ponieść mojej wyobraźni i już wiem, że będę tego żałować. ale czy nie warto czasami pocierpieć, dla chwil takiego uniesienia? no czy nie warto?
***
alkoholowe procenty tańczą jeszcze w moich żyłach. czuję jak obijają się o ścianki zakłócając klarowne myślenie. wyobraźnia odtwarza obrazy, które zarejestrowała przez 10 poprzednich dni. nienawidzę pożegnań tak samo bardzo, jak kocham powitania. na samą myśl o tym, że już jutro wszyscy rozejdziemy się w swoją stronę, czuję, jak gorąca łza łaskocze moją powiekę, usilnie próbując wydostać się na zewnątrz. w głowie huczy mi 'senkju soł macz and i hołp mit you egen' i wiem, że było to prawdopodobnie najpiękniejsze 10 dni mojego życia.