wtorek, 27 września 2011

ktoś musi się o mnie modlić. odmawiać codziennie paciorek właśnie w mojej intencji. zaciskać kciuki, przebijając cienką skórę niewypiłowanymi paznokciami. w sakralnym skupieniu marszczyć nos i zamykać powieki na niebieskich tęczówkach. oh, z całą pewnością jest taka osoba. inaczej nie miałabym tyle szczęścia wśród mojego życiowego chaosu. inaczej już dawno wpadłabym w jakiś dół bez możliwości ucieczki. inaczej nie podniosłabym się po wszystkich upadkach i wciąż leżałabym z rumianym policzkiem umoczonym w błocie. 
dziękuję Ci pięknie, że dbasz o moje szczęście. kimkolwiek jesteś. 

na Twojej ciemnej twarzy jasne cienie.
zasiadłeś przy stoliku
i położyłeś na nim poszarzałe ręce.
sprawiasz wrażenie ducha,
który próbuje wywoływać żywych.
  
(powrót do szymborskiej.)


(kiedyś usiądę obok Ciebie i wypiję gorąca herbatę z moim Aniołem Stróżem)

niedziela, 25 września 2011

i already know, what it is love.

wzniosłam się dziś tak wysoko, że nie zdawałam sobie nawet sprawy z istnienia tak odległych przestrzeni. wzniosłam się dziś tak wysoko, że nie zamierzam już nigdy spaść. od dzisiaj będę Madonną Małgorzatą szukającą mistrza wśród sfer niebieskich. jedną z trzech. pięknych i niepowtarzalnych. 
a wzniosłam się za sprawą Boskiego dzieła i równie Boskich istot, które uchwyciły każdy mój zmysł i wątłe serce. chwyciły i nie puszczały przez jedną godzinę i dwadzieścia minut. a także za sprawą tego co wydarzyło się po owej godzinie i dwudziestu minutach. a było to zdarzenie wyrwane żywcem ze snu. sen na jawie, czy jawa we śnie - nie wiem już sama. ale palpitacje serca towarzyszą mi wciąż jeszcze i nie pozwolą dziś spokojnie zasnąć. było to zdarzenie, którego nikt i nic nie będzie wstanie wymazać mi z pamięci. którym przez długi jeszcze czas będę oddychać. które obudziło dawno już zapomnianą cząstkę w moim dwukomorowym sercu. a przede wszystkim było to wydarzenie, które pokazało mi czym jest miłość.
uświadomiona tak gwałtownie, ale bez żadnej brutalności chce przekazać Ci kilka zdań. choć wiem, że nigdy ich nie przeczytasz, powinny się tu znaleźć. mówią poniekąd o naszej historii:


Nie mogę żyć bez ciebie
I z tobą też nie,
A kocham tak namiętnie
I tak bezbrzeżnie.
(...)
Nie mogę śnić o tobie,
Bo nie śpię miesiąc,
A przecież śnić o tobie
Nie można, nie śpiąc!
Więc straszną czuję trwogę,
Bo nie śpię przecież,
Dlatego, że nie mogę
...


Bez Ciebie żyć (?).

z szymborskiej na tuwima. nie bez powodu. bez urazy. bez krępacji. dla owacji?
a strach wszelki diabli biorą. diabli wzięli.

sobota, 24 września 2011

dla wspaniałej mojej A.

lubię być korybutem. lubię móc powiedzieć o tym co mnie gryzie od wewnątrz. i o tym, co żarzy się radością pod kruchymi żebrami. tak po prostu. lubię mówić po swojemu, tak, by nie każdy rozumiał. 
a jeszcze bardziej lubię być korybutem, który powoli doprowadza swój umysł do najwyższej klarowności. który układa wszystko w swojej małej główce, eliminuje niepotrzebne elementy i ustala priorytety. 
lubię być korybutem. i dziękuję, że kiedyś go ze mną stworzyłaś, A.

środa, 21 września 2011

i jedyne co teraz czuje to żal wypalający mi dziurę po lewym przedsionku serca. wyrwałeś mi go, zgniotłeś w silnej pięści i rzuciłeś na ziemie. podeptałeś i podpaliłeś. nic z niego nie zostało. przez Ciebie znów jestem emocjonalną kaleką. znów zalewam policzki słonymi łzami. znów czuje, że tracę grunt pod małymi stopami. a Ty stoisz, patrzysz na mnie i nic nie robisz. stoisz tak brutalnie niewzruszony i uderzasz mnie w twarz. ile jeszcze muszę znosić tego upokorzenia i bólu, żebyś w końcu zrozumiał co do Ciebie mówię? przecież wiesz, że tak naprawdę nie jestem silna i dzielna. że nie mam siły by walczyć tak długo. przecież wiesz.

niedziela, 18 września 2011

pomyłka.

biały kruk okazał się wroną oblaną białą farbą.
król kier to tak naprawdę odwrócony pik.
palpitacje serca były uczuciem - nie strachem.
potoki łez są ulgą - nie męką.
tylko Wy okazaliście się prawdziwi.
tylko Was dobrze oceniłam.

czwartek, 15 września 2011

twa-klą-twa.

masz rację. to klątwa. nic innego. nie urok, nie wykrakanie. klątwa w czystej (o ironio) postaci. szczypie, drapie, pali, dusi, gryzie, rozrywa na części pierwsze wszystko co do tej pory leżało idealnie poskładane. albo przynajmniej sprawiało takie wrażenie. nie oszukujmy się, uniemożliwia mi normalne życie. a ja bez słowa sprzeciwu biorę ją jak swoją, chowam pod sukienką i zasłaniam uśmiechem. wywieszam białą flagę, podnoszę ręce. udaje, że wszystko jest w porządku. udaję, słyszysz?! cholera, ja tylko udaje. bo tak naprawdę dość mam już płakania po kątach, dość mam skurczy żołądka, dość mam martwego patrzenia się w biały sufit. nie chce znów być słabą, zapchloną suką, skuloną pod blatem brzozowego stołu. chcę odetchnąć, uciec, zacząć od nowa. dlatego daj mi rozgrzeszenie i zapomnijmy o wszystkim. wyznałam już wszystkie grzechy.

sobota, 10 września 2011

nie myślałam, że porzucanie Ciebie będzie mi się przytrafiało tak często. że każda zmiana w moim życiu będzie oznaczała zerwanie z jakąś częścią Twojego chwiejnego 'JA'. i nie myślałam też, że to będzie dla mnie takie trudne. przecież to nic takiego. chodzi tylko o zmianę perfum. tych perfum, które tak lubiłeś. tych perfum, które towarzyszyły nam każdego dnia. tych perfum, którymi skutecznie Cię czarowałam. głupi flakonik i pachnąca ciecz, a wpędzają mnie w tak niskie stany. to prymitywne - dać się opętać zapachom i wspomnieniom.
teraz pachnę inaczej. już nie przypomnę Ci tamtych wieczorów mijając Cię na korytarzu. i sobie też już niczego nie przypomnę. może nowe perfumy będą początkiem nowej historii. być może lepszej? kto wie. jedno jest pewne: nie lubię porzucać Cię wciąż i wciąż. byłoby lepiej gdybyś zniknął, tak po prostu zniknął z mojego życia. wczorajszego, dzisiejszego i jutrzejszego.

czwartek, 8 września 2011

bumerang. rang rang.


nagle cały świat przestaje istnieć. zamykam oczy i nie ma już nic poza mną i Twoim głosem w plastikowej słuchawce. ale plastikowa słuchawka zaczyna znikać. staje się cieplejsza, jakby lżejsza. po chwili zwyczajnie jej nie ma. po chwili jesteśmy obok siebie. po chwili siedzimy pod ciepłym kocem. opieram ciężką głowę na Twoim ramieniu. wplatam zmarznięte dłonie między Twoje palce. przysuwam się i czuję bicie Twojego serca. całujesz mnie w czoło, gładzisz po włosach i opowiadasz. opowiadasz o tym co dziś robiłeś. o tym, że tęsknisz. że lubisz ze mną rozmawiać. i że przepraszasz. przepraszasz bo musisz kończyć. kończyć. k   o   ń   c   z    y   ć... otwieram oczy. pojawia się słuchawka. czuję jej zimny plastik. znikasz. a ja znowu czekam, aż wrócisz. jak bumerang.

czwartek, 1 września 2011

nie piję często alkoholu. ale jeśli już mi się zdarzy to piję dużo. z premedytacją kradnę fragmenty własnej podświadomości. wyrzucam je w eter. były. nie ma. bo skoro i tak skazuje swoje ciało na problemy to czemu miałabym się przy tym nie poczuć lepiej? nie spodziewałam się jednak, że tym razem poczuję się gorzej. że wyląduję na burym, miękkim dywanie i użalając się nad sobą wyleję martwe morze łez. że upadnę tak boleśnie, jak dawno nie zdarzyło mi się upaść. że znów obudzą się we mnie niedobre, zepsute, gnijące wnioski. bo to ja lubię Twoje oczy. i to to mnie zgubi. nie odwrotnie.
i tak. dotarło do mnie, że nie mam nikogo. nikogo 'takiego'. i boję się, że już nie będę miała.




a Twoja osoba niczego nie ułatwia. nie utrudnia. nie wnosi. nie zmienia.
przynajmniej kupiłam nowy kubek.