
czasami dochodzę do wniosku, że wolałabym nie mieć sumienia. wszystko byłoby takie proste, wszystko robiłabym niemal bezkarnie. a tak... a tak muszę codziennie staczać bitwę sama ze sobą. 'witam państwa! spotykamy się, żeby zobaczyć walkę stulecia. kto wyjdzie z podniesioną głową a kto poniesie spektakularną porażkę?" w jednym narożniku stoją moje uczucia, a w drugim rozum. nie potrafie określić, komu kibicuję. stoję pośrodku, rozerwana na pół i zdaje sobie sprawę, że jestem w beznadziejnej sytuacji. 'nie pierwszy, nie ostatni raz' powtarzam uparcie, ale coraz ciężej jest mi uwierzyć, że podejmę dobrą decyzję i wszystko w końcu będzie tak jak należy.
a jeśli miałabym mówić o mniej dołujących sprawach, to chciałabym powiedzieć, że kocham mężczyzn. zdałam sobie dzisiaj sprawę, że jestem ich fanką. mogłabym godzinami siedzieć w parku i obserwować jak są ubrani, jak się poruszają, postępują z kobietami, rozwijają pasję, spacerują, jeżdżą na rowerze, jak porusza się ich klatka piersiowa podczas oddychania, jak włosy falują na wietrze i jak oczy błyszczą się w promieniach słońca. uwielbiam ich, z całą pewnością ich uwielbiam... i może właśnie dlatego mam z nimi tyle problemów?
tęsknię za wakacjami, za czasem, w którym wszystko było łatwiejsze. potrzebuję oddechu. minęły dwa dni szkoły, a ja już potrzebuję przerwy...