czwartek, 30 grudnia 2010

'pan zagadka'?

to jutro, już jutro!
już jutro znów zachłysnę się błękitem Twoich tęczówek, przypomnę sobie rytm Twojego serca i zgubię się w zapachu Twoich perfum. i po raz kolejny przekonam się jak bardzo nie masz głowy do alkoholu. wiesz, od kliku dni żyję dla tej chwili. tylko dla tego wieczoru. nie zawiedź mnie M, proszę, chociaż raz mnie nie zawiedź. nie w taką noc. tylko tyle.




a ja jestem urojona,
urojona nie do wiary,
urojona aż do krwi.

(wciąż i wciąż szymborska zawraca mi głowę.)

środa, 29 grudnia 2010

i właśnie wtedy, kiedy jest mi tak źle jak dzisiaj jesteś moim największym marzeniem. gdybym miała świadomość, że jesteś obok, tylko dla mnie, mogłabym uporać się z każdym problem. tymczasem nadal tkwisz w mojej głowie pod nazwą 'zagadka' i uwierz, wcale nie jest mi z tym lepiej. dlatego proszę, sprecyzuj swoje zamiary. albo wyjdź trzaskając drzwiami albo przynieś swoją szczoteczkę do zębów i poproś o półkę. wóz albo przewóz, mój drogi. jedno albo drugie. już nic pomiędzy.

"posłuchaj jak mi prędko bije twoje serce..."
(i niech mi ktoś powie, że szymborska nie jest genialna.)

niedziela, 26 grudnia 2010

to straszne - pomyślała. - moje dalsze życie jest uzależnione od jednego wieczoru. jednej nocy. kilku godzin i ilości alkoholu, które zatańczą w Jego żyłach - szeptała patrząc na płatki śniegu, które wirowały na mrozie w ognistym tangu. chciała tak zatańczyć. właśnie z Nim. nie potrzebowała wielkich słów, odważnych gestów czy głębokich obietnic. chciała być tylko blisko Niego, przylgnąć do Jego klatki piersiowej, słyszeć jak mruczy pod nosem ulubioną piosenkę. zapoznać swoją skórę z dotykiem Jego dłoni, zanurzyć palce w jasnej czuprynie. usiąść obok Niego na balkonie, patrzeć w niebo i wypatrywać spadającej gwiazdy. w ciszy. w milczeniu. oddychać powietrzem przepełnionym szczęściem. to naprawdę tak dużo M? naprawdę?

czekam. wciąż czekam. a po drodze coraz więcej komplikacji. dlaczego nic nie jest czarne lub białe, po co nam kolory? bez nich byłoby prościej...

sobota, 25 grudnia 2010

senty- męty.

posłuchaj. usiądź przy oknie i otwórz uszy. słyszysz? to wiatr gra na płatkach śniegu czarującą zimową melodię. nie poznajesz jej? wcale mnie to nie dziwi. z roku na rok zmienia się coraz bardziej. zyskuje kilka nowych akordów, gubi kilka ósemek. może nawet jest zapisana w innym kluczu? zmienia się jak wszystko wokół. jak liczba osób przy wigilijnym stole, ilość łez wylanych podczas dzielenia się opłatkiem, zaśpiewanych wspólnie kolęd czy otwartych prezentów. nic nie jest takie same jak rok, dwa a nawet siedem lat temu. nic. a szkoda, bo siedem lat temu tak bardzo kochałam święta. boże narodzenie straciło cały swój urok. oh, wybaczcie. pomyłka. traciło je ciągle, od momentu, kiedy dowiedziałam się, że brodaty dziadek w czerwonym kubraku to tylko skrzętnie wymyślona historyjka. dalej wszystko umierało w odpowiedniej kolejności. aktualnie pozostały tylko twardo utarte tradycje i czas na odpoczynek od codziennych zajęć... i pasterka. tak, na pasterce czuję się tak samo wspaniale. niezmiennie. od lat.

mimo tego iż świąt w tym roku nie czuję życzę wszystkim pogody ducha, ciepłej atmosfery, radości grzejącej wasze serduszka i mnóstwa, mnóstwa miłości -
wesołych świąt!
(sobie przy okazji również, szczególnie tej miłości.)

piątek, 17 grudnia 2010

znów pojawił si przede mną temat definiowania miłości. przebiegł mi drogę, jak czarny kot. nie jestem przesądna, ale wole mieć szeroko otwarte oczy.

a miłość...
nie rozpoczyna się ot tak, w jednej chwili. ani nie kończy. żyje w nas jak małe ziarenko, które znajduje się gdzieś między gardłem a żołądkiem, między prawym i lewym płucem, przyklejone do serca. rośnie tam, karmione każdym spojrzeniem, uśmiechem i dotykiem. wypełnia nas wypuszczając korzenie, które penetrują nasze ciało od koniuszków palców, aż po końce rzęs. dociera do brzucha, gdzie budzi z zimowego snu, drzemiące motyle. do podświadomości, gdzie rodzi najpiękniejsze sny. do ust, gdzie buduje nadzwyczajne zdania. do ramion, którym każe obejmować Jego smukłą sylwetkę. do oczu, które dzięki niej szklą się łzami szczęścia. bólu również. bo miłość boli.
kiedy korzenie uschną, zbyt mało podlewane, zaczynają się kurczyć. cofają się i ranią każdą komórkę naszego ciała. cierpimy. cierpimy na ciele i na umyśle. wszechogarniający ból. dlatego nie nazywajmy 'tego' miłością. po prawdziwej miłości nie płakalibyśmy jednego dnia. płakalibyśmy już do końca życia. i nie próbowalibyśmy ułożyć wszystkiego na nowo.w końcu, nie potrafilibyśmy unikać swoich spojrzeń, a to właśnie robimy. jak się z tym czujesz, wiedząc, że to co w sobie nosiłeś wcale nie było tym czym powinno być? oszukany? no chyba, że... chyba, że Ty nadal grasz.


piosenka
***
'pozwoliłam się wymyślić na podobieństwo odbicia w jego oczach'

a szymborska wciąż mnie urzeka.

wtorek, 14 grudnia 2010

miau. miał.

umrzeć - tego się nie robi kotu.
(w. szymborska)

owszem, nie robi. umieranie jest absurdalne. umieranie i wszystko co się z nim wiąże.
dlaczego więc traktujesz mnie jak martwą? nie czujesz mojego oddechu na karku? otwórz oczy i zobacz, że nadal tu jestem. jestem i zawsze będę. musisz się z tym pogodzić, żeby móc pogodzić się z samym sobą.

***
zbyt wiele było 'nowych historii'. zbyt wiele. i zbyt wiele było w tym wszystkim uczuć. pora sięgnąć po sole trzeźwiące i w końcu podchodzić do świata tak, jak na to zasługuje. ani lepiej, ani gorzej. po prostu zwyczajnie.

sobota, 11 grudnia 2010

wszedł. widziała go kątem oka. jednak nie odwróciła się żeby się z nim przywitać. udawała, że jest pochłonięta rozmową z innym mężczyzną. 'może będzie zazdrosny, bo właściwie dlaczego nie?' szeptało jej do ucha alter ego. w końcu zakończyła szopkę i powoli odwróciła się w Jego stronę. zobaczył ją, uśmiechnął się i zawołał. powinna dalej grać obojętną i 'NieDoZdobycia', ale nie miała w sobie wystarczająco dużo samozaparcia. podeszła do niego i po raz kolejny utonęła w jego ramionach. może nie tak, jakby tego chciała, ale zawsze 'jakoś'. zapomniała już, że uśmiecha się tak czarująco. zapomniała też, że ma tak diabelsko niebieskie oczy. zapomniała, że za tym tęskniła.

miałeś przychodzić na herbatę, tylko na 20 minut.
tymczasem znów przesiadujesz u mnie godzinami.
będą z tego kłopoty, tylko kłopoty.
zobaczysz.
ale przecież dla Ciebie to nie ma znaczenia...

piątek, 10 grudnia 2010

pożyczyłam kiedyś książkę od ważnej dla mnie osoby. przeczytałam ją i zapisałam na karteczce cytat. dzisiaj, po pół roku ją odnalazłam. cytat brzmi tak:
'ból to coś co sam sobie zadajesz.
ból to zdarzenie. przytrafia ci się i radzisz
sobie z nim na wszelkie dostępne sposoby'

czytałam go wciąż od nowa, przez kilkanaście minut. pięknie pasuje do obecnej sytuacji. wręcz idealnie. wiedziałeś co robisz, pożyczając mi tę książkę, prawda?

czwartek, 9 grudnia 2010

zmywałam z siebie brud dnia dzisiejszego i pomyślałam o wszystkich swoich błędach.
spojrzałam w lustro.
poczułam się bardzo staro. za staro.

a jest jeszcze tyle grzechów, których nie popełniłam.



boję się. naprawdę się boję.
nie ma Cię. nie ma Jej. nie ma Nas. Was też nie ma. a mnie...
mnie chyba nigdy nie było.

apteka.

całe moje życie kręci się wokół lekarstw, pastylek, kolorowych małych guziczków i podłużnych, zazwyczaj dwukolorowych fasolek. dzisiaj to do mnie dotarło.

przede wszystkim są to tzw. leki na całe zło. Złote Drażetki w postaci zakupów, czekolady i przyjaciół. zażywam je garściami. zachłannie połykam każdego dnia. wzmacniam swoją odporność na wszelkie upadki. w dodatku da się nimi uleczyć nawet najgłębszą ranę. istny cud w postaci małych, łatwych do połknięcia drobinek. rzekłabym 'eureka'.
zaraz za nimi najczęściej sięgam po podłużne, lekko różowe Tabletki Na Serce. jednak nie biorę ich regularnie. albo gdzieś mi się gubią i nie mogę ich znaleźć, albo zwyczajnie o nich zapominam. ale z tabletkami na serce tak już jest. potrzebuje się ich tylko wtedy gdy boli.
najgorszy problem jest z Pigułkami Na Sen. sięgam po nie co noc, nie lubię mieć problemów ze snem. i kiedy wydaje mi się, że już jest dobrze, że ich nie potrzebuję i śmiało mogę je odstawić, okazuje się, że są silnie uzależniające. drżę na całym ciele i czuje się jak narkoman na odwyku. obolała, zmęczona i bezsilna, wrak człowieka. istny wrak. 'nie możesz się wciąż truć' - szepcze mój rozum. przywiązuję się do krzesła, żeby po nie nie sięgnąć. i kto by pomyślał, że wszystko przez Pigułki Na Sen...

a Tobie życzę powodzenia. musi się udać, tym razem musi. uwierz w to.

wtorek, 7 grudnia 2010

show me, please.

złap mnie za rękę i pokaż mi swój świat. naucz mnie wszystkiego. chce wiedzieć co czujesz kiedy patrzysz w okno tuż po przebudzeniu. jak trzymasz szczoteczkę kiedy myjesz zęby. dlaczego do śniadania wypijasz tylko pół kubka herbaty. skąd w Twojej głowie tyle sprzeczności i dysonansów. wyjaśnij, dlaczego masz tak nieprzyzwoicie niebieskie oczy? pokaż mi swoje życie. wtedy pociągnę Cię w swoją stronę i pokaże moje. to sprawiedliwy układ, prawda?

i gdybym tylko miała pewność, że marzenia się spełniają... już nigdy nie martwiłabym się o niepewne jutro. nigdy. potrzeba tak niewiele... niewiele.

ps. dopiero się zorientowałam, że ktoś to komentuje i opublikowałam komentarze. niedługo zapomnę gdzie mam głowę, przepraszam.

niedziela, 5 grudnia 2010

ciężkie przemyślenia, szczere słowa.
przyczyna: bałagan, istny burdel. na kółkach w dodatku.
skutek: ojapierdole.
wnioski: nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, a już na pewno nie cztery. historia lubi się powtarzać, aczkolwiek ta Zła Historia. łamanie serc to moja specjalność. kurwa.

dzisiaj nawet muzyka symfoniczna nie była już taka sama. chociaż kontrabas znów mnie oczarował.

i co teraz?

sobota, 4 grudnia 2010

dobry wieczór.

stałeś pod oknem. padał śnieg. temperatura sięgała -20 stopni Celsjusza. nie pukałeś do drzwi. nie dzwoniłeś, żebym otworzyła. tak jakbyś miał ochotę po prostu sobie postać. nie pomyślałeś, że staniesz akurat pod moim oknem. ale skoro już cię zobaczyłam, to pomyślałam, ze warto zaprosić cię do środka. przecież dawno nie rozmawialiśmy, prawda?
usiadłeś na granatowej kanapie. w dłoniach trzymałeś czerwony, parujący kubek pełen gorącej, aromatycznej herbaty. wypicie jej zajęło ci około 20 minut. nie dłużej i nie krócej. równe 20 minut. 20 minut, podczas których ucięliśmy sobie miłą pogawędkę. 20 minut podczas których znów pojawiły się w mojej głowie dawne obrazy. 20 minut, po których wyszedłeś, rzucając krótkie 'do zobaczenia'. wiesz, możesz częściej wpadać na herbatę. pasuje mi taki prosty, jasny układ. jakbym właśnie rozwiązała zagadkę, z którą męczyłam się od długiego czasu.

a takich wieczorów jak dzisiejszy potrzebuję zdecydowanie więcej!

czwartek, 2 grudnia 2010

bunt.

nie chcę, żeby próbowali odgadnąć o co mi chodzi. - mruczałam niezadowolona pod nosem spacerując od jednej ściany do drugiej. skrzyżowane na piersiach dłonie rytmicznie unosiły się i opadały, zgodnie z cyrkulacją powietrza w moich płucach. -nie lubię, kiedy penetrują moją podświadomość i na siłe interpretują to co w niej spotkają! - podnosiłam powoli głos. wpatrywał się we mnie niesamowicie spokojnie swoimi zielonymi, pięknymi oczami. nawet nie drgnął, kiedy w złości zrzuciłam wszystkie książki ze stolika. nic, idealny bezruch. - jak możesz tak bezczelnie patrzeć na to, jak wchodzą na mój prywatny teren?! przecież miałeś mnie bronić! - łzy ciekły mi po policzkach. usiadłam na kanapie i ukryłam twarz w dłoniach. drżałam. a on? on podszedł do mnie na swoich długich, zgrabnych nogach, usiadł bezszelestnie obok mnie i położył mi głowę na kolanach. zniknęła cała złość. momentalnie ogarnął mnie spokój. bronił mnie, czułam to. byłam mu za to wdzięczna.

***
oh tak, pierdolenie o szopenie to zdecydowanie moje hobby.

środa, 1 grudnia 2010

usiądź przy mnie. bliżej, bliżej. chce poczuć na policzku twój ciepły oddech. chce poczuć jak faluje twoja klatka piersiowa, kiedy gęsto drgające nozdrza zachłannie kradną tlen. złap mnie za rękę. czujesz jak krew pulsuje w moich żyłach? nie straszny jej mróz. wystarczy, że będziesz blisko. tylko tyle. po prostu usiądź przy mnie. bliżej, bliżej...

codziennie wznoszę się na wyżyny i codziennie spadam z hukiem na ziemie. nie mam siniaków, nie pękają mi kości. wszystko uodporniło się już na wszelkie urazy.
czy jestem szczęśliwa? dlaczego o to pytasz? aaa, rozumiem. z czystej ciekawości. ja też jestem ciekawska. a wiesz, sąsiadka mojej babci była tak strasznie ciekawska, że pewnego dnia... dlaczego przerywasz mi w pół zdania? aah, no tak, do rzeczy. więc pytasz, czy jestem szczęśliwa? jestem. jestem, ale tylko dlatego, że cenie przyjaźń bardziej niż miłość. tylko dlatego. taki szczegół a potrafi ocalić ludzkie istnienie. czyż to nie piękne?

***

mieszkania w kamienicach są cudowne. nie chce willi z basenem, dużego domu z ogródkiem. chce takie przestronne, jasne mieszkanie w kamienicy. właśnie z takim szerokim parapetem, idealnym do czytania książek. właśnie z takim ciepłym salonem.
właśnie takie jak Twoje.

poniedziałek, 29 listopada 2010

- dlaczego zawsze masz rację?!
- dlatego, że patrząc wstecz potrafię przewidzieć co się wydarzy. do wszystkiego podchodzę racjonalnie. i wiem, jak zachowujesz się w różnych sytuacjach.
- w takim razie dlaczego nigdy Cię nie słucham i wszystko robię na opak? dlaczego nie złapiesz mnie za ramię i nie poprowadzisz w dobrym kierunku? dlaczego patrzysz na moje podknięcia bezczynnie?!
- bo serce zawsze krzyczy głośniej niż ja ... - podsumował rozum.

***

wszyscy drą mordy, a nikt nie potrafi powiedzieć czegoś sensownego.

niedziela, 28 listopada 2010

pchnięcie nożem.

trzeba popełnić morderstwo, żeby zaznać szczęścia.
problem polega na odpowiednim doborze ofiary.
ty? on? ona? ja?
kto pierwszy?

***
żałowałam wieczorem, że muszę zmyć z siebie ten zapach. lubię go. wciąż przywołuje uśmiech na mojej twarzy.
i ta piosenka.

czwartek, 25 listopada 2010

skrajne niezdecydowanie.

dlaczego?
chcieć to nie mieć. a może nie mieć to chcieć?
mieć to nie chcieć.
no dlaczego?

przestańcie trzaskać drzwiami i wykrzykiwać sobie w twarz przeciwstawne zdania.
zawrzyjcie kompromis, znajdźcie złoty środek.
przecież popychacie mnie wprost w ramiona niedomówień i pomyłek.
chociaż raz pomyślcie jakie będą konsekwencje.

wtorek, 23 listopada 2010

czy problem jest naprawdę problemem? czyli rozmowy przed północą.

najciekawsze i najbardziej ruszające moją podświadomością rozmowy zazwyczaj toczą się przed północą. dzisiejsza podtrzymała tradycję poprzednich. zaskoczył mnie jednak współrozmówca. nigdy bym nie przypuszczała, że pod zgryźliwą, lekko wredną, ale mimo wszystko sympatyczną skórką, kryje się tak inteligentny umysł. oby więcej takich zaskoczeń, bo budują we mnie nadzieje, że nasze pokolenie nie jest skończone.

teraz sama nie wiem co o tym myśleć. może faktycznie nie mam problemów? może na siłę chce je mieć i dlatego ciągle czuje je obok? kto miał rację?
pytam. odpowiada mi cisza. znów. cisza przerywana rytmicznym pulsowaniem nozdrzy.

poniedziałek, 22 listopada 2010

and again.

wyzdrowiałam.
jutro znów zacznie się maskarada.
nigdy nie myślałam, że bal maskowy może trwać tak długo.
zabawne, prawda?

sobota, 20 listopada 2010

pusto.

masz racje. jestem egoistką. jestem egoistką bo pragnę szczęścia dla siebie, nie zwracając przy tym uwagi na szczęście innych. to we mnie leży największy problem.
ktoś na czole napisał mi markerem ogromny, rzucający się w oczy napis 'OKSYMORON' . idealne określenie. przecież sprzeczności wylewają się ze mnie litrami.
mogłabym to zmienić, wystarczyłoby nad sobą pracować, dzielnie pracować. ale nie wiem czy potrafię. nie wiem. nawet nie wiem, czy chcę.

lubię moje wieczorne ucieczki w świat wyobraźni. lubię widzieć swoje życie takim, jakim chciałabym żeby naprawdę było. lubię też wierzyć, że to wszystko się wydarzy, jeśli tylko dzielnie poczekam. lubię być taka naiwna.

piątek, 19 listopada 2010

smak. SMAK!

zjadłabym Cię, gdybyś chociaż w połowie smakował tak jak oni. chociaż w połowie.

a wieczór był niezwykle udany. mam najwspanialszych przyjaciół na świecie!

sobota, 13 listopada 2010

mhm

po raz kolejny przekonała się, że podświadomość lubi płatać figle. że cichym szeptem podpowiada co należy zrobić, tylko po to, żeby później móc śmiać się pełną piersią z naszej porażki. i wtedy nie wiadomo, czy lepiej udawać, że nic się nie stało, zatuszować potknięcie i iść dalej, choćby wbrew sobie. czy tupnąć ze złości nogą, chwycić wszystko za szmaty i ustawić tak, jak być powinno. no właśnie. a jak być powinno?

nie myślałam, że jedna noc, jedno głupie wydarzenie, kilka przyjemnych sytuacji i 4 poważne rozmowy tak zaburzą mój świat wewnętrzny. cieszę się, że to wszystko miało miejsce, co nie zmienia faktu, że czuję się potwornie i nie wiem co mam zrobić. kto powinien wyjść z tej walki zwycięsko? boję się. znów się boję. mimo, że stoje właśnie w bezpiecznym porcie...

czwartek, 11 listopada 2010

czyżby?

otwierałam drzwi. nozdrza pulsowały gęsto, zachłannie pochłaniając ten specyficzny zapach - drewniana sklejka, metalowe struny i smyczkowe włosie. delikatnie stawiałam bose stopy na parkiecie. podchodziłam do niego, kładłam mu drżącą dłoń na talii. gładziłam delikatnie po smukłym gryfie. ostrożnie podnosiłam go z podłogi. siadałam wygodnie, obejmowałam go i długim, lakierowanym smyczkiem pieściłam jego struny.
G D A E
E A D G
GG DD AA EE
GG GD GA GE
on pieścił moje zmysły dźwiękami. głębokim pomrukiem potrafił rozgrzać każdą komórkę mojego ciała. byliśmy idealną parą. ja drobna, niewysoka. on silny i z niebanalnym wzrostem. tak. tak. to była miłość. szkoda, że już tylko była.

czy ktokolwiek z Was oddał kiedyś swoją miłość bez żadnego powodu? tak po prostu?

sobota, 6 listopada 2010

!

i nagle zrozumiała, że wszystko od dawna było oczywiste. i że widocznie musiała do tego dorosnąć.

zaczynam nowy, lepszy rozdział w swoim życiu. optymistycznie patrze na wszystko co się wydarzyło i co się wydarzyć może. a jeśli to jest sen, to proszę, nie szczypcie mnie, nie chcę się teraz obudzić!

no to szczęśliwa życzę Wam dobrej nocy!

wtorek, 2 listopada 2010

bezhappyendu.

'wyślesz to i będzie lepiej. zobaczysz. wyślesz i poczujesz ulgę'. lubię się okłamywać. 'ej, a może nawet będzie dobrze? posłuchaj, może się ułoży?". nie! kłamstwa są słodkie, ale nie te przesycone złudzeniem. w tej sprawie nic już nie będzie dobrze. wszystko zostało przesądzone. na moją niekorzyść. niestety... kolejna klęska na koncie. przestaje sobie z tym radzić. boję się? boję.

teksty brodki są piękne. lubię się w nie wsłuchiwać. szkoda tylko, że wyciskają ze mnie wszystkie łzy. odwodnię się niedługo. wypiorę z uczuć. zostanę szmacianą lalką. może byłoby lepiej?


czuję się żałośnie, jak bohaterka taniego romansu.
_______________________________________________________________________________________
Nigdy nie wiedziałam czym jest miłość. Nie potrafiłam jej zdefiniować, ani odnaleźć wśród burzy uczuć obracającej moim ciałem i umysłem. Wiedziałam, że istnieje. Przecież opowiadało o niej tyle pięknych książek. Widziałam jak tańczy miedzy wilgotnymi wargami zakochanych. Czułam jak łaskocze mnie po łydkach, biegnąc od jednej pary do drugiej. Zawsze była blisko, ale nigdy nie na tyle, bym mogła poczuć ją na własnej skórze. I nagle ją odnalazłam. Przez przypadek dotarłam do miejsca, w którym utknęła. Spoczywała w brzuchu, w ciemnych zakamarkach między jelitem grubym a żołądkiem. Sięgnęłam po nią i obejrzałam z każdej strony. Gniła. Marszczyła się. Umierała. Umierała, a wraz z nią umierały moje marzenia. Tańczyły razem ostatniego, mętnego walca. Trzymałam moją miłość w dłoni. Chciałam ją ożywić. Zmusić by znów zatańczyła ogniste tango...
Bezsilność zatrzymała wszystko.

sobota, 30 października 2010

niewypowiedziane.

a co jeśli to jednak miłość?


pierwszy raz, od dawna, znowu poczułam to dziwne uczucie. sama nie wiem: dobrze to czy źle?

poniedziałek, 25 października 2010

niezrozumiałe dysonanse.


to nie jest tak, że lepiej mi kiedy Ciebie nie ma obok. źle mi z Tobą i źle mi bez Ciebie. kompletna paranoja. nie podoba mi się to co teraz robimy. i nic już nie mogę na to poradzić. znów obudziłam się po czasie.

próbuje od jakiegoś czasu zdefiniować miłość. próbuję i nic, zero, beznadziejny brak definicji. jak więc rozpoznać coś nie wiedząc czym tak naprawdę jest?


***
wraca zły humor. czuje jak delikatnie smyra mnie po łydkach.

sobota, 23 października 2010

to miłość od pierwszego wejrzenia. spojrzeliśmy na siebie nieśmiało. ja swoimi zielono-brązowymi tęczówkami. on - szklanymi oczami szyb teatrów, kościołów, uczelni i innych budynków. brązowo-złotymi oczami spadających liści. słonecznymi oczami ciepłych dni. ja i kraków. twarzą w twarz. czuliśmy swoje oddechy. on mój - podekscytowany i szybki. ja jego - ciepły i przyjemny. tak, to zdecydowanie była miłość od pierwszego wejrzenia!

wycieczka do krakowa okazała się nie tylko czasem na integrację z klasa i zwiedzenie kilku ciekawych miejsc. okazała się podróżą do najpiękniejszego miejsca jakie dane mi było zobaczyć. to przepiękne miasto. nawet jesień wydaje się przyjemniejsza niż tutaj. chciałabym tam wrócić, wracać tam jak najczęściej. trzymajcie kciuki, żeby za 2 lata przyjęli mnie na UJ i żebym mogła tam zamieszkać. trzymajcie!
swoją drogą... ciekawe czy życzenie pomyślane przy dzwonie zygmunta się spełni. pewnie nie, ale gdyby jednak... hmm.

poniedziałek, 18 października 2010

bez szans.

nie wiem czy powinnam pisać tu cokolwiek, bo korybut zrobił się bardziej publiczny niż bym tego chciała. jednak mam silną potrzebę pisania i wylewania tu za pomocą słów, wszystkiego co mnie gryzie od środka.

nie rozumiem. naprawdę nie rozumiem swoich uczuć. to dość prymitywne. moja podświadomość sama sobie zaprzecza. sama pod sobą kopie dołki. dołek, bach. wyczołgam się. krok, dołek, bach. wyczołgam się. dołek, bach, wyczołgam się. dołek, bach... tylko, że z każdym wygrzebaniem się świat wygląda inaczej. inaczej widzę wszystko co zostawiłam za sobą. bolą mnie sytuacje, które mają miejsce. 'ludzie się zmieniają, to nie twoja wina. korybucie. idź dalej i nie patrz za siebie'. jak bardzo bym chciała, żeby 'wykonać' było tak samo proste jak 'powiedzieć'. oddałabym za to naprawdę wiele. naprawdę... tymczasem nie mam możliwości zrobienia kroku do tyłu. nie mam szansy, żeby wszystko naprawić.
***
dawno nie byłam tak zła. tak zła na samą siebie. jak ja pięknie potrafię niszczyć sobie życie. owacje na stojąco.


ps. miałam być szczęśliwa do jasnej cholery. pytam się : gdzie to szczęście?

niedziela, 17 października 2010

wstać, pierdolnąć drzwiami i nie musieć nigdy więcej tego sluchać.

usiadłam w turkusowym fotelu przed szklanym monitorem. klatka piersiowa falowała intensywnie, oddech był niesamowicie ciężki. łzy zaszkliły zielono-brązowe tęczówki. 'nie płacz głupia, pamiętasz, miałaś już nie ryczeć. bądź silna do jasnej cholery. jeszcze tylko pieprzone 670 dni!'. zamknęłam oczy i odcięłam łzom drogę ucieczki. rozszerzyłam nozdrza i wciągnęłam głęboko powietrze. papierosy. woń papierosowego dymu przyniesiona z modjeskiej. i nagle wrócił obraz dzisiejszego wieczoru. odtworzyłam każda chwilę i stłumiłam nowo narodzoną złość. myśli stały się lżejsze, jakby bardziej klarowne. 'już niedługo wszystko się skończy, wytrzymaj korybucie' szepnęłam. 'a tymczasem ciesz się tym co masz. pamietaj że masz wokół siebie ludzi, którzy wyciągną cię z największego bagna. nie zapominaj o tym a wszystko się jakoś ułoży' dodałam głośniej.

kocham ich. kocham ale nie wiem czy dlatego, że tak po prostu wypada, czy dlatego, że inaczej nie potrafię. ale kiedy odstawiają takie cyrki mam ochotę spakować piżamę, szczoteczkę do zębów, trzasnąć drzwiami i zostawić to wszystko za sobą. nie mam pojęcia co mnie powstrzymuje...

czwartek, 14 października 2010

zdjęcia, łzy i wspomnienia.


jak ja za tym kurwa tęsknie. wracajcie! zrobimy kolejny event, kolejne warsztaty, kolejną czarną kawę w styropianowych kubkach. i znów będziemy się śmiać kiedy się nie zrozumiemy. będziemy rzucać pomysłami na prawo i lewo. wysyłać uśmiechy i jeść przy jednym stole. tak bardzo bym tego chciała, tak cholernie bardzo!

nie potrafię się dzisiaj ubrać w słowa. a tak wiele chciałabym powiedzieć. tobie, wam, sobie, im i jemu.

ps. świat z okna pociągu, w barwach zachodzącego słońca wygląda naprawdę pięknie.

wtorek, 12 października 2010

- za szybko budujesz w sobie nadzieję, korybucie.
- wiem. ale nie potrafię nie wierzyć, że wszystko będzie dobrze, że wszystko się ułoży...
- ty i twój niepoprawny optymizm. lubisz to rozczarowanie, kiedy w końcu wszystko spada z hukiem na ziemię?
- nie, ale...
- nie ma żadnego 'ale'. czasami musisz przyjąć do wiadomości, że życie to nie bajka. musisz, rozumiesz?! po prostu musisz...

taka bezsensowna kłótnia. od rana do wieczora.
tak minął wtorek.

piątek, 8 października 2010

kilka dźwięków przed północą.

boje się. boję się. słyszysz?! ja się cholera jasna boję.
czego? jak to 'czego'? nie, nie burzy. zarazy też nie. ani ciemności.
boję się, że nie wyjdę. nie wyjdę z labiryntu subtelnych, wątłych uczuć. jeden powiew i runie kilka ścian, kilka zadrga złowrogo a kilka zmieni miejsce.
błądzę już od kilku dobrych godzin. bolą mnie nogi, mam czerwone policzki i chyba zmarzłam tak bardzo, że nie czuję już zimna. zgubiłam się. zgubiłam się we własnym labiryncie. marny ze mnie architekt, skoro nie znam swojej budowli. tak, śmiej się. masz do tego prawo. śmiej się jak długo chcesz... śmiej, ale najpierw mnie przytul. przyciśnij moją rumianą twarz do swojej piersi. chce poczuć jak faluje pod wpływem łapczywie wciąganego tlenu. dotknij zimnego czoła rozgrzanymi wargami. połóż rękę na mojej trzęsącej się talii. szepnij do ucha kłamliwe 'już w porządku, przecież jestem', pozwól cieszyć mi się złudzeniem. i śmiej się! śmiej! śmiejmy się razem. tak łatwo drwi się przecież z uczuć.

zaczynam potykać się o swoje nogi. chciałabym usiąść znów na parapecie z dobrą książką i herbatą, otworzyć okno, poczuć łaskoczące promienie słońca i przywrócić to dobrze znane mi uczucie, kiedy optymizm wylewa się z moich kieszeni, błyszczy w oczach i wypełnia każdą cząsteczkę mojego ciała.
jak ja nie lubię jesieni!

wtorek, 5 października 2010

klik klak

klik klak - mruczy klucz w drzwiach. zamykam pewną część swojej historii. zaczynam pisać nową. mam przed sobą czystą, białą kartkę. tylko w prawym górnym rogu widnieje malutki znak zapytania i kilka niezgrabnie nakreślonych ćwierćnut. ale nie martwię się tym. mam przed sobą jasny cel. teraz po prostu będę szczęśliwa.

poniedziałek, 4 października 2010

'or somfing lajk zis'

wiesz, lubię Twój zapach. perfumy pomieszane z papierosowym dymem. oryginalny, jedyny w swoim rodzaju. zupełnie nie do podrobienia. idealne połączenie grzecznego, ułożonego mężczyzny z zadziornym facetem. gra aromatów, tworząca magiczną, wręcz czarującą całość. przyznaję sie. mogłabym przyswajać taką woń 24 godziny na dobe, 7 dni w tygodniu, 4 tygodnie w miesiącu, 12 miesięcy w roku i 'x' lat w ciągu całego życia. 'zwariowałaś?'. nie dziwi mnie to pytanie. ale tak, tak właśnie. zwariowałam. po raz kolejny pozwoliłam sie ponieść mojej wyobraźni i już wiem, że będę tego żałować. ale czy nie warto czasami pocierpieć, dla chwil takiego uniesienia? no czy nie warto?
***
alkoholowe procenty tańczą jeszcze w moich żyłach. czuję jak obijają się o ścianki zakłócając klarowne myślenie. wyobraźnia odtwarza obrazy, które zarejestrowała przez 10 poprzednich dni. nienawidzę pożegnań tak samo bardzo, jak kocham powitania. na samą myśl o tym, że już jutro wszyscy rozejdziemy się w swoją stronę, czuję, jak gorąca łza łaskocze moją powiekę, usilnie próbując wydostać się na zewnątrz. w głowie huczy mi 'senkju soł macz and i hołp mit you egen' i wiem, że było to prawdopodobnie najpiękniejsze 10 dni mojego życia.

czwartek, 30 września 2010

pudło. kolejne pudło.

spojrzałam na niego. 'całkiem fajny. ale przecież nie lubisz blondynów' pomyślałam na początku. siedzieliśmy obok siebie na czerwonej, skórzanej kanapie i myśleliśmy o czymś innym. każde z nas miało swój własny, zupełnie różne świat.
spojrzałam na niego po raz drugi. 'pociągająca sylwetka, przyjemny głos i ciepły uśmiech' zauważyłam tego dnia. 'poobserwować nie zaszkodzi' usprawiedliwiłam siebie w duchu. siedzieliśmy przy stole. patrzyliśmy w różne strony. nasze światy nadal pozostawały odrębne, ale w moim pojawił się tego dnia jego cień.
spojrzałam na niego trzeci raz. 'przyjemne perfumy, stylowe ubrania i błękitne oczy. niedobrze. przecież masz słabość do niebieskich oczu!' uderzyłam się w twarz. 'ocknij się. to poza twoim zasięgiem'. wówczas wtargnął do mojego świata i spacerował po nim. nie błyszczał w pełnym słońcu. ale był tam, przecież dobrze go widziałam.
spojrzałam na niego po raz kolejny. 'kocha to co robi, jest zdolny i niewiarygodnie uprzejmy. i... o mój Boże! ma niesamowicie seksowne stopy. tak. zdecydowanie pociągające!' krzyczałam w podświadomości, a oczy pewnie świeciły mi się jak gwiazda polarna na czystym niebie, podczas spokojnej, letniej nocy. 'to zaczyna zmierzać w złym kierunku! no opanuj się, dziewczyno! opanuj póki jeszcze nie jest za późno!' bezskutecznie próbowałam się przywrócić do porządku. i od tamtej pory on miał swój własny świat, a ja dzieliłam swój z jego osobą. w dodatku bez jego wiedzy.
nie. to nie miłość, zakochanie, ani nawet zauroczenie. to swego rodzaju fascynacja. od dawna było mi wiadome, że mam słabość do silnych, kreatywnych mężczyzn. i taki właśnie stanął mi na drodze. ale spokojnie, to kolejne pudło. kolejna osoba poza moim zasięgiem. ta historia się nie rozwinie, a on w końcu opuści mój świat. traktujmy go jako chwilowego gościa.

***
na marginesie: idzie pieprzona zima. kolejna zima, podczas której moją dłoń ogrzewać będzie jedynie ciepło rękawiczki. i tak wygląda bohater romantyczny naszych czasów.

niedziela, 26 września 2010

bzdura jak mało która.

'dlaczego mi to robisz? dlaczego po raz kolejny wchodzisz bez pytania do mojej świadomości i niszczysz wszystko, co tak zgrabnie w niej poukładałam? dlaczego, kurwa?! no pytam się?!'
tak. dokładnie takie pytania chciałabym móc teraz zadać panu M. wiem nawet jaka byłaby odpowiedź. uśmiechnąłby się. tak jak zawsze. w ten rozbrajający mnie sposób. jak ja tego nienawidzę. nienawidzę i uwielbiam jednocześnie. cóż za absurd!
podyskutujmy dalej. 'masz zamiar coś z tym zrobić? chociaż mi to wyjaśnić? czy miałam być tylko zabawką, chwilową zachcianką, alkoholowym 'widzimisię'?". chyba trochę zbiłabym go z tropu. dotąd nie odkrywałam kart. 'spokojnie' odpowiedziałby zmieszany. 'tylko tyle? nie stać cię na nic więcej? jedno 'spokojnie' za wywrócenie mojego świata do góry nogami. no pięknie. wiedziałam, że na tobie zawsze można polegać. powiedz, żebym się odpierdoliła i dała ci w końcu święty spokój. a i proszę, nie dzwoń już do mnie. nie mam czasu na zabawy w chowanego. ja tak nie potrafię. a ty w końcu dorośnij i wyjdź z piaskownicy!'. odwróciłabym się ze łzami w oczach i odeszła. tak wlaśnie rozmowa przerodziłaby się w dość żenujący monodram zdesperowanej kobiety.
i teraz miałby do wyboru dwie opcje. cieszyć się, że pozbył się problemu. albo złapać mnie za rękę i... no właśnie. i co?

wtorek, 14 września 2010

nosens goni nonsens, a ja chyba zgubiłam cierpliwość.


analogowe aparaty to jedne z tych przedmiotów, które są najzdolniejszymi artystami we współczesnym świecie. zwykła poza, codzienna mina, proste kolory - wszystko nabiera dzięki nim wyrazu. zdjęcia wyglądają tak, jakby posiadały dusze. jakby chciały nam opowiedzieć swoją historię, zaczynając od słów 'dawno temu, pewnego deszczowego dnia...'. lubię ich słuchać. siadamy razem w wygodnym fotelu, przy filiżance herbaty i przenosimy się w przeszłość. nie mówią o księżniczkach i walecznych rycerzach. opowiadają o ludziach, prostych ludziach. ale robią to w tak magiczny sposób, że każdy z nich staję się bohaterem baśni. swojej własnej baśni.

mówienie 'do widzenia' wychodzi mi równie dobrze co mówienie 'dzień dobry'. z tą różnicą, że mówienie 'do widzenia' cholernie boli, nawet jeśli wiem, że tak trzeba. czekam wciąż na osobę, której będę mogła powiedzieć 'witaj' bez strachu, że za chwilę będę musiała skierować w jej stronę 'żegnaj'. czekam już bardzo długo, kończą mi się pokłady cierpliwości, a horyzont nadal pozostaje nietkniętą prostą. żadnego punktu, żadnej plamki. prosta, równa, jakże wkurwiająca krecha.

czwartek, 9 września 2010

weszłam do domu, rzuciłam torby na zimne kafelki, zdjęłam buty i pognałam do kuchni. dorwałam się do jajek i pomidorów, i zrobiłam sobie jajecznicę. była fenomenalna. nie mam pojęcia czy to za sprawą moich wciąż kuśtykających, przygłuchych i ślepych na lewe oko umiejętności kulinarnych, czy okrutnego głodu, który od kilku godzin męczył moje biedne wnętrzności, ale tak pysznej obiadokolacji nie miałam od dawna! jednego natomiast jestem pewna. 11 godzin poza domem, bez obiadu i ciągle w biegu - niesamowicie męczące. ale jak ja to kocham!

nie lubię niejasnych sytuacji. bardzo nie lubię. ale często łapię się na tym, że na własne życzenie tkwię w nich po uszy. są jak ruchome piaski. im bardziej się szamoczesz, tym bardziej cię wciągają.
chciałabym mieć przed sobą czystą, ładną kartkę. tymczasem moja jest zamazana, w różnorakich kleksach, z zagiętymi rogami i lekko przedarta. ktoś nawet namalował na niej trupią czaszkę. i to tuż nad napisem 'spokój ducha'. 'cóż za zbieg okoliczności!' niemal krzyczę z wyrzutem... codziennie staram się coś wymazać, pozbyć się kleksa, wyprostować różek. i udaje się, nie mówię, że nie. ale niektórych plam nie potrafię wybielić. boję się za nie zabrać, bo wiem, że zniszczyłabym cudzą kartkę. dlatego tkwię sobie w brudnych, kłamliwych sytuacjach i pogrążam się z każdym dniem. 'brawo korybucie, brawo. lepiej udawać niż wyłożyć karty na stół. bardzo mądrze' - podświadomość nie daje mi spokoju. może czas wziąć się za siebie i w końcu zrobić coś, żeby 'spokój ducha' nie był dłużej przysłonięty przez skrzyżowane piszczele?

piątek, 3 września 2010

sumienie.


czasami dochodzę do wniosku, że wolałabym nie mieć sumienia. wszystko byłoby takie proste, wszystko robiłabym niemal bezkarnie. a tak... a tak muszę codziennie staczać bitwę sama ze sobą. 'witam państwa! spotykamy się, żeby zobaczyć walkę stulecia. kto wyjdzie z podniesioną głową a kto poniesie spektakularną porażkę?" w jednym narożniku stoją moje uczucia, a w drugim rozum. nie potrafie określić, komu kibicuję. stoję pośrodku, rozerwana na pół i zdaje sobie sprawę, że jestem w beznadziejnej sytuacji. 'nie pierwszy, nie ostatni raz' powtarzam uparcie, ale coraz ciężej jest mi uwierzyć, że podejmę dobrą decyzję i wszystko w końcu będzie tak jak należy.

a jeśli miałabym mówić o mniej dołujących sprawach, to chciałabym powiedzieć, że kocham mężczyzn. zdałam sobie dzisiaj sprawę, że jestem ich fanką. mogłabym godzinami siedzieć w parku i obserwować jak są ubrani, jak się poruszają, postępują z kobietami, rozwijają pasję, spacerują, jeżdżą na rowerze, jak porusza się ich klatka piersiowa podczas oddychania, jak włosy falują na wietrze i jak oczy błyszczą się w promieniach słońca. uwielbiam ich, z całą pewnością ich uwielbiam... i może właśnie dlatego mam z nimi tyle problemów?

tęsknię za wakacjami, za czasem, w którym wszystko było łatwiejsze. potrzebuję oddechu. minęły dwa dni szkoły, a ja już potrzebuję przerwy...

wtorek, 31 sierpnia 2010

życie staje na rzęsach, nadchodzi jesień, a ja walę głową w ścianę.


postanowiłam tu wrócić. zrobiłam mały porządek i biorąc pod uwagę, że dochodzi 1:30, a moją głowę męczy jakieś choróbsko - chyba nie jest źle.
***
doznałam olśnienia. tak, właśnie tak. czuję się trochę tak, jakby ktoś zupełnie mi obcy, podszedł do mnie i uderzył mnie czymś ciężkim w głowę. 'przepraszam, chyba straciłam przytomność' wymamrotałam gdy podnosiłam się z chodnika. otworzyłam oczy i wszystko wydało się zupełnie inne, niż przed owym incydentem. zobaczyłam ilu wartościowych ludzi stoi obok mnie gotowych, żeby wyciągnąć do mnie rękę kiedy się wywrócę. doszłam do wniosku, że na pozór denerwujący rodzice wcale nie są tacy źli jak mi się wydawało. a przede wszystkim - zrozumiałam, że wszystkie problemy stwarzałam sobie sama. że to ja przekonałam swoją podświadomość, że singielstwo to nasz przyjaciel i kazałam postawić mu dodatkowe posłanie w mojej głowie. teraz wiem, że trzeba je jak najszybciej wyrzucić i otworzyć się na coś nowego.
w chwili gdy to wszystko do mnie dotarło wiedziałam, że jestem dzieckiem szczęścia. i chociaż na pozór to nic wielkiego, to nie zamieniłabym tego na nic innego. na żadne skarby świata!
***
za dwa dni wracamy do szkoły. 'niech to będzie dobry rok, niech to będzie dobry rok!' - zamykam oczy, zaciskam pięści i szepczę cicho pod nosem.