niedziela, 23 grudnia 2012

mara nocna.

przychodzisz do mnie i siadasz na skraju łóżka. czuję Twoją obecność. krok za krokiem, z oddechem na karku przechodzę po brzozowych panelach. i pamiętam, że tu byłeś. gdzieś w prawym kącie wciąż czuję Twój zapach i naprawdę nie wiem czy to nie urojenia. zamykam oczy. widzę deszcz, park i nas oblanych szczęściem. ciepło mi. w żołądku zaciskają się nieczule knykcie. poczucie winy depcze mi po piętach. a Ty wciąż jesteś. za rogiem, na przejściu dla pieszych, w kolejce po świątecznego karpia. ale już nie mój. już nie patrzysz na mnie. obdarowałeś mnie czymś, czego nie znajdę do końca życia. i odepchnęłam Cię. nie rozumiejąc niczego pozwoliłam nam więdnąć. a teraz zabijając się, z sekundy na sekundę coraz brutalniej, planuje nam przyszłość. i choć wiem, że to szklane domy na fundamentach z mydlanych baniek, nie umiem przestać. wciąż rozdrapuje stare rany w nadziei, że wrócisz i ukoisz mój ból. że wrócisz i pozwolisz mi naprawić nasze uczucia. pozwolisz mi kochać się od nowa. tym razem całym sercem. daj mi szansę. ostatnią.

naprawdę nie myślałam, że rany z przeszłości tak długo mogą broczyć karminową krwią. nie wiedziałam też, że jestem w stanie odczuwać tak silną tęsknotę. nie zdawałam sobie sprawy, że to przy Tobie chciałabym stawiać ostatnie kroki. bądź zdrów i śpij dobrze mój drogi M. ja będę cierpieć za nasze grzechy.

niedziela, 16 grudnia 2012

zimno mi.

kolejna zima. kolejne wełniane rękawiczki w brzozowej szafie. odnalazłam kocią, mrucząca do nieprzyzwoitości miłość. ta prawdziwa chowa się złośliwie pod grubą warstwą ciszy. i nie chce wyjść. nie ma na nią sposobu. a ja marznę. nie umiem ogrzać cherlawych kości, zmarzniętego serca. sine knykcie odbijają się głucho od ciężkiego koca. wulgarna jest taka samotność. wychodzę do ludzi. męskie torsy mocno otulone kobiecymi ciałami rzucają mi się w bursztynowe tęczówki. a wzroku nie da się odwrócić. bezmyślnie trzepoczę rzęsami na lewo i prawo, prawo i lewo. i nic. topię smutki w wełnianych swetrach, hektolitrach herbaty i ciepłych słowach. a mimo wszystko kocham zimę. i zawsze będę. przekornie.

poniedziałek, 26 listopada 2012

postanowiłam walczyć. na boczny tor odstawiłam wahanie i zgrzytanie zębów. przyodziewam zbroję ulepioną z hartu ducha i wyruszam na pole bitwy. patrzenie na cudze szczęście, obracane między długimi palcami przestało satysfakcjonować i zapragnęłam nagle mieć własne. z prywatnymi problemami i osobistym uśmiechem. nie wiem jeszcze jak zakończy się mój bój. na ile wystarczy mi sił. ale pewna jestem, że siedzenie na mojej, bądź co bądź wygodnej kanapie, nie przyniesie mi nic poza moralnymi odleżynami. będę dzielna. będę mężna. będę subtelna. będę ciekawska. będę mądra. będę. i pokochasz mnie. może nie dziś, może nie jutro. może nawet nie Ty, a ktoś inny. nieistotne. ktoś. po prostu ktoś. brak bierności, brak obcości. tu i teraz. na żywo, na cicho, na noc. dobranoc.

bo z niczego nie ma nic.

czwartek, 8 listopada 2012

jeszcze niedawno była zima 2011 roku.  jeszcze niedawno wyrwałam sobie serce i położyłam je na Twoich kolanach. jeszcze niedawno przemierzaliśmy całe miasto jednym autobusem. jeszcze niedawno opowiadałam Ci bajki o tym jak długo i szczęśliwie będziemy żyć. jeszcze niedawno szeptałeś mi do ucha subtelne wyznania. jeszcze niedawno patrzyłeś na mnie ciepłymi oczami. jeszcze niedawno grzałam swoje cherlawe ciało tonąc w Twoich ramionach. jeszcze niedawno czułam się niezwykle ważna. jeszcze niedawno wierzyłam w miłość. jeszcze niedawno Madonna Małgorzata widziała iskry w naszych oczach i pisała o nas historie. jeszcze niedawno chciałam powiedzieć bardzo dużo. może zbyt wiele. może nie. jeszcze niedawno byliśmy my. teraz jestem ja. Ciebie nie ma. nie tu. nie teraz. śpisz u boku wysokiej, wcale-nie-kruchej blondynki, która nijak nie przypomina mnie. i czuję do niej odrazę, choć sprawia wrażenie miłej osoby. 
straciłam Cię całkiem dawno, i od niedawna wiem, że nigdy Cię nie miałam. i będzie to za mną chodzić do końca świata, bo życie jest za krótkie.
jak na złość nie mogę znaleźć naszej historii. wszystko - jak na złość.

niedziela, 28 października 2012

rachunek sumienia - resocjalizacja. w ramach nawrócenia społecznego i rozliczenia z błędami przeszłości powstaje lista. wszystkie brudy wyciągane na światło dzienne skamlą i wyją w rytm bębniącej pralki. drżąca ręka sunie po cienkim papierze urzeczywistniając coraz to gorsze zbrodnie. o winie decydują gapie wpatrzeni z rozdziawionymi mordami w publiczną egzekucję. powieszą na niej psy czy też nie? zgnije w ciemnym kącie? biorą jej chore ciało na oblepione cynizmem, podłe języki i drążą tak by zadać jak najwięcej bólu. by obedrzeć ją z resztek człowieczeństwa. upokorzona zagryza wargi i modli się w duchu o zbawienie, które nie nadejdzie. błędy przeszłości nie znikają. nosisz na sobie ich zapach do końca życia. ale nie bój się. wystarczy potraktować je jak bolesną lekcję. to jedyny ratunek. jedyna szansa na przetrwanie.


popełniłam w życiu wiele błędów. wymierzono mi za nie równie wiele kar. przyznaję się nawet do jednego morderstwa i kilku przestępstw. ale jestem silniejsza, mądrzejsza i ciągnę za sobą bagaż doświadczeń.

wyrok - zwolnienie warunkowe.

sobota, 29 września 2012

szukam ukojenia. rzeczywistość napiera na mnie z każdej strony. wylewa się dziurami i otworami. szuka ujścia w kruchym sercu. i tłoczy krew. krew z tuzinem wątpliwości. a może nawet dwoma tuzinami? sen nie niesie wytchnienia. deszcz koszmarów zalewa pomarszczone czoło. i budzę się. oddycham. docierają do mnie niepokojące bodźce. gdzieś kuje. gdzieś ciśnie. gdzieś mruczy. drga. płonie. nie rozumiem. nie wiem. chcę. boję się. czerwony kot zerka na mnie niespokojnie. pytam go czy przynosi szczęście. i nic. stoi i zielonymi oczami śledzi moje rozedrgane dłonie. zamykam oczy i  modlę się by nie był pechowy. ostatni cień moralności i zdrowego rozumu postawiłam na niego. ponownie pozwalam sobie na cień naiwności i wbijając paznokcie w cienką skórę wierzę, że tym razem nie będzie połamanych kości i stłuczonego serca. że tym razem czeka na mnie coś dobrego. że nie spisano mnie jeszcze na straty.

poniedziałek, 17 września 2012

za szybko. za wolno. za dużo i zbyt mało. skrajności i końce. żadnych środków. półśrodków nawet. gdzieś kuje, gdzieś boli. dużo ciebie. jej. jego. mnie nie. ciężkie powieki brutalnie ograniczają życie. i nie ma wyjścia, wytchnienia. permanentna burza. z deszczu pod rynnę. spod rynny w deszcz. spokój potrzebny na już, na gwałt. 
w wełnianym kocu zatracam wątły szkielet. w aromatycznej herbacie topie frustracje. cichą muzyką koje zmysły. a brak mi czasu na te przyjemności.

niedziela, 26 sierpnia 2012

antyczna tragedia współczesna.

fatum. najgorszy z możliwych oprawców. zatruwa życie z każdą sekundą. prześladuje Cię na każdym kroku i nie pozwala swobodnie oddychać. ściśnięte gardło, wąskie żyły, palpitacje serca. wyciska z Ciebie to co najlepsze pozostawiając zgarbioną, sponiewieraną sylwetkę człowieka wypchaną palącym poczuciem winy i żarzącymi się wyrzutami sumienia. uderza w najsłabszy punkt, ugina czerwone kolana, przyciska Cię do ściany konfliktu tragicznego. nie ma dobrej drogi. wszystkie prowadzą do piekła. dziewięć kręgów  Dantego to nic w porównaniu z tym, z czym przyjdzie Ci się zmierzyć. boisz się. trzęsiesz. targają Tobą skrajne emocje. łapiesz oddech. tlen ulatuje przez dziurę w klatce żeber. i modlisz się. modlisz. o koniec świata, apokalipsę. o cokolwiek. cokolwiek co mogłoby skończyć Twoje cierpienie. modlisz się i nic się nie zmienia.     fatum prześladuje Cię przez całe życie zaciskając długie palce na chudym przegubie. nie uciekaj. walcz.


moje życie przybrało postać tragedii antycznej, której nie powstydziłby się Sofokles.
nie wiem co robić. boję się. 
potrzebuję podlasia i nocy na wsi.

niedziela, 29 lipca 2012

5 oblicz smutku.


akceptacja






nagle wszystko staje się niezwykle oczywiste, jasne i proste. prawda spada na Ciebie jak grom z jasnego nieba. tym razem jednak nie ugina wątłych kolan. nie tłamsi zmysłów. nie burzy krwi w błękitnych żyłach. nie przysparza o palpitacje naiwnego serca. tym razem przyjmujesz ją ze spokojem godnym najwybitniejszego stoika. pochylasz czoło, marszczysz nieznacznie brwi. ale nie cierpisz. potrzebujesz teraz chwili spokoju i wytchnienia. chwili wolności od emocji i uczuć. przez moment potrzebujesz być prostym człowiekiem. potrzebujesz czasu na zebranie myśli. bo co dalej? jeśli zaakceptowałeś porażkę to czy jest sens brnąć dalej w twarde bruzdy życia i narażać się na następną? czy wystawienie samego siebie na kolejną próbę nie będzie samobójstwem? czy można z popiołów ulepić nowy dom? żadnej dobre odpowiedzi. dlatego żyj dalej. po prostu. żyj.




czasami pogodzenie się z przeszłością jest jedyną drogą do spokoju ducha.
a czasami to niezdolność zaakceptowania straty, wynikająca z szaleństwa, jest jedyną rzeczą, która trzyma nas przy życiu.
tak źle i tak niedobrze. 

niedziela, 15 lipca 2012



odszedłeś. a raczej zostałeś porzucony. z premedytacją odepchnęłam twoje ciepłe ramiona. pamiętam szklane odbicie twarzy. malowaną rozpacz. cierpiące bursztyny. nadal czuje zimny powiew wiatru na rumianym policzku i męczącą chęć zniknięcia. nieistotne. rozeszliśmy się - każde w swoją stronę. dlaczego więc jesteś? topisz mnie w smutnych tęczówkach. łaskoczesz pod skórą. płyniesz z wartkim prądem błękitnych żył. odbijasz się niezdarnie od ścian kruchego serca. gmerasz chudym palcem w chorej podświadomości. dlaczego na dobre wszyłeś się w moje ciało? na wieki wieków. pozostawiłeś we mnie wiele strachu, bólu i niepewności. bo dalej nie wiem czy nie byłoby łatwiej być twoją Madonną Małgorzatą.
powiedz, po co nam była ta 'miłość'? dostaliśmy więcej cierpienia niż szczęścia...




i brzęczy nieznośnie w uszach 'kochałem cię, naprawdę cię kochałem'.
tylko ty. nikt więcej. nikt mniej. nikt.

czwartek, 5 lipca 2012

5 oblicz smutku.

IV 
depresja



w końcu przychodzi taki dzień, który przynosi cierpienie najgorsze z możliwych. opętane zmysły wyją z bólu, serce permanentnie pędzi jak oszalałe i zamiera na chwile. krew rozsadza cienkie żyły. zęby rzucają swoje kajdany na zapłakane usta. a puste tęczówki martwo wodzą po ścianie. rzeczywistość ciska w Ciebie piorunami swojej niesprawiedliwości. historia bzdur odbija się od głuchych ścian podświadomości. żyjesz, ale to powolne konanie doprowadza Cię do skrajnego szaleństwa. we krwi nie czujesz ciepłego słowa. ogarnia Cię lęk. strach. sztachety nocy uparcie biją Cię po wątłych plecach. bezdomni nadziei szczują psami. rozdzierasz gardło, wyjesz, skamlesz. nikt nie słyszy. nawet echo umarło. jesteś sam ze swoim ogromem żalu. bezradność bije Cię po twarzy, prawda pogardliwie wyszczerza żółte kły. upadasz na ziemię. i kulisz się w sobie. przeżywasz prywatną apokalipsę, armagedon. koniec świata depcze Ci po piętach i nie widzisz najmniejszej nawet szansy na przeżycie.






przejdzie. wszystko przechodzi. nawet największa miłość w końcu umiera. umierają przyjaźnie i przysięgi. umierają ludzie. wszystko się zmienia i nic nie trwa wiecznie. ten o to fakt spadł na mnie dziś jak grom z jasnego nieba. jakaż ja jestem naiwna. przepraszam, że pozwoliłam sobie mieć nadzieję.

poniedziałek, 18 czerwca 2012

miasto we mgle ginące.

zamieszkałam tam. zostawiłam wszystkie swoje rzeczy. serce zawieszone na drewnianym haku. rozum niedbale, wręcz wyzywająco rzucony na niepościelone łóżko. spalone walizki i stare obrazy. zapomniany już uśmiech, zalotnie wykrzywiający usta na ciepłej pościeli. bursztyny w ponownej konfrontacji z niewinnym słońcem. pudrowa broń złożona pokojowo w arsenale. 
zamieszkałam tam. miasto moje, w tobie moje niepokoje. od świtu do nocy. zapętla się koło strachu i niepewności. czułeś to kiedyś? to samo, a może coś podobnego? nie słychać przecież galopującego serca. policzki śpią spokojnie. bez wartkich strumieni. zmysły są lżejsze niż zazwyczaj. tylko umysł dawno tak nie szalał. ale to nie to. i nie tamto. nikt nie wie co. i ty też nie wiesz. nie wiem. nie wiedzą.
szpital psychiatryczny - wynajmę od zaraz. w głowie mi się przepaliły wszystkie bezpieczniki. zawijam się w dywan. moja dusza mruczy. mrrr. 

wtorek, 12 czerwca 2012

co?

wariuję. tracę zmysły. upadam. coraz niżej. marszczę zatroskane czoło i nerwowo przymykam oczy. z rezygnacją zagryzam karykaturalne usta. wbijam jasne paznokcie w nieopaloną skórę. z bezsilności. z bezradności. gasnę. znikam. i strach depcze mi po piętach. głowa pełna obaw. i sfatygowane serce.
boje się. jak nigdy. i wszyscy wiemy, że to niezdrowe. nieodpowiednie. niewłaściwe. niedozwolone. nieprzyzwoite. niemoralne.




(kolejna przerwa od 'smutku'. nie mogę zebrać myśli)

poniedziałek, 4 czerwca 2012

5 oblicz smutku.

III
negocjacje


odchodzisz? nie możesz! chwytasz go za rękę. wyrywa się, brnie w lodowate zaspy. zaciskasz palce na chudym przegubie. dwa serca, jeden puls - jeszcze przez moment, chociaż przez chwile, przez mgnienie oka. szarpie się. puszczasz. musi wrócić. za tydzień. może dwa. nie więcej niż miesiąc. wróci. rozumiesz, to chwilowa słabość. rutyna popycha go w okrutny bieg wydarzeń. ale przecież wcale nie chce tak żyć. było mu dobrze. tu. z Tobą. bez niego. bez niej. pół roku? zgadzasz się. niech będzie pół roku, ale ani dnia dłużej. i później już tylko ja wypływa twardo, choć niespokojnie spod strun głosowych. miłość? nie, to nie miłość. może przyjaźń, może fizyczność. ale miłości tam nie ma. nie może być, słyszysz? 
rok? 
...
trochę w lewo, trochę w prawo. szamoczesz się. próbujesz uzyskać najlepszą z możliwych ofert. prowadzisz rozmowy. akceptujesz i negujesz warunki. traktujesz życie jak chwilowy biznes. wszystko by dobić targu z bezwzględnym losem. gubisz się we własnych żądaniach, desperacja przysłania cel. wyzbyłeś się godności i stojąc na przegranej już pozycji skamlesz jak pies, którego właścicielem jest trup na okurzonej sofie.
skończ. przestań. to koniec. przegrałeś. możesz odejść...

niedziela, 20 maja 2012

od serca do.

kocham cie bo musze. bo jesteś we mnie. bo żyjesz. oddychasz. kurczysz sie i szepczesz. sprawiasz, ze upadam i pozwalasz mi się podnieść. jesteś stwórcą i katem. dwie osoby w jednej, pozornie kruchej postaci. ot, twój fenomen. dajesz o sobie znać permanentnie, w najmniej oczekiwanych chwilach. budzisz się gwałtownie by zasnąć na wieki wieków. pozwalasz uwierzyć i odbierasz nadzieje.
kocham Cie bo muszę. jakas siła stworzenia chciała byś był właśnie we mnie. by można było nazwać nas jednością. byśmy budzili sie razem i razem zasypiali. rodzili wspolne wschody i obcinali glowy naiwnym zachodom. tanczyli w deszczu i toneli we łzach. mieliśmy byc razem w zdrowiu i w chorobie. w bogactwie i w biedzie. 'na dobre, na niedobre i na litość boską'.
tymczasem bywasz moim najgorszym wrogiem. koszmarem na jawie. prywatnym mordercą i mesjaszem zarazem. pragne zatopic mietowe paznokcie w miekkiej skórze i wyrwac cie ciasnej klatce żeber. bez ciebie świat byłby prostszy...





ale przecież prostszy nie będzie lepszy.
dlatego dziekuję, że jesteś
moje głupie Serce.




(chwilowa przerwa od smutku. tylko chwilowa)

niedziela, 29 kwietnia 2012

5 oblicz smutku

II
złość.


krzyk. urwane słowa. łzy. talerz. dwa talerze. może wazon, może szklanka. zarzuty, wyrzuty. obelgi i prośby. ciskasz w niego ślepo. czym popadnie. wszystkim . niczym. i klniesz pod nosem, pod brodą, pod sercem, pod domem, pod kościołem, pod niebem. rodzi się w tobie demon. żywioł nie do okiełznania. pali, ziębi. wyrywa narządy i skręca żyły. budzi się morderca. dobór ofiary. on czy ja. ona? oni? my? nie. my nie. i po co? trzeba było uciekać kiedy się dało. kiedy jeszcze nie tykał zegar. jak złowroga bomba w naiwnym, dzikim sercu. i nie wiesz kto zawinił. kto maluje czerwone maki na bladym policzku. kto umoczył ręce krwią.


opętała cię złość. gniew rozsadza klatkę żeber. sama sobie jesteś winna. pozwoliłaś się opętać. nie masz prawa głosu.
czekaj na rozgrzeszenie.

sobota, 14 kwietnia 2012

5 oblicz smutku.

zaprzeczenie.

nie. nie prawda. pomyłka. błąd. niemożliwe. 
wymyślasz określenia dla zaistniałej sytuacji. trzęsącymi dłońmi grzebiesz w otchłaniach świadomości by odszukać kolejne 'nie'. im więcej, tym dalej od prawdy. tym dalej od bólu. tym dalej od apokalipsy, prywatnego końca świata, zagłady istnienia. 
dławisz się każdym słowem. łzy boleśnie napierają na szklane tęczówki. siłujesz się z samym sobą wciąż obracając głową. w prawo. w lewo. w prawo. i w lewo. na przemian. 
próbujesz uspokoić oddech. opamiętać zmysły. zahamować pędzące serce. krew pulsuje pod gęsią skórką. żebra trzeszczą od (za)głębokich wdechów. cierpisz bo stawiasz opór. bo uparcie nie wierzysz, że przegrałeś. bo wciąż naiwnie masz nadzieję, że to nie koniec. oh, głupi człowieku. jak bardzo się mylisz.

ale nie martw się. to chwilowe.
teraz pomyśl, że takie samo piekło przeżywa właśnie morze innych równie głupich ludzi. 
zamknij oczy. rozluźnij mięśnie.
raz. dwa. trzy.
dobranoc.

piątek, 30 marca 2012

dziękuję, że mogę położyć się dziś z garścią nadziei na lepsze jutro. 
po prostu dziękuję, że wróciłeś.

poniedziałek, 26 marca 2012

bez-dech.

właściwie to nie wiem już kim jestem. nie wiem kim jesteś. nie wiem czy jesteśmy. może nie ma nas, a jedynie dwie chore jednostki obracające się w dorzeczu niedopowiedzeń i krwawiących win. gdzieś między zbrodnią a karą. wśród palących niespełnień i cyklotomicznych pragnień. tworzymy narośl na ropiejących fundamentach i prędzej czy później udusimy się apokaliptycznymi oparami. padniemy na przeciw siebie - jak dwóch poległych wojowników. z ponurymi balonami zamiast lśniących mieczy. marni amatorzy przed rzeszą widzów. bez ukłonów, bez oklasków i bez puenty. prości w swej martwocie. 
chciałabym odejść. napisać dla siebie lepsze zakończenie, bez zbędnej farsy. pokłonić się w jedwabnej sukni w kolorze obcych tęczówek i zbierać owacje do zmarzniętych dłoni. wieczornymi myślami podążać do innych drzwi. obracać między palcami złudzenie cudzych, lekkich labiryntów. i senną nocą kłaść głowę na niezidentyfikowanych kolanach. tak bardzo bym chciała umieć odejść. 
wdech. wydech. bez-dech.

środa, 14 marca 2012

między kawą a herbatą.

7: 30. wychodzę przed dom. zimny, metalowy klucz ginie w wąskiej dziurce, tuż pod klamką. wiatr porywa luźne kosmyki i przelotnie muska rumiany policzek. od odjeżdżającego autobusu dzieli mnie minuta i dwadzieścia pięć sekund. mam więc dwadzieścia sekund na głęboki wdech. zamykam oczy, rozszerzam nozdrza, pozwalam gęsto pulsować klatce żeber. piętnaście sekund. wdycham senne jeszcze powietrze. krew szybciej opływa ciało. serce drży między płucami. i rozszerzają się przymknięte źrenice. każdą komórką ciała pochłaniam ledwo wyczuwalną wiosnę. dwanaście sekund. wracają obrazy, zapachy i smaki. wraca uśmiech, kilka rozmów. jedno łóżko, dwa rowery. osiem sekund. park, trawa, cień i słońce. lody w polewie truskawkowej. cztery sekundy. uśmiech i kojący, słodki zapach. dwie sekundy i dwie czekoladowe przepaście. sekunda... 


chowam klucze, otwieram bramkę. szuram myślami po szarym chodniku. 
zaczyna się kolejny dzień bez-wiosennego Ciebie. utknąłeś w wiecznej zaspie białego puchu i mianowałeś się męską Królową Śniegu.

sobota, 3 marca 2012

mea culpa.

przepraszam. przepraszam, że się boję. przepraszam, że jestem słaba. przepraszam, że nie umiem zapomnieć. przepraszam, że cierpię. przepraszam, że noszę na sobie Twój zapach. przepraszam, że nie możesz mnie sprowokować. przepraszam, że jestem cyniczna. przepraszam, że wszystko utrudniam. przepraszam, że ubieram się w parzące słowa. przepraszam, że odważnie patrzę w czekoladowe przepaście. przepraszam, że daję początek rwącym rzekom. przepraszam, że nie jestem łatwa. przepraszam, że miałam czelność być szczera. przepraszam, że coś zagnieździło się w moim sercu. przepraszam, że mogłabym Cię kochać. mea culpa. mea culpa. mea maxima culpa. amen.


niszczysz wszystko co we mnie żyje. zadajesz mi policzek. jeden, drugi i każdy kolejny. robisz ze mnie idiotkę, skończoną wariatkę i chorą na umyśle kalekę. dajesz mi oparcie, by pozwolić mi upaść. jesteś moim prywatnym koszmarem i nie potrafię się obudzić. żałuję, że nie jestem stworzona by nienawidzić.

wtorek, 28 lutego 2012

pół minuty. 30 sekund. nic. a trwało niemal wieczność. przez ułamek tej wieczności byliśmy obok. spłynął na mnie bursztynowy sentyment i całą dobę kojąco lepi się do zmarzniętego ciała. nie jest mi źle. nie mruczę też z rozkoszy. to swojego rodzaju łaska. oczyszczenie. przebaczenie? być może. gdybym tylko wiedziała co schowałeś za bursztynową kurtyną. żal? smutek? złość? tęsknotę? 
spotkamy się kiedyś w jednej z tych kawiarni, w których nigdy nie piliśmy kawy i opowiesz mi co tkwiło wówczas w Twojej podświadomości. i może znów będzie padał deszcz. kto wie.
ale teraz proszę. nie wracaj, po prostu nie wracaj. nie potrzebuję znów równoczesnego spełnienia marzeń i urzeczywistnienia koszmarów. nie teraz. nie.

piątek, 24 lutego 2012

you’re in my veins, and I cannot get you out.

nie zaryzykuję. nie powiem nic o miłości. zagryzę wargi, zacisnę zęby i będę milczeć. nie narażę nas na ból. nie wybuduję między nami kolejnej ściany pełnej wypalonego cierpienia. nie zapędzę Cię w ślepą uliczkę. masz moje słowo. więc nie bój się, nie uciekaj. zostań ze mną. jakkolwiek.
zawzięcie próbuję trzymać Cię w zmarzniętych dłoniach. skrupulatnie zaciskam drobne palce - najmniejsza luka mogłaby być katastrofą. ale gdzieś w środku, między sercem a żołądkiem, nieprzyjemne ukłucie budzi świadomość, że w końcu trafisz na szczelinę i uciekniesz. przelejesz mi się przez palce i znikniesz. i będzie bolało. wysuszone ciało, niemal martwe, zapadnie się w miękki materac, otuli kojącą muzyką i wbije mętne oczy w biały sufit. szpital psychiatryczny dla złamanych serc...


 ale nawet najcięższe przypadki mają szanse. trzeba tylko wierzyć. bardzo mocno wierzyć.

środa, 22 lutego 2012

turn off.

wcisnąć czerwony guzik. wyjąć lśniący kluczyk ze stacyjki. przekręcić błyszczącą gałkę. wyrwać metalowe zęby wtyczki z martwego kontaktu. po prostu - wyłączyć. usiąść w skórzanym fotelu z kubkiem parującej herbaty. być ale nie istnieć. bez umiejscowienia. bez karcenia. bez czerwonych maków. bez huczących huraganów i rwących powodzi. bez palpitacji serca i krwotoków wewnętrznych. bez splecionych dłoni i nerwowych tików. bez nadziei. bez świadomości. bez zazdrości. bez            
    
miłości. 




od kilku dni szalik ciąży nieprzyjemnie, nozdrza pulsując zachłannie wdychają lekkie powietrze, a oczy cieszą się słońcem. idzie wiosna. i niesie ze sobą nadzieję. mnóstwo nadziei. nadziei i strachu. boje się cieszyć.

poniedziałek, 20 lutego 2012

i wish...

na życzenia trzeba uważać. odpowiednio dobierać słowa. przekalkulować wszelkie zyski i starty. kilkakrotnie powtarzać je w myślach zanim wyjdą na świat. po prostu - należy być ostrożnym. bo jeśli się pospieszysz możesz powiedzieć za dużo. a życzenia lubią się spełniać nieoczekiwanie. i niekoniecznie tak, jakbyś tego chciał. znajdują luki, przez które przeciskają brudne fałszerstwa i krwawiące oszustwa. chowają za kurtyną nadziei czarne kruczki. krzyżują długie palce za wychudzonymi plecami. i choć od dziecka lubiłeś je szeptać pod nosem - musisz wiedzieć, że jesteś ofiarą własnych życzeń. nieopatrznie wypowiedziane przecinają tkanki. opróżniają błękitne żyły. chwytają za gardło. niosą koniec świata. apogeum. apokalipsę. (apo)koniec.
uwierz, czasami lepiej nie pozwolić im zaistnieć. czasami lepiej nie mieć życzeń. są zdradliwe.
dlatego nie pozwól mi być Twoim życzeniem. weź mnie póki możesz. póki noc. póki idzie wiosna. póki mamy jeszcze czas. weź w potarganych wiatrem włosach, z podkrążonymi oczami i rumianymi ustami. weź, póki jestem i chcę być Twoja.




padłam ofiarą własnych pragnień. w 10 sekund mój raczkujący świat upadł na rumianą twarz. i pomyśleć, że wszystko przez niefortunne życzenie. Boże - uchowaj.

sobota, 11 lutego 2012

jesteś bohaterem mojej powieści. poniekąd ukształtowałam Twoją osobę. w kartotece podświadomości figurujesz więc jako 'mój' . nie znoszę świadomości, że ktoś obcy wyciąga po Ciebie szkaradne dłonie. kładzie policzek na twardych żebrach. opuszkami palców zwiedza smukłe plecy. wtula w Ciebie chore ciało. to dusi, drapie, gryzie, spowalnia krwiobieg, kurczy serce i wysysa resztki sił. chciałabym błagać Cię, żebyś odszedł, nie pozwolił urzeczywistnić się koszmarom. obiecałam jednak, że będę dzielna. że nie wróci płacz i rozpacz. i tak też będzie. 
nad Twoją głową wieszam jednak łapacz snów, 
z nadzieją, że odstraszy wszystko co 
niepożądane. 


nie wymaga nawet komentarza(klik)

niedziela, 5 lutego 2012

zrozumiałam. bycie dzielnym nie polega na ciągłej walce. trzeba umieć wycofać się w odpowiednim momencie. spakować walizki i wyjechać. bez pożegnania. nadszedł więc czas, by naprawdę stać się dzielnym rycerzykiem w błękitnej zbroi. koniec.
biała flaga na maszcie, kapitanie.
nie skasuję numerów  - znam je przecież na pamięć. nie spalę zdjęć - zostaną w sieci. nie oddam Twoich rzeczy - czuje do nich sentyment.
po prostu znikniesz z mojego życia. pozostaniesz tylko fizycznie. przekleństwem będzie mijanie Cię każdego dnia. przekleństwem będzie deszcz w letni dzień. ścieżka w parku. biała cegła. i ostatnie wakacje. wszystko zatrute, bliskie destrukcji.
ale nie bój się. nie pozwolę Ci odejść bez szumu. przepłaczę kilka nocy. będę krzyczeć w poduszkę. opowiem ludziom jak złym jesteś człowiekiem. wielu o Tobie usłyszy. ku przestrodze.
a teraz dobranoc. żałuję, że nie był nam dany happy end.

piątek, 3 lutego 2012

wszelki wypadek

dość. mówię dość. nie mam siły. nie mam odwagi. rezygnuję. odejdź, droga wolna.
ale łapie Cię za rękę. zachodzę drogę. znów coś we mnie drży. coś się kurczy. krew buzuje w  lazurowych żyłach. dłonie składają się w małe pięści. znów staję do walki. znów czuję, że mogę. potrafię. jestem silna. mogę wygrać. mogę. mogę. mogę. wygrać.
wciąż zaskakuję swoją chorą podświadomość. robię jej na złość walcząc o coś, co według rozumu już dawno przegrane. ale serce uparcie twierdzi, że w rękawie żeber trzyma krwisto czerwonego asa. ufam mu. przecież to moje serce - nie może mnie oszukiwać. sprzedałam duszę uczuciom.
nazwij mnie szaloną. głupią i naiwną. wypomnij, że buduję przyszłość na micie o szklanych domach. powiedz, że jestem chorą idiotką, która próbuje być mądrzejsza niż jest. śmiało. nie zaboli. nauczono mnie walczyć do ostatniej kropli krwi. i tak też będzie.




naprawdę nie podejrzewałam, że mam w sobie tyle siły.


***
wczoraj zgasła moja najukochańsza. nie może jej więc tu dziś zabraknąć.

zdarzyć się mogło.
zdarzyć się musiało.
zdarzyło się wcześniej. później. bliżej. dalej.
zdarzyło się nie tobie.
ocalałeś, bo byłeś pierwszy.
ocalałeś, bo byłeś ostatni. bo sam. bo ludzie. bo w lewo. bo w prawo.
bo padał deszcz. bo padał cień.
bo panowała słoneczna pogoda.
na szczęście był tam las.
na szczęście nie było drzew. na szczęście szyna, hak, belka, hamulec,
framuga, zakręt, milimetr, sekunda.
na szczęście brzytwa pływała po wodzie.
wskutek, ponieważ, a jednak, pomimo.
co by to było, gdyby ręka, noga,
o krok. o włos od zbiegu okoliczności.
więc jesteś? prosto z uchylonej jeszcze chwili?
sieć była jednooka, a ty przez to oko?
nie umiem się nadziwić, namilczeć się temu.
posłuchaj.jak mi prędko bije twoje serce.

W.Szymborska

sobota, 28 stycznia 2012

ciepło. niezliczone pokłady ciepła. kojąca zmysły woń. białe stoki. dwie doliny... nie, właściwie cztery. bezkresne niebo rozświetlone przez przebrane gwiazdy. szczypta szarości dla smaku. i dwa porcelanowe kubki na brzozowej komodzie. 
wszystko na wyciągnięcie ręki, bliżej niż dotychczas. może bliżej niż kiedykolwiek? korciło. wierciło dziurę w brzuchu. w umyśle również. szeptało nieprzyzwoitości do naiwnego ucha. szarpałam się z ustami, które wyprzedzały myśli. o włos, o krok od błędu. i wygrałam. wygrałam spokój. nie znany dotąd spokój. jakby nie było się czego bać. jakby wszystko się uspokoiło. cisza po burzy. jakbym oddała się w bezpieczne ręce. silne dłonie, które nigdy nie pozwolą mi upaść. cud czy przekleństwo? nie wiem. ale niech trwa. niech trwa jak najdłużej. 

niedziela, 22 stycznia 2012

kolorowe kreskówki - wspomnienie z dzieciństwa. animowana miłość, naszkicowane pocałunki. pamiętam jak kochałam się w komediach romantycznych. wzdychałam wprost w szklane oko czarnej skrzynki. naiwność wylewała się ze mnie hektolitrami. i dobrze żyło mi się w tej powodzi. do czasu, aż pojawiłeś się pewnej zimy. przebiegunowane myśli pędziły przed siebie jak oszalałe. pod prąd, z prądem. i znów pod. nieprzerwanie, zmiennie. zachłysnęłam się uczuciem. i nagle dorosłam. 
dorosłam i nie wierzę już w miłość.
przeraża mnie taka rzeczywistość. 
zrób  c  o  ś.
czekam.

środa, 11 stycznia 2012

naprawdę nie potrzebuję Twojej miłości. nie pragnę zapewnień. mogę żyć bez pocałunków i czułych słów. daj mi tylko garść uwagi, kilka ciepłych spojrzeń. pozwól upaść w silne ramiona. poświeć chwilę i posłuchaj moich historii. bądź ze mną tak jak byłeś dotychczas. tylko tyle.


pomimo tego kim się stałeś dalej nie potrafię zapomnieć. i wciąż walczę. nie umiem się poddać.
to bolesne gdy poznanie prawdy o przeszłości zmienia teraźniejszość.

piątek, 6 stycznia 2012

I lose my mind

zgubiłam się. nie wiem gdzie jestem. nie potrafię określić współrzędnych geograficznych kruchego serca. idę wąskimi uliczkami. zakręty nieznośnie mnożą się pod małymi stopami. i co dalej? prawo? lewo? wciąż przed siebie? on czy ona? osobno? razem? nic. po prostu się snuję. wciąż bez celu. twarze wyskakują zza rogu i wykrzywiają z prostacką ironią krzywe usta. uśmiecham się dla świętego spokoju. zanurzam się w brukowanych kostkach. coraz więcej dziur. coraz mniej miejsca. mniej powietrza. mniej życia. i ciemno. zapada zmrok. noc. ciemność. cisza. zapalam świeczkę.


nie ufam ostatnio swoim instynktom. zawodzą mnie zmysły i palpitacje serca. zawodzi mnie umysł.
a Ty? ufasz mi jeszcze?

wtorek, 3 stycznia 2012

pamiętam dzień, w którym zobaczyłam Cię przez judasz. stałeś trochę niepewnie, lekko zgarbiony. bezmyślnie pocierałeś dłonie. było niezwykle ciepło. pachniało kawą. i mnóstwo niepotrzebnych ludzi stało obok. tamtego dnia wpuściłam Cię do środka. nie wiedziałam czego chcesz i jak długo zostaniesz. ale otworzyłam Ci drzwi. wszedłeś. nie mówiłeś dużo. nie zdjąłeś kurtki. po prostu stałeś w przedpokoju. alogicznie złożone sylaby odbijały się od ścian. oblałeś moje policzki czekoladowym spojrzeniem i wyszedłeś. pojawiałeś się regularnie. pewnego dnia zdjąłeś buty. kolejnego na wieszaku zawisła kurtka. w końcu wszedłeś do kuchni i poprosiłeś o herbatę. sylaby w niewyjaśnionych okolicznościach zaczęły układać się w spójną całość. od tamtej pory spędzałeś u mnie każdy wieczór. w końcu uciekliśmy. na moment. na chwilę. na koniec świata. na miłość i na nie-miłość. na nieszczęście...  sufit runął nam na głowy.
i nie było Cię. blakłeś. znikałeś. odszedłeś.
otworzyłam Ci wszystkie możliwe drzwi i czekam. rozczarowanie staje w progu i cynicznie wykrzywia skrwawione wargi. 
nie lubię gdy tak nieznośnie Cię nie ma. 


... na szczęście: czuje, że wracasz.




nowy rok, czyste sumienie, nowe możliwości i plany. nie zamierzam być milsza, mniej naiwna, bardziej odważna. pozostanę sobą. sezonowo piegowatym korybutem z głową nie-na-karku. z kieszeniami wypchanymi optymizmem. z przygryzionymi wargami i nieczytelnymi tęczówkami.
a sobie i wszystkim, którzy boją się ciemności życzę szczypty szczęścia i ciepła.