stajesz przed nią, twarzą w twarz. słodki zapach jej perfum paraliżuje nerwy. dostrzegasz swoje odbicie w mętnych tęczówkach. patrzysz na nią i wiesz czego chcesz. wiesz co musisz zrobić. zaciskasz pięści. wbijasz pięty w miękką ziemię. podejmujesz decyzje. tu i teraz. dla siebie. dla niej. serce szaleje pośród kruchych żeber. przez głowę przepływa rwący prąd wątpliwości. krew buzuje w żyłach. i choć twardo stoisz na ziemi - jesteś nieobecny. dryfujesz gdzieś między bytem a niebytem. obracasz się wśród ciał niebieskich. kalkulujesz zyski i straty. przeglądasz katalog konsekwencji. przypominasz sobie, że jesteś człowiekiem. musisz podejmować decyzje i stawiać czoła skutkom. wiesz co robić. klamka szczerości zapadła. na dobre. na amen. przełykasz więc ślinę, otwierasz usta. finezyjnie ułożone zdanie przeciska się przez wąskie kaniony kapilar prosto do strun głosowych. proste ale dosadne. ciepłe ale brutalne. oklepane i wciąż aktualne. znasz je dobrze. z uporem maniaka powtarzasz je co wieczór obracając w dłoniach szklany różaniec. jak pacierz na dobre sny.
zadrżała krtań. pierwsza spółgłoska głucho wyszła na świat. i nagle - odwracasz się. spuszczasz wzrok. zamykasz usta, przygryzasz wargi i znów mówisz o pogodzie. a ona gaśnie. jej smutne oczy stają za brudną szybą rozczarowania. nie widzisz tego. nie widzisz bo spuściłeś czarną kurtynę strachu. cegła po cegle układasz kłamstwa obok siebie. budujesz mur obojętności i tym razem nie myślisz o konsekwencjach. nie zdajesz sobie sprawy, że prędzej czy później będzie on dla niej za duża przeszkodą. a Ty zostaniesz sam. i udusisz się własną bezradnością. dlatego zaryzykuj, nie odwracaj się. nie obiecuję, że będzie dobrze. nie obiecuję, że nie upadniesz i nie połamiesz kości. nie obiecuję, że będziesz szczęśliwy. po prostu staw czoła życiu - zaryzykuj.
jedyna konkluzja kończącego się roku: ludzie za bardzo boją się mówić o uczuciach. a owy strach jest zarazą społeczeństwa.
i oby 2012 okazał się lepszy.
czwartek, 29 grudnia 2011
niedziela, 18 grudnia 2011
środa, 14 grudnia 2011
stanął w kącie i uporczywie wpatrywał się w zielono-brązowe tęczówki. przeszywał wzrokiem niezdarnie zebrany warkocz. wlepiał ciemne, bezkresne źrenice w czerwone, trzęsące się kolana. nieznośnie stojąc patrzył na nią i chwytał za gardło. po dywanie toczyły się bordowe kule. kilka zarzutów zajrzało przez okno i zduszony okrzyk wyleciał w eter. paznokcie wbiły się w miękką skórę pościeli. trzasnęło żebro. a on wciąż stał i nieprzerwanie odbierał jej oddech. nie protestowała. pokornie przyjęła karę. bo ślepe, głupie kaleki się karze. zadaje im się ból. łamie kości. gwałci zmysły. tłamsi dumę. wreszcie - zabija wiarę. takie karykatury człowieka nie zasługują przecież na humanitaryzm. popełniły błąd i nie są godne litości.
stałeś się adolfem hitlerem moich nadziei. chciałabym potrafić Cię nienawidzić.
niedziela, 11 grudnia 2011
sobota, 10 grudnia 2011
są takie dni, kiedy przychodzi ból. drapie. gryzie. parzy. zdziera sukienkę. penetruje ciało. i nie jest przyjemny. wtedy myślę, że mogłabym być gdzieś indziej. gdzieś dalej. gdzieś bliżej. z nim. a może z tobą. sama?
i czasami wydaje mi się, że jestem za słaba, za krucha. zbyt miękka i zbyt wątła. i boję się. boję się bo nie zawsze sobie z tym radzę. kulę się. zamykam. odcinam. wyłączam. przestaje istnieć.
przebiegunowane myśli nieznośnie zalewają głowę. rozczarowanie. złość. irrytacja. znów uwierzyłam, że można.
zdzieram łokcie i łamię palce. walczę. nie o ciebie, o nia, o niego. walczę o siebie. nie chce wiedzieć, że dałam się zwieść jak głuchoniema, niewidoma kaleka z połową serca. tą głupszą w dodatku. i wygram. jeszcze zobaczysz. zaśmieję ci się w twarz.
a Tobie Madonno Małgorzato dziękuję. podarowałaś mi pudełko przepełnione ciepłem i nadzieją. tego potrzebowałam. i choć wciąż przeraża mnie jak dobrze mnie znasz, chyba mianuję Cię moim Aniołem Stróżem.
i czasami wydaje mi się, że jestem za słaba, za krucha. zbyt miękka i zbyt wątła. i boję się. boję się bo nie zawsze sobie z tym radzę. kulę się. zamykam. odcinam. wyłączam. przestaje istnieć.
przebiegunowane myśli nieznośnie zalewają głowę. rozczarowanie. złość. irrytacja. znów uwierzyłam, że można.
zdzieram łokcie i łamię palce. walczę. nie o ciebie, o nia, o niego. walczę o siebie. nie chce wiedzieć, że dałam się zwieść jak głuchoniema, niewidoma kaleka z połową serca. tą głupszą w dodatku. i wygram. jeszcze zobaczysz. zaśmieję ci się w twarz.
a Tobie Madonno Małgorzato dziękuję. podarowałaś mi pudełko przepełnione ciepłem i nadzieją. tego potrzebowałam. i choć wciąż przeraża mnie jak dobrze mnie znasz, chyba mianuję Cię moim Aniołem Stróżem.
***
dusi mnie ostatnio, więc się nim podzielę:
zanurzcie mnie w Niego
jakby różę w dzbanek
po oczy,
po czoło,
po snop włosa jasnego -
niech mnie opłynie wkoło,
niech się przeze mnie toczy
jak woda całująca
Oceanu Wielkiego
niech zginie noc, poranek,
blask księżyca czy słońca,
lecz niech on we mnie wnika
jak skrzypcowa muzyka -
gdy mi do serca dotrze,
będę tym co najsłodsze,
Nim. -
oczarowana znów. pawlikowską - jasnorzewską tym razem.
niedziela, 4 grudnia 2011
zima.
zmęczone bursztyny martwo wbite w drgający płomień. niespokojne ciepło przepływa kanałami wątłego ciała, wprost do kruchego serca. w głowie ciche, może nieprawdziwe 'what the world needs now is love, sweet love' i kilka przypadkowych klatek w chorej głowie, przy każdym mrugnięciu powieką. iluzja kilku wieczorów nieznośnie odciska się na skórze. w okolicy talii, delikatnie w kierunku bioder. i wbrew pozorom - to nic złego. spokój. cisza. upragniona. w końcu, nareszcie, na szczęście, na pozór?
i to przekonanie, że wszystko jednak przez czary. magię. klątwa zmieniła się w błogosławieństwo. przekleństwo stało się najlepszą drogą ucieczki, możliwością powrotu do życia bez wiosny. nie spodziewałam się, że przyjmę to w ten sposób. bez histerii, paniki, rozczarowania i złości. zima idealnie koi naiwne oparzenia gdzieś pomiędzy 5 a 6 żebrem. dlatego lubię zimę, ostatnio po prostu lubię zimę.
i to przekonanie, że wszystko jednak przez czary. magię. klątwa zmieniła się w błogosławieństwo. przekleństwo stało się najlepszą drogą ucieczki, możliwością powrotu do życia bez wiosny. nie spodziewałam się, że przyjmę to w ten sposób. bez histerii, paniki, rozczarowania i złości. zima idealnie koi naiwne oparzenia gdzieś pomiędzy 5 a 6 żebrem. dlatego lubię zimę, ostatnio po prostu lubię zimę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)