sobota, 28 maja 2011

zaczyna brakować mi sił na dalsze stwarzanie pozorów. męczy mnie już to przedstawienie. męczy mnie udawanie, że jestem silna, że wszystko jest tak jak być powinno, że odpowiada mi to co się dzieje i że nie czekam na to, co dziać się nie chce. nie chcę już dłużej utwierdzać wszystkich w przekonaniu, że potrafię wziąć wszystko w swoje małe dłonie, ustawić tak jak powinno było stać od dawna i utrzymać cały ciężar na słabych ramionach. kruszę się. powoli, małymi zachwianiami zbliżam się do zimnej posadzki. nie chcę upadać. dobrze czułam się unosząc stopy ponad chodnikami. lewitując w czasoprzestrzeni objęć. obracając się w ogniach spojrzeń. otulając się ciszą pocałunków. nie wierz mi kiedy patrząc Ci w oczy powiem, że za tym nie tęsknię, że tego nie potrzebuję. nie wierz, bo to będą nieprzyzwoite kłamstwa. nieprzyzwoite kłamstwa broniące mojej głupiej dumy. przecież nie mogę pokazać, że jestem słaba.

poniedziałek, 23 maja 2011

odcinam się od przeszłości. chcę zapomnieć o wszystkim co było, mimo tego, że nauczyłam się dzięki temu tak wiele. każde z nas ma swoje życie. próbowanie ułożyć go sobie wzajemnie do niczego nie prowadzi. dlatego z szaleństwem w oczach wyrzucam zdjęcia, ucinam wspomnienia, wymazuje rozmowy. już nie będę skuloną, piszczącą suką w kącie pokoju. już nie. wracam. w pełni świadoma swojego życia.


tymczasem z dnia na dzień popadam w coraz większą fascynację. przestaje mnie interesować czy zachłysnę się tym nieprzyzwoitym błękitem. nie dbam o konsekwencje. chcę Cię słuchać. pieścisz moją podświadomość każdym słowem. dlatego mów do mnie, mów. mów bo lubię być naiwną, wątłą kobietą z palcami zaplątanymi w rozproszonym labiryncie.

środa, 18 maja 2011

potrafię walczyć jak lew o cudzą miłość. zdzieram kostki, obijam wątłe kolana, rozcinam swoje nieidealne usta, wbijam paznokcie w małe dłonie. przyodziewam zbroję i staję się małym, dzielnym rycerzykiem. właśnie takim jakim nigdy nie potrafiłam być. jestem w stanie zrobić naprawdę dużo by ocalić czyjąś miłość. otóż to. czyjąś. nigdy swoją. swoją pozostawiam samej sobie, porzucam ją na pastwę losu i nie troszczę się o to, że cierpi. że upada, gaśnie, umiera. nie dbam o to. a kiedy umrze czuję się wolna, jakby zniknęła ograniczająca mnie ceglana ściana. i dopiero kiedy inni popełniają ten sam błąd dociera do mnie jaką krzywdę wyrządzam sobie i Jemu (kimkolwiek by był). dopiero wówczas dociera do mnie, że staję się morderczynią własnego szczęścia. bo ile miłości można przeżyć w ciągu jednego życia?

poniedziałek, 16 maja 2011

potrafił rozbudzić jej zmysły nawet wówczas, gdy dzieliły ich setki kilometrów. i nawet wówczas gdy ona uparcie próbowała wyrzucić jego rzeczy z mieszkania, opróżnić ramki z wykreowanych uśmiechów i zamknąć za nim drzwi, nie pozostawiając mu klucza. była gotowa by to zrobić. naprawdę. kupiła już nawet zapałki, żeby uśmiercić owe uśmiechy na zawsze. na wieki wieków. ale on wtedy zjawiał się taki, jakim zawsze chciała go widzieć. zjawiał, obejmował w talii, ujmował policzek i delikatnie otulał rumiane wargi. wtedy zaczynało się przedstawienie. prywatny spektakl. usta tańczące namiętne, kubańskie tańce. nikt nie klaskał, nie było widowni.  tylko poruszone serca na chwile zamierały w klatkach żeber. a oni, zupełnie nieświadomi swoich ról, kładli rozpalone ciała na jasnej pościeli. wodzili na oślep rękoma po smukłych sylwetkach. zatapiali palce w gęstych włosach. perłowymi zębami dyskretnie zagryzali miękką skórę. płynnym ruchem spajali ze sobą dwa nagie ciała. nie czuli skrępowania. byli pozbawieni jakichkolwiek myśli. działali instynktownie. jak dzikie zwierzęta. kilka westchnień, kilka pięści zaciśniętych na białym prześcieradle i nagle gasły światła. umysły zasypiały, a ciała pozostawały w beztroskiej symbiozie...
po takim sztormie nie potrafiła go wyrzucić. przecież nie mogła bez niego żyć. 
***

czasami przeraża mnie to, jak silnie potrafi wstrząsnąć mną muzyka.

piątek, 13 maja 2011

zastanawiałeś się kiedyś co by było gdybyśmy się nie poznali? gdybym tego dnia zachorowała albo spóźniła się na autobus? gdybyś nie miał ochoty iść do parku? albo gdyby w tamtym lokalu nie było poduszek? zastanawiałeś się jakie byłoby Twoje życie gdybym nie pojawiła się w nim tamtego dnia?
bo wiesz, ja się zastanawiałam jak wszystko wyglądałoby bez Ciebie. siedziałam z kubkiem gorącej, parującej herbaty i myślałam. składałam na nowo przedarte obrazy, sklejałam urwane słowa. i wiem, wiem, że mimo wszystko to była najlepsza rzecz jaka spotkała mnie w życiu. nauczyłam się przy Tobie najważniejszego uczucia. poczułam ciepło między wargami. mogłam stąpać po pewnym gruncie z podniesioną głową i wiedziałam, że nikt i nic nie stanowi zagrożenia. nikt i nic poza mną samą. i chociaż momentami tęsknie za tym wszystkim i pluję sobie w twarz, że zadałam Ci tyle bólu, to cieszę się również, że nasza historia dobiegła końca. bo nauczyłeś mnie także mówić 'do widzenia'. odwrócić się i nie spoglądać za siebie. staniemy jeszcze kiedyś na swojej drodze, wiem o tym. kto wie, może nawet wybierzemy się na kawę, którą tak lubisz?
ale powiedz proszę, czy zastanawiałeś się kiedyś co by było gdybyśmy się nie poznali?

wtorek, 10 maja 2011

a po nocy przychodzi dzień.

znów zaczynają mnie nękać dawne koszmary. przychodzą i zaciskają chude, długie palce na moich wystających kostkach. wiem, że nie ma sensu się wyrywać. przecież każdy sen, dobry i zły, rodzi się w mojej głowie. jestem jego panią i rodzicielką. a to, że nie potrafię nad nim zapanować to już wyłącznie moja wina. dlatego boję się, bardzo się boję. drżę na samą myśl o tym, że może wrócić wszystko to co od dawna chce wrzucić do pudełka 'wspomnienia'. najbardziej przeraża mnie to, że znów nieświadomie rzuciłeś kamień, który pociągnie za sobą lawinę. nie lubię naszej historii.

środa, 4 maja 2011

tak więc postanowiłeś odwiedzać mnie też w snach? to do Ciebie niepodobne, ale niech będzie. zgoda. masz do nich wstęp. tylko dlaczego wybierasz akurat te najbardziej niepoprawne i szalone? 
w sumie nie powinno mnie to dziwić, przecież lubisz zaskakiwać. wyskakiwać zza rogu moich myśli w najbardziej  nieoczekiwanym momencie. a ja lubię udawać zaskoczoną, tak jakbym wcale na to nie czekała. jak dużo musimy się jeszcze o sobie nauczyć mój drogi, jak dużo. ale spokojnie, powoli, mamy czas. przed nami całe życie.

niedziela, 1 maja 2011

król pik.

nastały ciężkie czasy dla mojej chorej podświadomości. nie potrafię ubrać w słowa tego co we mnie siedzi. nie umiem wyrazić uczuć. balansuje na krawędzi słów niskich i wysokich i nadal nie wiem, na którą stronę chcę spaść. a dzieje się mnóstwo. obawiam się, że jeśli nie uszyję sobie sukienki z pstrych wyrazów ostatnich wydarzeń to eksploduję. wybuchnę i pozostawię po sobie głuchą pustkę, bezbarwną i nijaką. taki prywatny koniec świata. nie powiem, bardzo wygodny. bez łez, bez pogrzebów, bez białych kwiatów. jednak mimo wszystko, zostało kilka spraw, które kurczowo trzymają mnie na tym świecie i szybko z niego nie puszczą. bądź co bądź, jestem im za to bardzo wdzięczna. dlatego wspomogę je i spróbuję pobawić się w krawca. może jutro pokaże się w nowej, słownej sukience?

***
lubię wracać do naszej historii. wiele się z niej nauczyłam. jest dla mnie swojego rodzaju lekcją. bolesną, ale pouczającą. i lubię też wymyślać jej koniec. zawsze jest romantyczny, ciepły i szczęśliwy. ale przy tym tak niesamowicie nierealny, że aż wstydzę się o nim myśleć. oblewam policzki purpurą i schodzę z delikatnych obłoków na twardy beton. ale wystarczyła mi jedna rozmowa, by zmienić zakończenie. dopisałeś do naszej historii kolejny rozdział. pozwoliłeś odkryć się na nowo jak świeżo wytasowany król pik. wciąż zaskoczona, z uśmiechem na nieidealnych ustach, trzymam Cię w zmarzniętych dłoniach i wpatruję się w błękitne tęczówki. i znów myślę o zakończeniu. tym razem wydaję się być realne. mogę uwierzyć, że ma szanse stać się rzeczywistością. tylko zastanawiam się czy nadal tego chce. dwa słowa, które wyrzuciłeś z siebie, jakbyś dusił je od dawna, wywołały we mnie burzę. pomyśl jaki skutek przyniosłaby lawina Twoich słów. boję się tego, jaki masz na mnie wpływ. dlatego zabierz ode mnie moje zakończenie. niech wspomnienia pozostaną wspomnieniami.


***
więc z ramion ramę złóż
opraw ten
wyblakły mocno akt
opraw mnie