czwartek, 30 grudnia 2010

'pan zagadka'?

to jutro, już jutro!
już jutro znów zachłysnę się błękitem Twoich tęczówek, przypomnę sobie rytm Twojego serca i zgubię się w zapachu Twoich perfum. i po raz kolejny przekonam się jak bardzo nie masz głowy do alkoholu. wiesz, od kliku dni żyję dla tej chwili. tylko dla tego wieczoru. nie zawiedź mnie M, proszę, chociaż raz mnie nie zawiedź. nie w taką noc. tylko tyle.




a ja jestem urojona,
urojona nie do wiary,
urojona aż do krwi.

(wciąż i wciąż szymborska zawraca mi głowę.)

środa, 29 grudnia 2010

i właśnie wtedy, kiedy jest mi tak źle jak dzisiaj jesteś moim największym marzeniem. gdybym miała świadomość, że jesteś obok, tylko dla mnie, mogłabym uporać się z każdym problem. tymczasem nadal tkwisz w mojej głowie pod nazwą 'zagadka' i uwierz, wcale nie jest mi z tym lepiej. dlatego proszę, sprecyzuj swoje zamiary. albo wyjdź trzaskając drzwiami albo przynieś swoją szczoteczkę do zębów i poproś o półkę. wóz albo przewóz, mój drogi. jedno albo drugie. już nic pomiędzy.

"posłuchaj jak mi prędko bije twoje serce..."
(i niech mi ktoś powie, że szymborska nie jest genialna.)

niedziela, 26 grudnia 2010

to straszne - pomyślała. - moje dalsze życie jest uzależnione od jednego wieczoru. jednej nocy. kilku godzin i ilości alkoholu, które zatańczą w Jego żyłach - szeptała patrząc na płatki śniegu, które wirowały na mrozie w ognistym tangu. chciała tak zatańczyć. właśnie z Nim. nie potrzebowała wielkich słów, odważnych gestów czy głębokich obietnic. chciała być tylko blisko Niego, przylgnąć do Jego klatki piersiowej, słyszeć jak mruczy pod nosem ulubioną piosenkę. zapoznać swoją skórę z dotykiem Jego dłoni, zanurzyć palce w jasnej czuprynie. usiąść obok Niego na balkonie, patrzeć w niebo i wypatrywać spadającej gwiazdy. w ciszy. w milczeniu. oddychać powietrzem przepełnionym szczęściem. to naprawdę tak dużo M? naprawdę?

czekam. wciąż czekam. a po drodze coraz więcej komplikacji. dlaczego nic nie jest czarne lub białe, po co nam kolory? bez nich byłoby prościej...

sobota, 25 grudnia 2010

senty- męty.

posłuchaj. usiądź przy oknie i otwórz uszy. słyszysz? to wiatr gra na płatkach śniegu czarującą zimową melodię. nie poznajesz jej? wcale mnie to nie dziwi. z roku na rok zmienia się coraz bardziej. zyskuje kilka nowych akordów, gubi kilka ósemek. może nawet jest zapisana w innym kluczu? zmienia się jak wszystko wokół. jak liczba osób przy wigilijnym stole, ilość łez wylanych podczas dzielenia się opłatkiem, zaśpiewanych wspólnie kolęd czy otwartych prezentów. nic nie jest takie same jak rok, dwa a nawet siedem lat temu. nic. a szkoda, bo siedem lat temu tak bardzo kochałam święta. boże narodzenie straciło cały swój urok. oh, wybaczcie. pomyłka. traciło je ciągle, od momentu, kiedy dowiedziałam się, że brodaty dziadek w czerwonym kubraku to tylko skrzętnie wymyślona historyjka. dalej wszystko umierało w odpowiedniej kolejności. aktualnie pozostały tylko twardo utarte tradycje i czas na odpoczynek od codziennych zajęć... i pasterka. tak, na pasterce czuję się tak samo wspaniale. niezmiennie. od lat.

mimo tego iż świąt w tym roku nie czuję życzę wszystkim pogody ducha, ciepłej atmosfery, radości grzejącej wasze serduszka i mnóstwa, mnóstwa miłości -
wesołych świąt!
(sobie przy okazji również, szczególnie tej miłości.)

piątek, 17 grudnia 2010

znów pojawił si przede mną temat definiowania miłości. przebiegł mi drogę, jak czarny kot. nie jestem przesądna, ale wole mieć szeroko otwarte oczy.

a miłość...
nie rozpoczyna się ot tak, w jednej chwili. ani nie kończy. żyje w nas jak małe ziarenko, które znajduje się gdzieś między gardłem a żołądkiem, między prawym i lewym płucem, przyklejone do serca. rośnie tam, karmione każdym spojrzeniem, uśmiechem i dotykiem. wypełnia nas wypuszczając korzenie, które penetrują nasze ciało od koniuszków palców, aż po końce rzęs. dociera do brzucha, gdzie budzi z zimowego snu, drzemiące motyle. do podświadomości, gdzie rodzi najpiękniejsze sny. do ust, gdzie buduje nadzwyczajne zdania. do ramion, którym każe obejmować Jego smukłą sylwetkę. do oczu, które dzięki niej szklą się łzami szczęścia. bólu również. bo miłość boli.
kiedy korzenie uschną, zbyt mało podlewane, zaczynają się kurczyć. cofają się i ranią każdą komórkę naszego ciała. cierpimy. cierpimy na ciele i na umyśle. wszechogarniający ból. dlatego nie nazywajmy 'tego' miłością. po prawdziwej miłości nie płakalibyśmy jednego dnia. płakalibyśmy już do końca życia. i nie próbowalibyśmy ułożyć wszystkiego na nowo.w końcu, nie potrafilibyśmy unikać swoich spojrzeń, a to właśnie robimy. jak się z tym czujesz, wiedząc, że to co w sobie nosiłeś wcale nie było tym czym powinno być? oszukany? no chyba, że... chyba, że Ty nadal grasz.


piosenka
***
'pozwoliłam się wymyślić na podobieństwo odbicia w jego oczach'

a szymborska wciąż mnie urzeka.

wtorek, 14 grudnia 2010

miau. miał.

umrzeć - tego się nie robi kotu.
(w. szymborska)

owszem, nie robi. umieranie jest absurdalne. umieranie i wszystko co się z nim wiąże.
dlaczego więc traktujesz mnie jak martwą? nie czujesz mojego oddechu na karku? otwórz oczy i zobacz, że nadal tu jestem. jestem i zawsze będę. musisz się z tym pogodzić, żeby móc pogodzić się z samym sobą.

***
zbyt wiele było 'nowych historii'. zbyt wiele. i zbyt wiele było w tym wszystkim uczuć. pora sięgnąć po sole trzeźwiące i w końcu podchodzić do świata tak, jak na to zasługuje. ani lepiej, ani gorzej. po prostu zwyczajnie.

sobota, 11 grudnia 2010

wszedł. widziała go kątem oka. jednak nie odwróciła się żeby się z nim przywitać. udawała, że jest pochłonięta rozmową z innym mężczyzną. 'może będzie zazdrosny, bo właściwie dlaczego nie?' szeptało jej do ucha alter ego. w końcu zakończyła szopkę i powoli odwróciła się w Jego stronę. zobaczył ją, uśmiechnął się i zawołał. powinna dalej grać obojętną i 'NieDoZdobycia', ale nie miała w sobie wystarczająco dużo samozaparcia. podeszła do niego i po raz kolejny utonęła w jego ramionach. może nie tak, jakby tego chciała, ale zawsze 'jakoś'. zapomniała już, że uśmiecha się tak czarująco. zapomniała też, że ma tak diabelsko niebieskie oczy. zapomniała, że za tym tęskniła.

miałeś przychodzić na herbatę, tylko na 20 minut.
tymczasem znów przesiadujesz u mnie godzinami.
będą z tego kłopoty, tylko kłopoty.
zobaczysz.
ale przecież dla Ciebie to nie ma znaczenia...

piątek, 10 grudnia 2010

pożyczyłam kiedyś książkę od ważnej dla mnie osoby. przeczytałam ją i zapisałam na karteczce cytat. dzisiaj, po pół roku ją odnalazłam. cytat brzmi tak:
'ból to coś co sam sobie zadajesz.
ból to zdarzenie. przytrafia ci się i radzisz
sobie z nim na wszelkie dostępne sposoby'

czytałam go wciąż od nowa, przez kilkanaście minut. pięknie pasuje do obecnej sytuacji. wręcz idealnie. wiedziałeś co robisz, pożyczając mi tę książkę, prawda?

czwartek, 9 grudnia 2010

zmywałam z siebie brud dnia dzisiejszego i pomyślałam o wszystkich swoich błędach.
spojrzałam w lustro.
poczułam się bardzo staro. za staro.

a jest jeszcze tyle grzechów, których nie popełniłam.



boję się. naprawdę się boję.
nie ma Cię. nie ma Jej. nie ma Nas. Was też nie ma. a mnie...
mnie chyba nigdy nie było.

apteka.

całe moje życie kręci się wokół lekarstw, pastylek, kolorowych małych guziczków i podłużnych, zazwyczaj dwukolorowych fasolek. dzisiaj to do mnie dotarło.

przede wszystkim są to tzw. leki na całe zło. Złote Drażetki w postaci zakupów, czekolady i przyjaciół. zażywam je garściami. zachłannie połykam każdego dnia. wzmacniam swoją odporność na wszelkie upadki. w dodatku da się nimi uleczyć nawet najgłębszą ranę. istny cud w postaci małych, łatwych do połknięcia drobinek. rzekłabym 'eureka'.
zaraz za nimi najczęściej sięgam po podłużne, lekko różowe Tabletki Na Serce. jednak nie biorę ich regularnie. albo gdzieś mi się gubią i nie mogę ich znaleźć, albo zwyczajnie o nich zapominam. ale z tabletkami na serce tak już jest. potrzebuje się ich tylko wtedy gdy boli.
najgorszy problem jest z Pigułkami Na Sen. sięgam po nie co noc, nie lubię mieć problemów ze snem. i kiedy wydaje mi się, że już jest dobrze, że ich nie potrzebuję i śmiało mogę je odstawić, okazuje się, że są silnie uzależniające. drżę na całym ciele i czuje się jak narkoman na odwyku. obolała, zmęczona i bezsilna, wrak człowieka. istny wrak. 'nie możesz się wciąż truć' - szepcze mój rozum. przywiązuję się do krzesła, żeby po nie nie sięgnąć. i kto by pomyślał, że wszystko przez Pigułki Na Sen...

a Tobie życzę powodzenia. musi się udać, tym razem musi. uwierz w to.

wtorek, 7 grudnia 2010

show me, please.

złap mnie za rękę i pokaż mi swój świat. naucz mnie wszystkiego. chce wiedzieć co czujesz kiedy patrzysz w okno tuż po przebudzeniu. jak trzymasz szczoteczkę kiedy myjesz zęby. dlaczego do śniadania wypijasz tylko pół kubka herbaty. skąd w Twojej głowie tyle sprzeczności i dysonansów. wyjaśnij, dlaczego masz tak nieprzyzwoicie niebieskie oczy? pokaż mi swoje życie. wtedy pociągnę Cię w swoją stronę i pokaże moje. to sprawiedliwy układ, prawda?

i gdybym tylko miała pewność, że marzenia się spełniają... już nigdy nie martwiłabym się o niepewne jutro. nigdy. potrzeba tak niewiele... niewiele.

ps. dopiero się zorientowałam, że ktoś to komentuje i opublikowałam komentarze. niedługo zapomnę gdzie mam głowę, przepraszam.

niedziela, 5 grudnia 2010

ciężkie przemyślenia, szczere słowa.
przyczyna: bałagan, istny burdel. na kółkach w dodatku.
skutek: ojapierdole.
wnioski: nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, a już na pewno nie cztery. historia lubi się powtarzać, aczkolwiek ta Zła Historia. łamanie serc to moja specjalność. kurwa.

dzisiaj nawet muzyka symfoniczna nie była już taka sama. chociaż kontrabas znów mnie oczarował.

i co teraz?

sobota, 4 grudnia 2010

dobry wieczór.

stałeś pod oknem. padał śnieg. temperatura sięgała -20 stopni Celsjusza. nie pukałeś do drzwi. nie dzwoniłeś, żebym otworzyła. tak jakbyś miał ochotę po prostu sobie postać. nie pomyślałeś, że staniesz akurat pod moim oknem. ale skoro już cię zobaczyłam, to pomyślałam, ze warto zaprosić cię do środka. przecież dawno nie rozmawialiśmy, prawda?
usiadłeś na granatowej kanapie. w dłoniach trzymałeś czerwony, parujący kubek pełen gorącej, aromatycznej herbaty. wypicie jej zajęło ci około 20 minut. nie dłużej i nie krócej. równe 20 minut. 20 minut, podczas których ucięliśmy sobie miłą pogawędkę. 20 minut podczas których znów pojawiły się w mojej głowie dawne obrazy. 20 minut, po których wyszedłeś, rzucając krótkie 'do zobaczenia'. wiesz, możesz częściej wpadać na herbatę. pasuje mi taki prosty, jasny układ. jakbym właśnie rozwiązała zagadkę, z którą męczyłam się od długiego czasu.

a takich wieczorów jak dzisiejszy potrzebuję zdecydowanie więcej!

czwartek, 2 grudnia 2010

bunt.

nie chcę, żeby próbowali odgadnąć o co mi chodzi. - mruczałam niezadowolona pod nosem spacerując od jednej ściany do drugiej. skrzyżowane na piersiach dłonie rytmicznie unosiły się i opadały, zgodnie z cyrkulacją powietrza w moich płucach. -nie lubię, kiedy penetrują moją podświadomość i na siłe interpretują to co w niej spotkają! - podnosiłam powoli głos. wpatrywał się we mnie niesamowicie spokojnie swoimi zielonymi, pięknymi oczami. nawet nie drgnął, kiedy w złości zrzuciłam wszystkie książki ze stolika. nic, idealny bezruch. - jak możesz tak bezczelnie patrzeć na to, jak wchodzą na mój prywatny teren?! przecież miałeś mnie bronić! - łzy ciekły mi po policzkach. usiadłam na kanapie i ukryłam twarz w dłoniach. drżałam. a on? on podszedł do mnie na swoich długich, zgrabnych nogach, usiadł bezszelestnie obok mnie i położył mi głowę na kolanach. zniknęła cała złość. momentalnie ogarnął mnie spokój. bronił mnie, czułam to. byłam mu za to wdzięczna.

***
oh tak, pierdolenie o szopenie to zdecydowanie moje hobby.

środa, 1 grudnia 2010

usiądź przy mnie. bliżej, bliżej. chce poczuć na policzku twój ciepły oddech. chce poczuć jak faluje twoja klatka piersiowa, kiedy gęsto drgające nozdrza zachłannie kradną tlen. złap mnie za rękę. czujesz jak krew pulsuje w moich żyłach? nie straszny jej mróz. wystarczy, że będziesz blisko. tylko tyle. po prostu usiądź przy mnie. bliżej, bliżej...

codziennie wznoszę się na wyżyny i codziennie spadam z hukiem na ziemie. nie mam siniaków, nie pękają mi kości. wszystko uodporniło się już na wszelkie urazy.
czy jestem szczęśliwa? dlaczego o to pytasz? aaa, rozumiem. z czystej ciekawości. ja też jestem ciekawska. a wiesz, sąsiadka mojej babci była tak strasznie ciekawska, że pewnego dnia... dlaczego przerywasz mi w pół zdania? aah, no tak, do rzeczy. więc pytasz, czy jestem szczęśliwa? jestem. jestem, ale tylko dlatego, że cenie przyjaźń bardziej niż miłość. tylko dlatego. taki szczegół a potrafi ocalić ludzkie istnienie. czyż to nie piękne?

***

mieszkania w kamienicach są cudowne. nie chce willi z basenem, dużego domu z ogródkiem. chce takie przestronne, jasne mieszkanie w kamienicy. właśnie z takim szerokim parapetem, idealnym do czytania książek. właśnie z takim ciepłym salonem.
właśnie takie jak Twoje.