poniedziałek, 25 kwietnia 2011

usiadłam na miękkim łóżku, pod brązowym kocem. w dłoniach trzymałam biały kubek. wiśniowa herbata parowała przyjemnie pod piegowatym nosem. zielono-brązowe tęczówki wpatrywały się w szklany ekran, a źle skrojone usta wykrzywiał uśmiech wywołany przez komiczne postacie z kreskówek. i mimo śmiechu w środku kuła mnie świadomość, że brakuje obok drugiego kubka. drugiego białego kubka z parującą herbatą. zdałam sobie sprawę, że oczami wyobraźni widzę go w dłoniach kogoś, kogo dotychczas nie podejrzewałam o odwiedzanie mojej podświadomości. znowu czuje na plecach dreszcz strachu. dość już złamanych serc.

sobota, 23 kwietnia 2011

spowiedzi,

mam ochotę stanąć przed Tobą i   n i e    patrząc Ci w oczy powiedzieć prawdę. jak na spowiedzi. wyznać wszystkie grzechy, których byłeś powodem. wszystkie nieczystości, których dopuszczał się mój umysł pod Twoim wpływem. byłabym w końcu czysta. czysta i wolna. bo stałeś się moją kulą u nogi. ciężką, żelazną, sprawiającą ból kulą u nogi mojego niepełnosprawnego serca. zrobiłeś ze mnie kalekę, wrak człowieka. i nawet nie chcesz ponieść za to odpowiedzialności. umyłeś od tego ręce jeszcze tego wieczoru, gdy z takim zapałem opowiadałeś mi o gwiazdach. pamiętasz jeszcze ten wieczór?

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

forget about that, my dear.

stań przede mną, spójrz w moje zielono-brązowe tęczówki i powiedz, że odchodzisz. że przychodzisz się pożegnać, na zawsze, na wieki wieków. że nie wrócisz, i że lepiej będzie jeśli zapomnę. później dotknij mnie ciepłymi, idealnie skrojonymi wargami w rumiany policzek, poczuj moją słoną łzę i odejdź. odejdź na zawsze, na wieki wieków. nie wracaj. pozwól mi zapomnieć.
pozwól mi zapomnieć o tych wszystkich historiach. o chłodnych nocach, słonecznych popołudniach i leniwych porankach. pozwól nie pamiętać zapachów, kolorów i dźwięków. pozostań czarno-białą fotografią w mojej podświadomości. będziesz tam bezpieczny, obiecuje.

sobota, 16 kwietnia 2011

słowomyślotok.

mam wadę wymowy. mówię za dużo, za często i zbyt impulsywnie. próbuję sznurować wargi, zaciskać zęby. wbijam sobie w dłoń czekoladowe paznokcie. tylko, żeby nie pisnąć słówka. a język uciążliwie, nieznośnie wije się w moich ustach. cofa się do przełyku, ociera o kły, miażdży podniebienie. nagle znajduje szparę i wydobywa się na zewnątrz. i wtedy wylewa się ze mnie rzeka słów. mówię, mówię, mówię - mówię wszystko co sprawia, że boli, że kuje, że uszczęśliwia, że ręka, noga, że noc, że księżyc, że sen, że miłość, że Ty, że ja, że oni, że świat.
mówię i boje się skutków. boję się, że pewnego dnia powiem za dużo. że runie wszystko, bo jedno słowo okaże się zbyt silne. a jeśli to będą dwa słowa? co wtedy?

nawet nie wiesz jak to lubię. ja też nie wiem.

czwartek, 7 kwietnia 2011

odnośniki.

błękit oceanu, w którym mogłabym tonąć. delikatny, a jednak twardy marmur, podtrzymujący moje wątłe ciało. ostro zarysowane kości, ciekawiące zielono-brązowe oczy. lekki zapach zielonej herbaty i uwodzących perfum, kojący zmysły. rozwiane włosy, będące labiryntem dla czekoladowych paznokci. i ciepło między wargami.
to niewielkie wymagania.

wmawianie sobie, że to wszystko jest zbędne wychodzi mi perfekcyjnie. uwierzyłam, że tlenem może być tylko powietrze i garść dobrej muzyki. tylko tyle.
może i oszukuje samą siebie, ale czuje się zdrowiej, o wiele zdrowiej. dlatego nie wyprowadzajcie mnie z błędu.

wtorek, 5 kwietnia 2011

nie jestem w stanie zrozumieć tego co się wokół mnie dzieje. rozstania, miłość, nienawiść, ból, radość, rozpacz, niezdrowa satysfakcja, strach, wyrozumiałość, żal, pokora, gniew, brak skrupułów, odwaga. wszystko przeplata się tak szybko. nie nadążam już za życiem, zgubiłam się w swojej egzystencji.
a Ty nawet nie kwapisz się, żeby mnie w niej odnaleźć.

po prostu bądź. tak p o p r o s t u.

niedziela, 3 kwietnia 2011

far, far away.

czasami lubię odwrócić głowę i spojrzeć za siebie. zobaczyć wszystko z perspektywy nowych doświadczeń i emocji. różowe wspomnienia nie raz i nie dwa okazują się miotać między czernią i bielą. ludzie, którzy stanowili cały mój świat są tak mali, że aż dziwię się, że nie podeptałam ich w życiowym pośpiechu. niejedno gwałtowne bicie serca okazuje się strachem a nie miłością.
i dopiero gdy spoglądam przez ramię widzę, jak bardzo lubię być naiwna. jak często zachowuje się jak mała dziewczynka, która z uporem maniaka wierzy, że wszystko zawsze się ułoży. że będzie lepiej. że wszyscy będziemy szczęśliwi. ja, ty i On. nie ważne - razem czy osobno. po prostu szczęśliwi. i wiesz co? czasami patrząc za siebie czuję to ukłucie w żołądku. zazwyczaj w momencie kiedy dociera do mnie, że naiwność to głupota. a rozczarowania bolą, cholernie bolą.
chyba uodparniam się na ten ból...

***
ciesze się Waszym szczęściem. ciesze się, że w końcu się udaje. i nadal (być może naiwnie) wierzę, że będzie dobrze, a może nawet lepiej niż dobrze. i że to szczęście uśmiechnie się w końcu też do mnie...