niedziela, 23 grudnia 2012

mara nocna.

przychodzisz do mnie i siadasz na skraju łóżka. czuję Twoją obecność. krok za krokiem, z oddechem na karku przechodzę po brzozowych panelach. i pamiętam, że tu byłeś. gdzieś w prawym kącie wciąż czuję Twój zapach i naprawdę nie wiem czy to nie urojenia. zamykam oczy. widzę deszcz, park i nas oblanych szczęściem. ciepło mi. w żołądku zaciskają się nieczule knykcie. poczucie winy depcze mi po piętach. a Ty wciąż jesteś. za rogiem, na przejściu dla pieszych, w kolejce po świątecznego karpia. ale już nie mój. już nie patrzysz na mnie. obdarowałeś mnie czymś, czego nie znajdę do końca życia. i odepchnęłam Cię. nie rozumiejąc niczego pozwoliłam nam więdnąć. a teraz zabijając się, z sekundy na sekundę coraz brutalniej, planuje nam przyszłość. i choć wiem, że to szklane domy na fundamentach z mydlanych baniek, nie umiem przestać. wciąż rozdrapuje stare rany w nadziei, że wrócisz i ukoisz mój ból. że wrócisz i pozwolisz mi naprawić nasze uczucia. pozwolisz mi kochać się od nowa. tym razem całym sercem. daj mi szansę. ostatnią.

naprawdę nie myślałam, że rany z przeszłości tak długo mogą broczyć karminową krwią. nie wiedziałam też, że jestem w stanie odczuwać tak silną tęsknotę. nie zdawałam sobie sprawy, że to przy Tobie chciałabym stawiać ostatnie kroki. bądź zdrów i śpij dobrze mój drogi M. ja będę cierpieć za nasze grzechy.

niedziela, 16 grudnia 2012

zimno mi.

kolejna zima. kolejne wełniane rękawiczki w brzozowej szafie. odnalazłam kocią, mrucząca do nieprzyzwoitości miłość. ta prawdziwa chowa się złośliwie pod grubą warstwą ciszy. i nie chce wyjść. nie ma na nią sposobu. a ja marznę. nie umiem ogrzać cherlawych kości, zmarzniętego serca. sine knykcie odbijają się głucho od ciężkiego koca. wulgarna jest taka samotność. wychodzę do ludzi. męskie torsy mocno otulone kobiecymi ciałami rzucają mi się w bursztynowe tęczówki. a wzroku nie da się odwrócić. bezmyślnie trzepoczę rzęsami na lewo i prawo, prawo i lewo. i nic. topię smutki w wełnianych swetrach, hektolitrach herbaty i ciepłych słowach. a mimo wszystko kocham zimę. i zawsze będę. przekornie.