czwartek, 30 września 2010

pudło. kolejne pudło.

spojrzałam na niego. 'całkiem fajny. ale przecież nie lubisz blondynów' pomyślałam na początku. siedzieliśmy obok siebie na czerwonej, skórzanej kanapie i myśleliśmy o czymś innym. każde z nas miało swój własny, zupełnie różne świat.
spojrzałam na niego po raz drugi. 'pociągająca sylwetka, przyjemny głos i ciepły uśmiech' zauważyłam tego dnia. 'poobserwować nie zaszkodzi' usprawiedliwiłam siebie w duchu. siedzieliśmy przy stole. patrzyliśmy w różne strony. nasze światy nadal pozostawały odrębne, ale w moim pojawił się tego dnia jego cień.
spojrzałam na niego trzeci raz. 'przyjemne perfumy, stylowe ubrania i błękitne oczy. niedobrze. przecież masz słabość do niebieskich oczu!' uderzyłam się w twarz. 'ocknij się. to poza twoim zasięgiem'. wówczas wtargnął do mojego świata i spacerował po nim. nie błyszczał w pełnym słońcu. ale był tam, przecież dobrze go widziałam.
spojrzałam na niego po raz kolejny. 'kocha to co robi, jest zdolny i niewiarygodnie uprzejmy. i... o mój Boże! ma niesamowicie seksowne stopy. tak. zdecydowanie pociągające!' krzyczałam w podświadomości, a oczy pewnie świeciły mi się jak gwiazda polarna na czystym niebie, podczas spokojnej, letniej nocy. 'to zaczyna zmierzać w złym kierunku! no opanuj się, dziewczyno! opanuj póki jeszcze nie jest za późno!' bezskutecznie próbowałam się przywrócić do porządku. i od tamtej pory on miał swój własny świat, a ja dzieliłam swój z jego osobą. w dodatku bez jego wiedzy.
nie. to nie miłość, zakochanie, ani nawet zauroczenie. to swego rodzaju fascynacja. od dawna było mi wiadome, że mam słabość do silnych, kreatywnych mężczyzn. i taki właśnie stanął mi na drodze. ale spokojnie, to kolejne pudło. kolejna osoba poza moim zasięgiem. ta historia się nie rozwinie, a on w końcu opuści mój świat. traktujmy go jako chwilowego gościa.

***
na marginesie: idzie pieprzona zima. kolejna zima, podczas której moją dłoń ogrzewać będzie jedynie ciepło rękawiczki. i tak wygląda bohater romantyczny naszych czasów.

niedziela, 26 września 2010

bzdura jak mało która.

'dlaczego mi to robisz? dlaczego po raz kolejny wchodzisz bez pytania do mojej świadomości i niszczysz wszystko, co tak zgrabnie w niej poukładałam? dlaczego, kurwa?! no pytam się?!'
tak. dokładnie takie pytania chciałabym móc teraz zadać panu M. wiem nawet jaka byłaby odpowiedź. uśmiechnąłby się. tak jak zawsze. w ten rozbrajający mnie sposób. jak ja tego nienawidzę. nienawidzę i uwielbiam jednocześnie. cóż za absurd!
podyskutujmy dalej. 'masz zamiar coś z tym zrobić? chociaż mi to wyjaśnić? czy miałam być tylko zabawką, chwilową zachcianką, alkoholowym 'widzimisię'?". chyba trochę zbiłabym go z tropu. dotąd nie odkrywałam kart. 'spokojnie' odpowiedziałby zmieszany. 'tylko tyle? nie stać cię na nic więcej? jedno 'spokojnie' za wywrócenie mojego świata do góry nogami. no pięknie. wiedziałam, że na tobie zawsze można polegać. powiedz, żebym się odpierdoliła i dała ci w końcu święty spokój. a i proszę, nie dzwoń już do mnie. nie mam czasu na zabawy w chowanego. ja tak nie potrafię. a ty w końcu dorośnij i wyjdź z piaskownicy!'. odwróciłabym się ze łzami w oczach i odeszła. tak wlaśnie rozmowa przerodziłaby się w dość żenujący monodram zdesperowanej kobiety.
i teraz miałby do wyboru dwie opcje. cieszyć się, że pozbył się problemu. albo złapać mnie za rękę i... no właśnie. i co?

wtorek, 14 września 2010

nosens goni nonsens, a ja chyba zgubiłam cierpliwość.


analogowe aparaty to jedne z tych przedmiotów, które są najzdolniejszymi artystami we współczesnym świecie. zwykła poza, codzienna mina, proste kolory - wszystko nabiera dzięki nim wyrazu. zdjęcia wyglądają tak, jakby posiadały dusze. jakby chciały nam opowiedzieć swoją historię, zaczynając od słów 'dawno temu, pewnego deszczowego dnia...'. lubię ich słuchać. siadamy razem w wygodnym fotelu, przy filiżance herbaty i przenosimy się w przeszłość. nie mówią o księżniczkach i walecznych rycerzach. opowiadają o ludziach, prostych ludziach. ale robią to w tak magiczny sposób, że każdy z nich staję się bohaterem baśni. swojej własnej baśni.

mówienie 'do widzenia' wychodzi mi równie dobrze co mówienie 'dzień dobry'. z tą różnicą, że mówienie 'do widzenia' cholernie boli, nawet jeśli wiem, że tak trzeba. czekam wciąż na osobę, której będę mogła powiedzieć 'witaj' bez strachu, że za chwilę będę musiała skierować w jej stronę 'żegnaj'. czekam już bardzo długo, kończą mi się pokłady cierpliwości, a horyzont nadal pozostaje nietkniętą prostą. żadnego punktu, żadnej plamki. prosta, równa, jakże wkurwiająca krecha.

czwartek, 9 września 2010

weszłam do domu, rzuciłam torby na zimne kafelki, zdjęłam buty i pognałam do kuchni. dorwałam się do jajek i pomidorów, i zrobiłam sobie jajecznicę. była fenomenalna. nie mam pojęcia czy to za sprawą moich wciąż kuśtykających, przygłuchych i ślepych na lewe oko umiejętności kulinarnych, czy okrutnego głodu, który od kilku godzin męczył moje biedne wnętrzności, ale tak pysznej obiadokolacji nie miałam od dawna! jednego natomiast jestem pewna. 11 godzin poza domem, bez obiadu i ciągle w biegu - niesamowicie męczące. ale jak ja to kocham!

nie lubię niejasnych sytuacji. bardzo nie lubię. ale często łapię się na tym, że na własne życzenie tkwię w nich po uszy. są jak ruchome piaski. im bardziej się szamoczesz, tym bardziej cię wciągają.
chciałabym mieć przed sobą czystą, ładną kartkę. tymczasem moja jest zamazana, w różnorakich kleksach, z zagiętymi rogami i lekko przedarta. ktoś nawet namalował na niej trupią czaszkę. i to tuż nad napisem 'spokój ducha'. 'cóż za zbieg okoliczności!' niemal krzyczę z wyrzutem... codziennie staram się coś wymazać, pozbyć się kleksa, wyprostować różek. i udaje się, nie mówię, że nie. ale niektórych plam nie potrafię wybielić. boję się za nie zabrać, bo wiem, że zniszczyłabym cudzą kartkę. dlatego tkwię sobie w brudnych, kłamliwych sytuacjach i pogrążam się z każdym dniem. 'brawo korybucie, brawo. lepiej udawać niż wyłożyć karty na stół. bardzo mądrze' - podświadomość nie daje mi spokoju. może czas wziąć się za siebie i w końcu zrobić coś, żeby 'spokój ducha' nie był dłużej przysłonięty przez skrzyżowane piszczele?

piątek, 3 września 2010

sumienie.


czasami dochodzę do wniosku, że wolałabym nie mieć sumienia. wszystko byłoby takie proste, wszystko robiłabym niemal bezkarnie. a tak... a tak muszę codziennie staczać bitwę sama ze sobą. 'witam państwa! spotykamy się, żeby zobaczyć walkę stulecia. kto wyjdzie z podniesioną głową a kto poniesie spektakularną porażkę?" w jednym narożniku stoją moje uczucia, a w drugim rozum. nie potrafie określić, komu kibicuję. stoję pośrodku, rozerwana na pół i zdaje sobie sprawę, że jestem w beznadziejnej sytuacji. 'nie pierwszy, nie ostatni raz' powtarzam uparcie, ale coraz ciężej jest mi uwierzyć, że podejmę dobrą decyzję i wszystko w końcu będzie tak jak należy.

a jeśli miałabym mówić o mniej dołujących sprawach, to chciałabym powiedzieć, że kocham mężczyzn. zdałam sobie dzisiaj sprawę, że jestem ich fanką. mogłabym godzinami siedzieć w parku i obserwować jak są ubrani, jak się poruszają, postępują z kobietami, rozwijają pasję, spacerują, jeżdżą na rowerze, jak porusza się ich klatka piersiowa podczas oddychania, jak włosy falują na wietrze i jak oczy błyszczą się w promieniach słońca. uwielbiam ich, z całą pewnością ich uwielbiam... i może właśnie dlatego mam z nimi tyle problemów?

tęsknię za wakacjami, za czasem, w którym wszystko było łatwiejsze. potrzebuję oddechu. minęły dwa dni szkoły, a ja już potrzebuję przerwy...