V
akceptacja
nagle wszystko staje się niezwykle oczywiste, jasne i proste. prawda spada na Ciebie jak grom z jasnego nieba. tym razem jednak nie ugina wątłych kolan. nie tłamsi zmysłów. nie burzy krwi w błękitnych żyłach. nie przysparza o palpitacje naiwnego serca. tym razem przyjmujesz ją ze spokojem godnym najwybitniejszego stoika. pochylasz czoło, marszczysz nieznacznie brwi. ale nie cierpisz. potrzebujesz teraz chwili spokoju i wytchnienia. chwili wolności od emocji i uczuć. przez moment potrzebujesz być prostym człowiekiem. potrzebujesz czasu na zebranie myśli. bo co dalej? jeśli zaakceptowałeś porażkę to czy jest sens brnąć dalej w twarde bruzdy życia i narażać się na następną? czy wystawienie samego siebie na kolejną próbę nie będzie samobójstwem? czy można z popiołów ulepić nowy dom? żadnej dobre odpowiedzi. dlatego żyj dalej. po prostu. żyj.
czasami pogodzenie się z przeszłością jest jedyną drogą do spokoju ducha.
a czasami to niezdolność zaakceptowania straty, wynikająca z szaleństwa, jest jedyną rzeczą, która trzyma nas przy życiu.
tak źle i tak niedobrze.
niedziela, 29 lipca 2012
niedziela, 15 lipca 2012
odszedłeś. a raczej zostałeś porzucony. z premedytacją odepchnęłam twoje ciepłe ramiona. pamiętam szklane odbicie twarzy. malowaną rozpacz. cierpiące bursztyny. nadal czuje zimny powiew wiatru na rumianym policzku i męczącą chęć zniknięcia. nieistotne. rozeszliśmy się - każde w swoją stronę. dlaczego więc jesteś? topisz mnie w smutnych tęczówkach. łaskoczesz pod skórą. płyniesz z wartkim prądem błękitnych żył. odbijasz się niezdarnie od ścian kruchego serca. gmerasz chudym palcem w chorej podświadomości. dlaczego na dobre wszyłeś się w moje ciało? na wieki wieków. pozostawiłeś we mnie wiele strachu, bólu i niepewności. bo dalej nie wiem czy nie byłoby łatwiej być twoją Madonną Małgorzatą.
powiedz, po co nam była ta 'miłość'? dostaliśmy więcej cierpienia niż szczęścia...
i brzęczy nieznośnie w uszach 'kochałem cię, naprawdę cię kochałem'.
tylko ty. nikt więcej. nikt mniej. nikt.
czwartek, 5 lipca 2012
5 oblicz smutku.
IV
depresja
w końcu przychodzi taki dzień, który przynosi cierpienie najgorsze z możliwych. opętane zmysły wyją z bólu, serce permanentnie pędzi jak oszalałe i zamiera na chwile. krew rozsadza cienkie żyły. zęby rzucają swoje kajdany na zapłakane usta. a puste tęczówki martwo wodzą po ścianie. rzeczywistość ciska w Ciebie piorunami swojej niesprawiedliwości. historia bzdur odbija się od głuchych ścian podświadomości. żyjesz, ale to powolne konanie doprowadza Cię do skrajnego szaleństwa. we krwi nie czujesz ciepłego słowa. ogarnia Cię lęk. strach. sztachety nocy uparcie biją Cię po wątłych plecach. bezdomni nadziei szczują psami. rozdzierasz gardło, wyjesz, skamlesz. nikt nie słyszy. nawet echo umarło. jesteś sam ze swoim ogromem żalu. bezradność bije Cię po twarzy, prawda pogardliwie wyszczerza żółte kły. upadasz na ziemię. i kulisz się w sobie. przeżywasz prywatną apokalipsę, armagedon. koniec świata depcze Ci po piętach i nie widzisz najmniejszej nawet szansy na przeżycie.
przejdzie. wszystko przechodzi. nawet największa miłość w końcu umiera. umierają przyjaźnie i przysięgi. umierają ludzie. wszystko się zmienia i nic nie trwa wiecznie. ten o to fakt spadł na mnie dziś jak grom z jasnego nieba. jakaż ja jestem naiwna. przepraszam, że pozwoliłam sobie mieć nadzieję.
depresja
w końcu przychodzi taki dzień, który przynosi cierpienie najgorsze z możliwych. opętane zmysły wyją z bólu, serce permanentnie pędzi jak oszalałe i zamiera na chwile. krew rozsadza cienkie żyły. zęby rzucają swoje kajdany na zapłakane usta. a puste tęczówki martwo wodzą po ścianie. rzeczywistość ciska w Ciebie piorunami swojej niesprawiedliwości. historia bzdur odbija się od głuchych ścian podświadomości. żyjesz, ale to powolne konanie doprowadza Cię do skrajnego szaleństwa. we krwi nie czujesz ciepłego słowa. ogarnia Cię lęk. strach. sztachety nocy uparcie biją Cię po wątłych plecach. bezdomni nadziei szczują psami. rozdzierasz gardło, wyjesz, skamlesz. nikt nie słyszy. nawet echo umarło. jesteś sam ze swoim ogromem żalu. bezradność bije Cię po twarzy, prawda pogardliwie wyszczerza żółte kły. upadasz na ziemię. i kulisz się w sobie. przeżywasz prywatną apokalipsę, armagedon. koniec świata depcze Ci po piętach i nie widzisz najmniejszej nawet szansy na przeżycie.
przejdzie. wszystko przechodzi. nawet największa miłość w końcu umiera. umierają przyjaźnie i przysięgi. umierają ludzie. wszystko się zmienia i nic nie trwa wiecznie. ten o to fakt spadł na mnie dziś jak grom z jasnego nieba. jakaż ja jestem naiwna. przepraszam, że pozwoliłam sobie mieć nadzieję.
Subskrybuj:
Posty (Atom)