poniedziałek, 29 grudnia 2014

czujesz ten ciężar na barkach? ten ciężki kamień w klatce piersiowej? ten ściskający gardło węzeł? ten głaz ukryty pod kruchą czaszką? czujesz? ciągnie Cię w dół. na łeb, na szyje. gną się kolana, słaniasz się, obijasz czerwone knykcie. upadasz. wstajesz. walczysz. permanentnie. przytłacza Cię ogrom uczuć, ciepłych, prawdziwych, zaszytych pod cienką skórą. tony miłości, czułości, szczerości i namiętności katują umysł i ciało każdego dnia. masz w sobie tyle piękna, a jedynym ujściem jest mruczący rudy kot na zimnej pościeli.
musisz się tym podzielić. musisz. bo inaczej spadniesz na dno, a stamtąd już nie będzie ucieczki...

tylko z kim?

***
noworocznie życzę wszystkim, którym zdarza się czytać moje poplamione myśli, żeby zawsze mieli się z kim dzielić swoimi uczuciami. piękniejsi jesteśmy kiedy dajemy coś innym.

niedziela, 7 grudnia 2014

kim jesteś?
mam wrażenie, że znam Cie pół życia, a wciąż nie umiem odpowiedzieć. przynosisz ciepłe ukojenie i największe rozczarowanie. łagodzisz ból i wywołujesz burzliwą złość. stawiasz mnie na nogi i podcinasz skrzydła.
spotkałam Cię dawno temu, gdy nie szukałam nikogo. gdy życie wydawało mi się beztroskie i kompletne. na pozór byłeś dodatkowym elementem układanki, który teoretycznie nigdzie nie pasował. na pozór. bo jesteś cząstką, która zakorzeniła się w wiotkim mięśniu między żebrami. zamieszkałeś w podświadomości i sprawiasz, że powoli tracę zmysły. i wcale nie mówię, że to uczucie. i wcale nie wierzę, że to miłość, wcale nie. naprawdę.
po prostu bądź blisko, mów do mnie, ogrzewaj, czaruj uśmiech w deszczowe dni.
bo jesteś kimś, kto daje mi wiarę w ludzi, a to bezcenny prezent.



tak odpowiedziałam dziś sobie na bardzo ważne pytanie.

czwartek, 18 września 2014

tęsknota. zdarza mi się. za domem. za zimą. za tym co było. albo co jest gdzieś daleko. ale jeszcze nigdy nie tęskniłam za kimś tak bardzo idąc z nim ramie w ramie. czując zapach jego perfum. patrząc na postawną sylwetkę i silne dłonie. parząc mu herbatę w moim ulubionym kubku.
mam Cię na wyciągnięcie ręki. tuż obok. i wiem o Tobie niemal wszystko. a jednak wciąż drapie mnie tęsknota. za Tobą. tylko za Tobą. wróćmy do tamtych dni, kiedy w kieszeni kurtki ogrzewałeś moje zmarznięte palce ciężką, spracowaną dłonią. kiedy szukałeś okazji do przelotnych spojrzeń. kiedy błyszczały nam oczy, a zima mroziła policzki. kiedy skóra napinał się pod szorstkim, przyjemnym dotykiem, a usta rwały się w stronę nieśmiałych pragnień. wróćmy do czasów kiedy wierzyłam, że będzie dobrze. i Ty wierzyłeś, że jestem tą jedyną. wróćmy bo żadnemu z nas nie jest ciepło. i wciąż marzniemy obok siebie wracając nie do tych historii.


piątek, 29 sierpnia 2014

nosisz w sobie uczucie. silne. ciepłe. bolesne i wymagające. być może to miłość. być może jeszcze nie. ale jest. dbasz o nie. pielęgnujesz. otulasz kocem utkanym z gorących wspomnień. i nie wie o nim nikt. poza tobą. łudzisz się, że kiedyś będzie miało szansę zaistnieć, że wykrzyczysz je światu. i jemu. przede wszystkim jemu. i nagle nadarza się okazja. twoje uczucie może rozkwitnąć. zaowocować. być. już zaczynasz się cieszyć. serce przyjemnie przyspiesza. ciepła krew łaskocze żyły. kąciki ust drżą z podekscytowania. i okazuje się, że to wszystko bzdura. bujda. nonsens. absurd. nie było żadnego uczucia. wykreowana emocja wypełniała nieznośną pustkę, nie mając nic wspólnego z miłością.
i co teraz? rozczarowanie przygniata cię do muru zapierając dech w piersiach. uwolnisz się? czy świadomie będziesz brnąć w kłamstwo? co teraz?

na szczęście każde kolejne pęknięcie serca odbija się coraz mniejszym bólem. czas leczy rany.

sobota, 12 lipca 2014

stanęło przede mną marzenie. jedno z tych, które pieszczotliwie obracałam między palcami przed snem. któremu śpiewałam kołysanki pełne nadziei. które gładziłam po różowym policzku z wyjątkową czułością. stanęło przede mną i nie było piękne. pomarszczone, z mętnymi oczami, ziemistą cerą i zwiotczałą skórą. chude. kościste. odrażające. piskliwym głosem mówiło o rzeczach przyziemnych i bezsensownych. jakby zgubiło się w wielkim świecie i postradało rozum. nie dostrzegłam w nim choćby iskry wyjątkowości. delikatność dawno już wygasła, a bijący blask dogorywał w kącie wciąż jeszcze bursztynowych tęczówek. patrzyło na mnie wzrokiem zbitego psa i w głębi duszy błagało o pomoc. i wzięłam moje umierające marzenie za rękę czując, że nie wyniknie z tego nic dobrego. i miałam rację.

rozczarowanie depcze mi po piętach.
wciąż nie jeden, a dwa.

czwartek, 26 czerwca 2014

podobno kochamy wciąż za mało i stale za późno. obrałam sobie drogę, w której nadrabiam za całe zgorzkniałe społeczeństwo. permanentnie budzą się we mnie emocje, których nie rozumiem. tęsknota oplata słoneczne dni. zazdrość gotuje krew w kruchych żyłach. palpitacje serce paraliżują ciało na Twój widok. i jego też. doświadczam rozdwojenia jaźni. serce podzieliło się na pół. umysł oszalał, a zmysły zostały brutalnie postradane. wciąż ważę za i przeciw. kalkuluję. myślę. mówię. i nie robię nic.
zaryzykuję. zdecyduję. dam się ponieść. może się uda. może zniknie pustka. może.
a jeśli nie?


poniedziałek, 9 czerwca 2014

musiałam uciec. na jakiś czas schować się pod ciężką kołdrą pozorów. zakopać się w ciepłych wieczorach i przemyśleć wszystko co spędzało mi sen z powiek.

wracam. i wiem jeszcze mniej niż poprzednio. a może właśnie wiem o wiele więcej? życie lubi mnie ostatnio zaskakiwać rzucając mi pod nogi najdroższe wyznania, niespełnione marzenia i fałszywe rozkosze. stawia moje wciąż jeszcze nieopalone ciało przed niemożliwymi wyborami i nieprzyzwoitymi pokusami. Boże, uchowaj.

a ja? a ja nabieram się na wszystkie sztuczki. pozwalam się ponieść promilom buzującym w bordowej krwi i robię głupstwa. jedno za drugim. ale wciąż jesteś. wciąż dbasz. wciąż pilnujesz. wciąż rozmawiasz i ratujesz z opresji. i wciąż nie mogę przestać patrzeć na Ciebie przez pryzmat tamtych dni.

przecież ludzie zmieniają czasami zdanie, prawda?

czwartek, 6 marca 2014

tam.

zawieruszyłam się w czasoprzestrzeni. przewiesiłam nieopalone ciało przez oparcie drewnianego krzesła i uleciałam w eter. w pustkę. lawiruję pomiędzy ciepłymi szeptami a bezdusznym krzykiem. poniewieram myślami po najbrudniejszych ulicach rzeczywistości. wszystkie kocie łby wykolejonego społeczeństwa znam już na pamięć. wiem co kryje się za rogiem każdego kłamstwa. z zamkniętymi oczami trafiam w martwy punkt. zataczam błędne koło w przytłaczającej galaktyce duszących emocji i chyba nie potrafię się uwolnić. usilnie, bezskutecznie szukam klucza do zagadki nazywanej uczuciem. myślami powracam do ludzi, którzy dawno już umarli, z nadzieją że uzyskam odpowiedź. wskazówkę. cokolwiek. a oni milczą i gniją pod wilgotną ziemią goryczy. martwe trupy wciąż żywsze ode mnie.
i kiedy tak o tym wszystkim myślę czuję się bardzo staro. pusta, samotna, otoczona tęsknotą. i nie wiadomo za czym. za kim. czy w ogóle?

wtorek, 18 lutego 2014

związano mi ręce. zasznurowano usta. skrępowano ciało i wrzucono w ciemny, wilgotny kąt przesiąknięty stęchlizną. jestem więźniem z egzekucją na karku, któremu odmawia się najmniejszych nawet uciech. strach i romantyzm wypełniający błękitne żyły skazują mnie na wieczną samotność. zresztą - nie tylko mnie.

czasami bezwiednie trzepoczę rzęsami z nadzieją, że ktoś się zlituje. wyjdzie mi na przeciw. uratuje. a przecież to idiotyczne. kto dziś zwraca uwagę na takie drobnostki? nikt już nie widzi subtelnych sygnałów wysyłanych z nadzieją w eter społeczeństwa. liczą się tylko spektakularne, odważne posunięcia. na skalę hollywood. albo i większą. a co z przelotnym spojrzeniem? zarumienionym policzkiem? zalotnie uniesionym kącikiem ust i błyszczącymi tęczówkami? nie mają znaczenia? nie odczytujemy już drobnych wskazówek. chcemy aby krzyczano do nas głośno i wyraźnie. zapominamy o drobnych, delikatnych emocjach. zapominamy jak i za co się kocha.

może jestem staromodna. może nie rozumiem filozofii pędzącego świata. nie dostrzegam w tym wszystkim metody. być może. ale uparcie będę marzyć o ciepłym, kojącym uczuciu, które zmyje całą tętniącą złość.

niedziela, 9 lutego 2014

jutro nie nadejdzie nigdy.

dzisiaj jest niewinne, pozbawione wszelkich konsekwencji. zawieruszyło się w pędzącym życiu i nie figuruje w świadomości. bo przecież wszystko zaczyna się jutro. a dzisiaj wszystko nam wolno.

jutro przejdę na dietę. dziś mogę bez wyrzutów sumienia pochłonąć przed snem tabliczkę czekolady. z karmelem. zdecydowanie.

jutro zacznę biegać. dziś mogę przeleżeć cały dzień na miękkiej kanapie, patrząc jak forrest gump biegnie przez las.

jutro załatwię wszystkie pilne sprawy. dziś wyłączę telefon i udam, że nie istnieje.

jutro zacznę swoje życie od nowa. silna, niezależna, bez cienia tęsknoty i desperacji. a dziś? dziś znów pomyślę o Tobie przed snem i zaplanuje nam nieprzyzwoicie szczęśliwą przyszłość. i znów rozpłacze się do poduszki. otrzepie z kurzu wszystkie wspomnienia i będę je obracać między zmarzniętymi palcami - niczym paciorki różańca odmawiane na dobranoc. będę słaba i zrozpaczona. ale przecież dziś wszystko jest dozwolone.




trzeba tylko pamiętać, żeby nie odkładać 'jutra' w nieskończoność. 
niestety mam to w zwyczaju.


niedziela, 2 lutego 2014

śnisz mi się czasami. wciąż jeszcze nieczęsto. jeszcze. to niepokojące. jesteśmy w tych snach tak nieprzyzwoicie szczęśliwi. miłość iskrzy nam w oczach. było tak kiedyś? chociaż przez chwile? przez ułamek sekundy? wspomnienia czy urojenia?

od kilku lat noszę Cię w zmęczonym sercu. męczysz wnętrzności niczym piekąca zgaga. nie potrafię się Ciebie pozbyć. i nie wiem czy to już tylko sentyment, czy wciąż jeszcze prawda. płaczę częściej niż zazwyczaj, ale nie z bólu. z bezsilności. bo nic już nie można zrobić. związane ręce. zasznurowane usta.
było.
nie, minęło.
nie minęło.
i chciałabym wrócić. na moment. na dwa uderzenia serca. wrócić i przekonać się kim jesteś.



zatracam się ostatnio. wracam do tamtych piosenek i męczę umysł wykreowanymi historiami z niepoprawnie szczęśliwym zakończeniem. zwariuje albo ktoś mnie uratuje. jedno z dwóch.

niedziela, 19 stycznia 2014

one and only.

odchodzisz i wracasz. permanentnie od kilkunastu długich miesięcy. nie wiem kim jesteś i czego tak naprawdę chcesz. pojawiasz się, uśmiechasz. wciąż silny, spokojny, zdystansowany. i wciąż pachniesz tak zniewalająco. miękną mi kolana. serce gwałtownie przyspiesza. umysł szaleje i rwą się ręce. idę obok Ciebie przez ciemne miasto oblane zimnym deszczem. i przez chwilę czuję jak ciepło szczęścia łaskocze wiotkie żyły. znika deszcz i mróz. płaszcz przestaje ciążyć na zmęczonych barkach. przez chwilę wierzę, że wygrałam. przez jedną, krótką chwilę jestem szczęśliwą kobietą.

chciałabym wierzyć, że się uda. chociaż wierzyć. pozwól.