stajesz przed nią, twarzą w twarz. słodki zapach jej perfum paraliżuje nerwy. dostrzegasz swoje odbicie w mętnych tęczówkach. patrzysz na nią i wiesz czego chcesz. wiesz co musisz zrobić. zaciskasz pięści. wbijasz pięty w miękką ziemię. podejmujesz decyzje. tu i teraz. dla siebie. dla niej. serce szaleje pośród kruchych żeber. przez głowę przepływa rwący prąd wątpliwości. krew buzuje w żyłach. i choć twardo stoisz na ziemi - jesteś nieobecny. dryfujesz gdzieś między bytem a niebytem. obracasz się wśród ciał niebieskich. kalkulujesz zyski i straty. przeglądasz katalog konsekwencji. przypominasz sobie, że jesteś człowiekiem. musisz podejmować decyzje i stawiać czoła skutkom. wiesz co robić. klamka szczerości zapadła. na dobre. na amen. przełykasz więc ślinę, otwierasz usta. finezyjnie ułożone zdanie przeciska się przez wąskie kaniony kapilar prosto do strun głosowych. proste ale dosadne. ciepłe ale brutalne. oklepane i wciąż aktualne. znasz je dobrze. z uporem maniaka powtarzasz je co wieczór obracając w dłoniach szklany różaniec. jak pacierz na dobre sny.
zadrżała krtań. pierwsza spółgłoska głucho wyszła na świat. i nagle - odwracasz się. spuszczasz wzrok. zamykasz usta, przygryzasz wargi i znów mówisz o pogodzie. a ona gaśnie. jej smutne oczy stają za brudną szybą rozczarowania. nie widzisz tego. nie widzisz bo spuściłeś czarną kurtynę strachu. cegła po cegle układasz kłamstwa obok siebie. budujesz mur obojętności i tym razem nie myślisz o konsekwencjach. nie zdajesz sobie sprawy, że prędzej czy później będzie on dla niej za duża przeszkodą. a Ty zostaniesz sam. i udusisz się własną bezradnością. dlatego zaryzykuj, nie odwracaj się. nie obiecuję, że będzie dobrze. nie obiecuję, że nie upadniesz i nie połamiesz kości. nie obiecuję, że będziesz szczęśliwy. po prostu staw czoła życiu - zaryzykuj.
jedyna konkluzja kończącego się roku: ludzie za bardzo boją się mówić o uczuciach. a owy strach jest zarazą społeczeństwa.
i oby 2012 okazał się lepszy.
czwartek, 29 grudnia 2011
niedziela, 18 grudnia 2011
środa, 14 grudnia 2011
stanął w kącie i uporczywie wpatrywał się w zielono-brązowe tęczówki. przeszywał wzrokiem niezdarnie zebrany warkocz. wlepiał ciemne, bezkresne źrenice w czerwone, trzęsące się kolana. nieznośnie stojąc patrzył na nią i chwytał za gardło. po dywanie toczyły się bordowe kule. kilka zarzutów zajrzało przez okno i zduszony okrzyk wyleciał w eter. paznokcie wbiły się w miękką skórę pościeli. trzasnęło żebro. a on wciąż stał i nieprzerwanie odbierał jej oddech. nie protestowała. pokornie przyjęła karę. bo ślepe, głupie kaleki się karze. zadaje im się ból. łamie kości. gwałci zmysły. tłamsi dumę. wreszcie - zabija wiarę. takie karykatury człowieka nie zasługują przecież na humanitaryzm. popełniły błąd i nie są godne litości.
stałeś się adolfem hitlerem moich nadziei. chciałabym potrafić Cię nienawidzić.
niedziela, 11 grudnia 2011
sobota, 10 grudnia 2011
są takie dni, kiedy przychodzi ból. drapie. gryzie. parzy. zdziera sukienkę. penetruje ciało. i nie jest przyjemny. wtedy myślę, że mogłabym być gdzieś indziej. gdzieś dalej. gdzieś bliżej. z nim. a może z tobą. sama?
i czasami wydaje mi się, że jestem za słaba, za krucha. zbyt miękka i zbyt wątła. i boję się. boję się bo nie zawsze sobie z tym radzę. kulę się. zamykam. odcinam. wyłączam. przestaje istnieć.
przebiegunowane myśli nieznośnie zalewają głowę. rozczarowanie. złość. irrytacja. znów uwierzyłam, że można.
zdzieram łokcie i łamię palce. walczę. nie o ciebie, o nia, o niego. walczę o siebie. nie chce wiedzieć, że dałam się zwieść jak głuchoniema, niewidoma kaleka z połową serca. tą głupszą w dodatku. i wygram. jeszcze zobaczysz. zaśmieję ci się w twarz.
a Tobie Madonno Małgorzato dziękuję. podarowałaś mi pudełko przepełnione ciepłem i nadzieją. tego potrzebowałam. i choć wciąż przeraża mnie jak dobrze mnie znasz, chyba mianuję Cię moim Aniołem Stróżem.
i czasami wydaje mi się, że jestem za słaba, za krucha. zbyt miękka i zbyt wątła. i boję się. boję się bo nie zawsze sobie z tym radzę. kulę się. zamykam. odcinam. wyłączam. przestaje istnieć.
przebiegunowane myśli nieznośnie zalewają głowę. rozczarowanie. złość. irrytacja. znów uwierzyłam, że można.
zdzieram łokcie i łamię palce. walczę. nie o ciebie, o nia, o niego. walczę o siebie. nie chce wiedzieć, że dałam się zwieść jak głuchoniema, niewidoma kaleka z połową serca. tą głupszą w dodatku. i wygram. jeszcze zobaczysz. zaśmieję ci się w twarz.
a Tobie Madonno Małgorzato dziękuję. podarowałaś mi pudełko przepełnione ciepłem i nadzieją. tego potrzebowałam. i choć wciąż przeraża mnie jak dobrze mnie znasz, chyba mianuję Cię moim Aniołem Stróżem.
***
dusi mnie ostatnio, więc się nim podzielę:
zanurzcie mnie w Niego
jakby różę w dzbanek
po oczy,
po czoło,
po snop włosa jasnego -
niech mnie opłynie wkoło,
niech się przeze mnie toczy
jak woda całująca
Oceanu Wielkiego
niech zginie noc, poranek,
blask księżyca czy słońca,
lecz niech on we mnie wnika
jak skrzypcowa muzyka -
gdy mi do serca dotrze,
będę tym co najsłodsze,
Nim. -
oczarowana znów. pawlikowską - jasnorzewską tym razem.
niedziela, 4 grudnia 2011
zima.
zmęczone bursztyny martwo wbite w drgający płomień. niespokojne ciepło przepływa kanałami wątłego ciała, wprost do kruchego serca. w głowie ciche, może nieprawdziwe 'what the world needs now is love, sweet love' i kilka przypadkowych klatek w chorej głowie, przy każdym mrugnięciu powieką. iluzja kilku wieczorów nieznośnie odciska się na skórze. w okolicy talii, delikatnie w kierunku bioder. i wbrew pozorom - to nic złego. spokój. cisza. upragniona. w końcu, nareszcie, na szczęście, na pozór?
i to przekonanie, że wszystko jednak przez czary. magię. klątwa zmieniła się w błogosławieństwo. przekleństwo stało się najlepszą drogą ucieczki, możliwością powrotu do życia bez wiosny. nie spodziewałam się, że przyjmę to w ten sposób. bez histerii, paniki, rozczarowania i złości. zima idealnie koi naiwne oparzenia gdzieś pomiędzy 5 a 6 żebrem. dlatego lubię zimę, ostatnio po prostu lubię zimę.
i to przekonanie, że wszystko jednak przez czary. magię. klątwa zmieniła się w błogosławieństwo. przekleństwo stało się najlepszą drogą ucieczki, możliwością powrotu do życia bez wiosny. nie spodziewałam się, że przyjmę to w ten sposób. bez histerii, paniki, rozczarowania i złości. zima idealnie koi naiwne oparzenia gdzieś pomiędzy 5 a 6 żebrem. dlatego lubię zimę, ostatnio po prostu lubię zimę.
środa, 30 listopada 2011
niedziela, 27 listopada 2011
bosa na niepewnym gruncie. żarzące się wyrzuty sumienia parzą stopy. rozbiła się o ciemną ścianę pewność siebie i ciemnym strumieniem spływa na dziurawą podłogę. ciągnę taczkę pełną niespełnionych życzeń. niewielki, prywatny koszmar na jawie. i pomyśleć, że mógłby się skończyć gdyby ktoś dał mi na imię 'determinacja'.
***
w mojej głowi narodził się morderca.
znów staję przed ciężkim wyborem
ofiary.
morderca - samobójca.
i Bóg jeden wie co jeszcze.
środa, 23 listopada 2011
bajka.
zawalił się sufit. stoi szary, pusty dom bez dachu. podłoga, ściany i wybite okna. i dziura w miejscu drzwi. na pozornie nowej sofie gniją dawne historie. obumiera ich cienka skóra i obrzydliwie odłącza się od sczerniałych szkieletów. krzywo wisi na ścianie wyblakły obraz. w kącie sukienka. w sukience kobieta. a sukienka podarta i w kwiaty. chowa w niej połamane paznokcie, poranione dłonie. szare oczy martwo wbite w okurzoną podłogę - jak głowy gwoździ górujące nad drewnianym parkietem. w gwoździach jednak więcej jest blasku. ogień wygasł - popiół czy diament? nikt już nie wie. a ona stoi. stoi. stoi. przez dzień, tydzień, może miesiąc. wieczność stała się jakby bliska i nadzwyczaj niegroźna. zapowiedź końca stała się początkiem. początkiem bajki, której nie opowiada się dzieciom przed snem.
- źle patrzy się na takie kobiety. ale skoro nie można im pomóc, to wypada chociaż patrzeć. nie pożegnam się bez 'do widzenia'.
i poszedł. poszłam. poszliśmy. poszli precz. a ona została.
- źle patrzy się na takie kobiety. ale skoro nie można im pomóc, to wypada chociaż patrzeć. nie pożegnam się bez 'do widzenia'.
i poszedł. poszłam. poszliśmy. poszli precz. a ona została.
niedziela, 20 listopada 2011
pod kocem utkanym z ciemnych stratusów nocy - niepewność.
spierzchnięte wargi pod uciskiem perłowych kajdan.
błyszczące bursztyny w przegranej walce z bezkresnym morzem.
czarna kurtyna opiewająca zwycięstwo.
drżące mięśnie.
nieustający tętent rozsadzający klatkę.
i huczał na górze cyklon nie do opisania.
iskra. płomień. pożar. POŻAR.
niepohamowany.
wypalona niepewność i pragnienie na jej miejscu.
oswobodzone wargi otulone ciepłem.
bursztyny zatopione w morzu.
szalejące zmysły i gęsia skórka -
od nieba po samą szyję.
biodro, plecy, trochę niżej, trochę wyżej.
splecione palce. podróż po nieznanym lądzie.
niczym Kolumb w Nie-Ameryce.
jeden, nie dwa.
i godzina.
jedna. druga. tak do czterech.
a świt bez czerwonych maków na białym dywanie.
stałam się kobietą o którą kiedyś pytała Madonna Małgorzata. kobietą o której nie piszę się powieści i nie kręci filmów. kobietą, która broni się rękami i nogami przed słonym deszczem niosącym zapowiedź końca. bo wbrew wszelkim oczekiwaniom - chce być taką kobietą.
spierzchnięte wargi pod uciskiem perłowych kajdan.
błyszczące bursztyny w przegranej walce z bezkresnym morzem.
czarna kurtyna opiewająca zwycięstwo.
drżące mięśnie.
nieustający tętent rozsadzający klatkę.
i huczał na górze cyklon nie do opisania.
iskra. płomień. pożar. POŻAR.
niepohamowany.
wypalona niepewność i pragnienie na jej miejscu.
oswobodzone wargi otulone ciepłem.
bursztyny zatopione w morzu.
szalejące zmysły i gęsia skórka -
od nieba po samą szyję.
biodro, plecy, trochę niżej, trochę wyżej.
splecione palce. podróż po nieznanym lądzie.
niczym Kolumb w Nie-Ameryce.
jeden, nie dwa.
i godzina.
jedna. druga. tak do czterech.
a świt bez czerwonych maków na białym dywanie.
stałam się kobietą o którą kiedyś pytała Madonna Małgorzata. kobietą o której nie piszę się powieści i nie kręci filmów. kobietą, która broni się rękami i nogami przed słonym deszczem niosącym zapowiedź końca. bo wbrew wszelkim oczekiwaniom - chce być taką kobietą.
sobota, 19 listopada 2011
oddaję dziś korybuta w ręce Małgorzaty, która nie jest Madonną, a jedynie Hillarem. z większą gracją oddaje wszystko to, czego ja dziś nie potrafię ubrać w słowa.
pod dotknięciem
płonącej zapałki
twoich palców
wybucha płomień
tak gwałtowny
jakby w samym piekle
się narodził
niepohamowany
wciska się
w najdrobniejsze szczeliny
pod paznokcie
pod powieki
żywioł
nie do ujarzmienia
huczy
pod gorącym niebem
skóry
jeszcze chwila
a rozsadzi
zaciśnięte źrenice
i wybuchnie
oszalałe morze pożaru
jeszcze chwila
a rozerwie
niebieskie strumienie
nerwów
i zacznie się
potop ognia
jeszcze chwila
a
wtedy zanurzasz się
we mnie
jak w płonącej rzece
wtorek, 15 listopada 2011
pseud-nim.
obracam się wśród pseudo-mężczyzn, bardziej podobnych do kobiet niż do siebie samych. z wystylizowaną fryzurą, oplatających cherlawe ciała modelami z najnowszych kolekcji sławnych projektantów. obwieszonych świecidełkami po czubki rzęs, a przecież nie czas jeszcze na święta... wśród pseudo-uśmiechów, skrywających najgorsze obelgi kierowane pod moim adresem. Twoim też. i jej. i jego. wszystkich razem i każdego z osobna. gdzieś pomiędzy pseudo-szczerością i pseudo-kłamstwem pseudo-kobiety patrzą na mnie z perspektywy niebotycznych szpilek. pseudo-świat w toksycznym związku z pseudo-ludźmi. i pseudo-miłość na każdym skrzyżowaniu, idąca w parze z nie-pseudo(niestety)-naiwnością. niesamowicie okrutny widok. a boli jeszcze bardziej gdy zdasz sobie sprawę, że przecież i Ciebie może dotknąć ta zaraza. Ty też możesz być pseudo-sobą. pseudo-człowiekiem. pseudo. pseudo. p s e u d o. o. o.
ale dopóki masz sumienie, a poczucie winy daje o sobie znać zaciskając kościste, zimne, sine palce na wątłym sercu to możesz czuć się bezpiecznie. odetchnij pełną piersią bo udało Ci się zachować resztki człowieczeństwa. bo jesteś prawdziwy i chociaż cierpisz, pozostajesz sobą. doceń to korybucie, doceń to.
chociaż jest mi ostatnio dobrze, to wciąż nie potrafię doprowadzić się do porządku. permanentny chaos, nieustająca walka. i czerwone maki na białym dywanie.
nie wypada nie posłuchać.
czwartek, 10 listopada 2011
nozdrza pulsowały gęsto pochłaniając dobrze im znany, kojący zapach. otulałam się nim jak grubym, kolorowym szalikiem. grzał mnie. grzał mnie od wewnątrz. wypędził poczucie pustki, na miejscu, którego znów pojawiła się nadzieja. może, nie wszystko stracone? może przeszłość wróci i będzie teraźniejszością. może niedługo znów położysz mi na kolanach trochę udawanej zazdrości, trochę uśmiechu, garść przyjemnych wieczorów. może ubierzesz mnie w sukienkę uszytą z przyjemnych rozmów ozdobioną promieniami słońca. może ubrudzimy usta słodką kruszonką i śmiejąc się do siebie oddamy nasze ciała niegroźnym żywiołom.
zaczynam w to wierzyć. czyżby naiwnie?
zaczynam w to wierzyć. czyżby naiwnie?
niedziela, 6 listopada 2011
ulewa. nie deszczyk, nie mżawka. ogromna ulewa, niczym szumiący wodospad. i w dodatku szeleszczące liście. trochę wiatru, dużo słońca. dzikie konie galopujące po spokojnych dolinach. tętent kopyt, dwa parsknięcia na metr kwadratowy. ona i on. może tango, może walc. kilka drgnięć strun. i ani to kontrabas, ani wiolonczela. garść zapachów, szczypta smaków. jakiś film. chyba czarno-biały. stary. lata 20' czy 30'. wysoki kok, szykowne pantofle i rudy kot na chudych kolanach. jasna skóra, błyszczące oczy. ogromny błękit i turyści na plaży. dołek. jeden a zaraz za nim drugi. bez łopaty. mężczyzna z papierosem na przejściu dla pieszych. ciepło. dużo ciepła. kilka uderzeń. jak w zegarku. a może jak do drzwi? gdzieś gra gramofon. trzaska trochę, zakłócając the beatles. spojrzenie. śmiałe. przyjemne. dreszcze. robi się zimno. wieczór oblewa małe domy. i świerszcz gdzieś nieznośnie gra pod płotem.
a wszystko w mojej chorej głowie.
a wszystko w mojej chorej głowie.
wtorek, 1 listopada 2011
do K.
od rana próbuję się odpowiednio ubrać w słowa. przymierzam sukienki z przyimków i epitetów bo bardzo chce Ci się spodobać, ale żadna nie leży dobrze. dlatego dziś prosto, bez metafor, zawiłych zdań i trudnych niedomówień napisze jedno: dziękuję Ci. czarujesz dla mnie wiosnę tej jesieni. ciesze się, że jesteś K.
sobota, 29 października 2011
spadła na mnie lodowata lawina słów. słów gorzkich, cierpkich, ostrych i nad wyraz nieprzyjemnych. tonę po końcówki rzęs w śniegu i nie mogę się wydostać. wołam o pomoc, ale nikt nie przychodzi. cierpię na ciele i na umyśle. słaniam się na guzowatych kolanach. modlę się o koniec tej katastrofy. koszmaru, z którego nie mogę się obudzić. błagam krzycząc przez łzy, ale nikt nie chce mnie wysłuchać. jakby cały świat uwziął się na mnie i tylko czekał na moją porażkę.
zabolało mnie wszystko to co dzisiaj zobaczyłam, usłyszałam i poczułam. zabolała mnie świadomość, że nie wiem kim jesteś. zabolało mnie to, że pozwoliłeś mi wyjść. czy można stracić coś czego się nigdy nie miało?
zabolało mnie wszystko to co dzisiaj zobaczyłam, usłyszałam i poczułam. zabolała mnie świadomość, że nie wiem kim jesteś. zabolało mnie to, że pozwoliłeś mi wyjść. czy można stracić coś czego się nigdy nie miało?
środa, 26 października 2011
spala-lalala-m
spalam się. wypalam. gasnę. kurczę jak knot w wiśniowej świeczce.
coraz mniej mam siebie w samej sobie.
wtorek, 25 października 2011
orzech.
bezkresny błękit i bursztynowe sentymenty znikają pod cienką warstwą orzechowych doznań. bardzo przyjemnych doznań, które za dnia dodają uroku smutnej jesieni, a w nocy skutecznie grzeją zmarznięte serca, oplatają zsiniałe wargi. pod grubą skorupą kryje się jakaś magia, która ledwo przebija się przez przypadkowe szczeliny. kusi mnie, żeby uwolnić ją i sprawdzić czy faktycznie jest tak niezwykła. mogłaby okazać się najcenniejszym skarbem. fascynującą błyskotką z grupy błyskotek nie-do-oddania. czymś co bierzesz w dłonie i delikatnie chowasz w kieszeni. ukrywasz pod sukienką w kwiatki. zasłaniasz kurtyną przesadnie wytuszowanych rzęs. nie chcesz by zabrano Ci źródło energii, szczęścia i niecodziennego poruszenia. nie chcesz znów stać się szarym człowiekiem, ledwo zauważalnym miedzy kroplami jesiennej mżawki.
nie podejrzewałam się o zamiłowanie do orzechów. dotychczas nawet nie wiedziałam, że istnieją. przyjemne odkrycie. i tak upłynął mi wtorek...
niedziela, 23 października 2011
panistwórca.
masz rację. jestem naiwną, słabą suką, która potulnie ugina wątłe kolana i skamląc prosi choć o spojrzenie. o jakąkolwiek uwagę. wyjąc z bólu łapie za nogawkę i błaga byś wrócił. w całej swojej żałości grzebie własny honor, z premedytacją zabije dumę, wiesza na sznurze utkanym z wyrzutów sumienia całą godność. TYLKO po to żebyś był. TYLKO lub AŻ. spójrz w zielono-brązowe tęczówki. widzisz? tkwią za słoną szybą uśpione, martwe, wpatrzone w Ciebie. obudź je. przecież wiem, że cierpisz gdy widzisz je takimi. dlatego wciąż odwracasz głowę. dlatego uciekasz, biegniesz. stwarzasz pozory. udajesz, że wszystko jest w porządku. ale od środka płoniesz. spalasz się wraz z poczuciem winy. po co nam to wszystko, po co? byliśmy szczęśliwi. Ty i ja x2. Ty i ja x2.
podnieś mnie z podłogi, podrap za uchem. wyprowadź mnie na spacer, leżmy na łące i śmiejmy się z masek obracających się wśród chorych drwin. niech będzie jak wtedy, gdy wszystko było proste, a sam Bóg podawał nam na tacy odpowiedzi na najważniejsze pytania. przecież lubiliśmy ten czas...
nie możecie się tak po prostu odwrócić i odejść. nie możecie, bo to ja Was stworzyłam. wyciągnęłam z Was to co najlepsze. sprawiłam, że narodziliście się dla świata, o którym nie mieliście pojęcia. dlatego - nie możecie odejść, bo dzieło nigdy nie wyrzeka się swojego stwórcy. trwa przy swoim mistrzu i czeka na dalsze wskazówki. unoszę się dziś pychą, dlatego, że wiem jak wiele drzwi otworzyło się Wam dzięki mnie. niestosowne jest pozostawienie mnie teraz samej sobie, na pastwę losu. wysoce niestosowne.
podnieś mnie z podłogi, podrap za uchem. wyprowadź mnie na spacer, leżmy na łące i śmiejmy się z masek obracających się wśród chorych drwin. niech będzie jak wtedy, gdy wszystko było proste, a sam Bóg podawał nam na tacy odpowiedzi na najważniejsze pytania. przecież lubiliśmy ten czas...
nie możecie się tak po prostu odwrócić i odejść. nie możecie, bo to ja Was stworzyłam. wyciągnęłam z Was to co najlepsze. sprawiłam, że narodziliście się dla świata, o którym nie mieliście pojęcia. dlatego - nie możecie odejść, bo dzieło nigdy nie wyrzeka się swojego stwórcy. trwa przy swoim mistrzu i czeka na dalsze wskazówki. unoszę się dziś pychą, dlatego, że wiem jak wiele drzwi otworzyło się Wam dzięki mnie. niestosowne jest pozostawienie mnie teraz samej sobie, na pastwę losu. wysoce niestosowne.
wtorek, 11 października 2011
wszystko jest proste. niesamowicie jasne. nie będę płakać po nocach. nie będę wzdychać i całować uschniętych kwiatów, bo wszystko jest proste. już wszystko wiem. i rozumiem. a przede wszystkim wierze, że jeśli coś ma się wydarzyć to się wydarzy. dlatego będę czekać. miesiąc, dwa, może rok. wydziergam sobie szalik przekładając druty przez oczka w kolorze Twoich tęczówek i będę cierpliwa. nie można sobie zniszczyć całego życia przez jeden błąd. nie można.
jednak umiem dojść do dobrych wniosków i uczyć się na błędach. zajmuje mi to dużo czasu, bardzo dużo i wiele mnie kosztuje ale potrafię. dzisiaj w końcu spokojnie położę głowę na poduszce i uśmiechnę się na myśl o tym wszystkim.
jednak umiem dojść do dobrych wniosków i uczyć się na błędach. zajmuje mi to dużo czasu, bardzo dużo i wiele mnie kosztuje ale potrafię. dzisiaj w końcu spokojnie położę głowę na poduszce i uśmiechnę się na myśl o tym wszystkim.
sobota, 8 października 2011
Ojcze nasz.
Ojcze nasz, któryś jest w Niebie...
bardzo nie lubię tych czasów. nie lubię siedzieć bezczynnie na zimnym betonie i smakować słonych łez. nie lubię gdy jest we mnie pustka, której nijak nie umiem wypełnić. nie lubię gdy zabierasz mi coś bez czego już nie potrafię żyć. naprawdę, nie lubię tych czasów. są obce, pełne lęku i nie ma w nich krzty nadziei. chce wierzyć, że gdy wyjadę - będę miała gdzie wrócić. że nie będę musiała sama stać w deszczu. że będzie jak kiedyś. dlatego proszę. nie pozwól mi więcej cierpieć. nie mam siły wciąż o to wszystko walczyć. w końcu upadnę i boję się, że nie będzie obok nikogo kto mnie podniesie.
módl się za nami grzesznymi, teraz i w godzinę śmierci naszej. amen.
bardzo nie lubię tych czasów. nie lubię siedzieć bezczynnie na zimnym betonie i smakować słonych łez. nie lubię gdy jest we mnie pustka, której nijak nie umiem wypełnić. nie lubię gdy zabierasz mi coś bez czego już nie potrafię żyć. naprawdę, nie lubię tych czasów. są obce, pełne lęku i nie ma w nich krzty nadziei. chce wierzyć, że gdy wyjadę - będę miała gdzie wrócić. że nie będę musiała sama stać w deszczu. że będzie jak kiedyś. dlatego proszę. nie pozwól mi więcej cierpieć. nie mam siły wciąż o to wszystko walczyć. w końcu upadnę i boję się, że nie będzie obok nikogo kto mnie podniesie.
módl się za nami grzesznymi, teraz i w godzinę śmierci naszej. amen.
piątek, 7 października 2011
zabrakło słów. zapewnień. deklaracji. prymitywnego papierka w głupim urzędzie. taka błahostka, takie nic. nic, które zbudowało wysoki mur. w dodatku zakończony drutem kolczastym. bez możliwości ucieczki. mogliśmy uderzać w ściany, zdzierać skórę z zaciśniętych pięści. łamać paznokcie wydrapując cegły. rozbijać głowę o czerwono-bursztynowe sentymenty. to takie zabawne kiedy patrzy się na to z perspektywy czasu i widzi się, że to wszystko poszło na marne. nie miało sensu. bo potrzebne były słowa. lawiny, potoki i rwące strumienie słów. błędem było zawzięte uprawianie ciszy.
dzisiaj śmieję się z naiwności, która wtedy górowała nad horyzontem. śmieję się przez łzy. bo wolałabym, żeby zamiast niej wzeszło słońce.
myślę o tym wszystkim a Ty uparcie starasz mi się udowodnić, że nie kochałam. bo nie było troski, bo nie było poczucia odpowiedzialności, zabrakło poszanowania i poznania. ale tak naprawdę nie wiesz o czym mówisz. nie możesz nic na ten temat wiedzieć bo nie jesteś mną, a ja nigdy nie będę Tobą. za to On ma rację mówiąc, że wszystko przez białe przepaście. bo gdybyś coś naprawdę kochał lub był przywiązany - naprawdę : nie byłoby ich. więc to jednak nie-naprawdę? kochał czy był przywiązany? tak czy nie? a może gra toczy się o to nieszczęsne 'lub'?
nie mam już siły. istny harmider.
dzisiaj śmieję się z naiwności, która wtedy górowała nad horyzontem. śmieję się przez łzy. bo wolałabym, żeby zamiast niej wzeszło słońce.
myślę o tym wszystkim a Ty uparcie starasz mi się udowodnić, że nie kochałam. bo nie było troski, bo nie było poczucia odpowiedzialności, zabrakło poszanowania i poznania. ale tak naprawdę nie wiesz o czym mówisz. nie możesz nic na ten temat wiedzieć bo nie jesteś mną, a ja nigdy nie będę Tobą. za to On ma rację mówiąc, że wszystko przez białe przepaście. bo gdybyś coś naprawdę kochał lub był przywiązany - naprawdę : nie byłoby ich. więc to jednak nie-naprawdę? kochał czy był przywiązany? tak czy nie? a może gra toczy się o to nieszczęsne 'lub'?
nie mam już siły. istny harmider.
wtorek, 27 września 2011
ktoś musi się o mnie modlić. odmawiać codziennie paciorek właśnie w mojej intencji. zaciskać kciuki, przebijając cienką skórę niewypiłowanymi paznokciami. w sakralnym skupieniu marszczyć nos i zamykać powieki na niebieskich tęczówkach. oh, z całą pewnością jest taka osoba. inaczej nie miałabym tyle szczęścia wśród mojego życiowego chaosu. inaczej już dawno wpadłabym w jakiś dół bez możliwości ucieczki. inaczej nie podniosłabym się po wszystkich upadkach i wciąż leżałabym z rumianym policzkiem umoczonym w błocie.
dziękuję Ci pięknie, że dbasz o moje szczęście. kimkolwiek jesteś.
dziękuję Ci pięknie, że dbasz o moje szczęście. kimkolwiek jesteś.
na Twojej ciemnej twarzy jasne cienie.
zasiadłeś przy stoliku
i położyłeś na nim poszarzałe ręce.
sprawiasz wrażenie ducha,
który próbuje wywoływać żywych.
zasiadłeś przy stoliku
i położyłeś na nim poszarzałe ręce.
sprawiasz wrażenie ducha,
który próbuje wywoływać żywych.
(powrót do szymborskiej.)
(kiedyś usiądę obok Ciebie i wypiję gorąca herbatę z moim Aniołem Stróżem)
niedziela, 25 września 2011
i already know, what it is love.
wzniosłam się dziś tak wysoko, że nie zdawałam sobie nawet sprawy z istnienia tak odległych przestrzeni. wzniosłam się dziś tak wysoko, że nie zamierzam już nigdy spaść. od dzisiaj będę Madonną Małgorzatą szukającą mistrza wśród sfer niebieskich. jedną z trzech. pięknych i niepowtarzalnych.
a wzniosłam się za sprawą Boskiego dzieła i równie Boskich istot, które uchwyciły każdy mój zmysł i wątłe serce. chwyciły i nie puszczały przez jedną godzinę i dwadzieścia minut. a także za sprawą tego co wydarzyło się po owej godzinie i dwudziestu minutach. a było to zdarzenie wyrwane żywcem ze snu. sen na jawie, czy jawa we śnie - nie wiem już sama. ale palpitacje serca towarzyszą mi wciąż jeszcze i nie pozwolą dziś spokojnie zasnąć. było to zdarzenie, którego nikt i nic nie będzie wstanie wymazać mi z pamięci. którym przez długi jeszcze czas będę oddychać. które obudziło dawno już zapomnianą cząstkę w moim dwukomorowym sercu. a przede wszystkim było to wydarzenie, które pokazało mi czym jest miłość.
uświadomiona tak gwałtownie, ale bez żadnej brutalności chce przekazać Ci kilka zdań. choć wiem, że nigdy ich nie przeczytasz, powinny się tu znaleźć. mówią poniekąd o naszej historii:
Nie mogę żyć bez ciebie
I z tobą też nie,
A kocham tak namiętnie
I tak bezbrzeżnie.
I z tobą też nie,
A kocham tak namiętnie
I tak bezbrzeżnie.
(...)
Nie mogę śnić o tobie,
Nie mogę śnić o tobie,
Bo nie śpię miesiąc,
A przecież śnić o tobie
Nie można, nie śpiąc!
Więc straszną czuję trwogę,
A przecież śnić o tobie
Nie można, nie śpiąc!
Więc straszną czuję trwogę,
Bo nie śpię przecież,
Dlatego, że nie mogę
...
Bez Ciebie żyć (?).
Dlatego, że nie mogę
...
Bez Ciebie żyć (?).
a strach wszelki diabli biorą. diabli wzięli.
sobota, 24 września 2011
dla wspaniałej mojej A.
lubię być korybutem. lubię móc powiedzieć o tym co mnie gryzie od wewnątrz. i o tym, co żarzy się radością pod kruchymi żebrami. tak po prostu. lubię mówić po swojemu, tak, by nie każdy rozumiał.
a jeszcze bardziej lubię być korybutem, który powoli doprowadza swój umysł do najwyższej klarowności. który układa wszystko w swojej małej główce, eliminuje niepotrzebne elementy i ustala priorytety.
lubię być korybutem. i dziękuję, że kiedyś go ze mną stworzyłaś, A.
a jeszcze bardziej lubię być korybutem, który powoli doprowadza swój umysł do najwyższej klarowności. który układa wszystko w swojej małej główce, eliminuje niepotrzebne elementy i ustala priorytety.
lubię być korybutem. i dziękuję, że kiedyś go ze mną stworzyłaś, A.
środa, 21 września 2011
i jedyne co teraz czuje to żal wypalający mi dziurę po lewym przedsionku serca. wyrwałeś mi go, zgniotłeś w silnej pięści i rzuciłeś na ziemie. podeptałeś i podpaliłeś. nic z niego nie zostało. przez Ciebie znów jestem emocjonalną kaleką. znów zalewam policzki słonymi łzami. znów czuje, że tracę grunt pod małymi stopami. a Ty stoisz, patrzysz na mnie i nic nie robisz. stoisz tak brutalnie niewzruszony i uderzasz mnie w twarz. ile jeszcze muszę znosić tego upokorzenia i bólu, żebyś w końcu zrozumiał co do Ciebie mówię? przecież wiesz, że tak naprawdę nie jestem silna i dzielna. że nie mam siły by walczyć tak długo. przecież wiesz.
niedziela, 18 września 2011
pomyłka.
biały kruk okazał się wroną oblaną białą farbą.
król kier to tak naprawdę odwrócony pik.
palpitacje serca były uczuciem - nie strachem.
potoki łez są ulgą - nie męką.
tylko Wy okazaliście się prawdziwi.
tylko Was dobrze oceniłam.
król kier to tak naprawdę odwrócony pik.
palpitacje serca były uczuciem - nie strachem.
potoki łez są ulgą - nie męką.
tylko Wy okazaliście się prawdziwi.
tylko Was dobrze oceniłam.
czwartek, 15 września 2011
twa-klą-twa.
masz rację. to klątwa. nic innego. nie urok, nie wykrakanie. klątwa w czystej (o ironio) postaci. szczypie, drapie, pali, dusi, gryzie, rozrywa na części pierwsze wszystko co do tej pory leżało idealnie poskładane. albo przynajmniej sprawiało takie wrażenie. nie oszukujmy się, uniemożliwia mi normalne życie. a ja bez słowa sprzeciwu biorę ją jak swoją, chowam pod sukienką i zasłaniam uśmiechem. wywieszam białą flagę, podnoszę ręce. udaje, że wszystko jest w porządku. udaję, słyszysz?! cholera, ja tylko udaje. bo tak naprawdę dość mam już płakania po kątach, dość mam skurczy żołądka, dość mam martwego patrzenia się w biały sufit. nie chce znów być słabą, zapchloną suką, skuloną pod blatem brzozowego stołu. chcę odetchnąć, uciec, zacząć od nowa. dlatego daj mi rozgrzeszenie i zapomnijmy o wszystkim. wyznałam już wszystkie grzechy.
sobota, 10 września 2011
nie myślałam, że porzucanie Ciebie będzie mi się przytrafiało tak często. że każda zmiana w moim życiu będzie oznaczała zerwanie z jakąś częścią Twojego chwiejnego 'JA'. i nie myślałam też, że to będzie dla mnie takie trudne. przecież to nic takiego. chodzi tylko o zmianę perfum. tych perfum, które tak lubiłeś. tych perfum, które towarzyszyły nam każdego dnia. tych perfum, którymi skutecznie Cię czarowałam. głupi flakonik i pachnąca ciecz, a wpędzają mnie w tak niskie stany. to prymitywne - dać się opętać zapachom i wspomnieniom.
teraz pachnę inaczej. już nie przypomnę Ci tamtych wieczorów mijając Cię na korytarzu. i sobie też już niczego nie przypomnę. może nowe perfumy będą początkiem nowej historii. być może lepszej? kto wie. jedno jest pewne: nie lubię porzucać Cię wciąż i wciąż. byłoby lepiej gdybyś zniknął, tak po prostu zniknął z mojego życia. wczorajszego, dzisiejszego i jutrzejszego.
teraz pachnę inaczej. już nie przypomnę Ci tamtych wieczorów mijając Cię na korytarzu. i sobie też już niczego nie przypomnę. może nowe perfumy będą początkiem nowej historii. być może lepszej? kto wie. jedno jest pewne: nie lubię porzucać Cię wciąż i wciąż. byłoby lepiej gdybyś zniknął, tak po prostu zniknął z mojego życia. wczorajszego, dzisiejszego i jutrzejszego.
czwartek, 8 września 2011
bumerang. rang rang.
nagle cały świat przestaje istnieć. zamykam oczy i nie ma już nic poza mną i Twoim głosem w plastikowej słuchawce. ale plastikowa słuchawka zaczyna znikać. staje się cieplejsza, jakby lżejsza. po chwili zwyczajnie jej nie ma. po chwili jesteśmy obok siebie. po chwili siedzimy pod ciepłym kocem. opieram ciężką głowę na Twoim ramieniu. wplatam zmarznięte dłonie między Twoje palce. przysuwam się i czuję bicie Twojego serca. całujesz mnie w czoło, gładzisz po włosach i opowiadasz. opowiadasz o tym co dziś robiłeś. o tym, że tęsknisz. że lubisz ze mną rozmawiać. i że przepraszasz. przepraszasz bo musisz kończyć. kończyć. k o ń c z y ć... otwieram oczy. pojawia się słuchawka. czuję jej zimny plastik. znikasz. a ja znowu czekam, aż wrócisz. jak bumerang.
czwartek, 1 września 2011
nie piję często alkoholu. ale jeśli już mi się zdarzy to piję dużo. z premedytacją kradnę fragmenty własnej podświadomości. wyrzucam je w eter. były. nie ma. bo skoro i tak skazuje swoje ciało na problemy to czemu miałabym się przy tym nie poczuć lepiej? nie spodziewałam się jednak, że tym razem poczuję się gorzej. że wyląduję na burym, miękkim dywanie i użalając się nad sobą wyleję martwe morze łez. że upadnę tak boleśnie, jak dawno nie zdarzyło mi się upaść. że znów obudzą się we mnie niedobre, zepsute, gnijące wnioski. bo to ja lubię Twoje oczy. i to to mnie zgubi. nie odwrotnie.
i tak. dotarło do mnie, że nie mam nikogo. nikogo 'takiego'. i boję się, że już nie będę miała.
i tak. dotarło do mnie, że nie mam nikogo. nikogo 'takiego'. i boję się, że już nie będę miała.
a Twoja osoba niczego nie ułatwia. nie utrudnia. nie wnosi. nie zmienia.
przynajmniej kupiłam nowy kubek.
przynajmniej kupiłam nowy kubek.
sobota, 27 sierpnia 2011
nocne koszmary odeszły w nicość zapomnienia. już nie ma mnie - słabej, uległej i bezbronnej. jestem ja - uparta, zawzięta i z podniesioną głową. i nie uginam juz kolan po każdym ciosie. odpieram atak. i nie pozwalam topić się w błękicie tęczówek. i nie potrzebuje ramy z silnych ramion. lubię być taka. lubię móc powiedzieć wszystko bez krępacji. i lubię wiedzieć, że liczyłeś na więcej niż dostałeś.
dorastam i dojrzewam. zmienia mi się światopogląd, rozszerzają horyzonty, przewracają priorytety. wiem, że popełniłam mnóstwo błędów, których nie byłabym zdolna popełnić teraz. i poniosłam już za nie kare. powoli wychodzę na prostą ścieżkę i zamierzam się już więcej nie zgubić. i tak będzie...
o ile nic mnie nie skusi.
dorastam i dojrzewam. zmienia mi się światopogląd, rozszerzają horyzonty, przewracają priorytety. wiem, że popełniłam mnóstwo błędów, których nie byłabym zdolna popełnić teraz. i poniosłam już za nie kare. powoli wychodzę na prostą ścieżkę i zamierzam się już więcej nie zgubić. i tak będzie...
o ile nic mnie nie skusi.
wtorek, 23 sierpnia 2011
chyba za szybko uwierzyłam. dałam się ponieść emocjom i nie dopuściłam do swojej chorej głowy możliwości porażki. tymczasem kolejny raz zostałam negatywnie zaskoczona, a rozczarowanie pogładziło mnie szorstką dłonią po rumianym policzku. nie chciałam żeby tak się to skończyło. nie chciałam żeby w ogóle się kończyło. problem jednak w tym, że dla Ciebie nic się nie zaczęło. ani bajka, ani historia. nic. kilka chwil. może przyjemnych, może nie. ot, zwyczajny wieczór i zwyczajna rozmowa. teraz śpisz, niczego nieświadomy. a ja... ja wtulam twarz w poduszkę w kolorze Twoich oczu, okrywam się kołdrą uszytą z Twoich niedorzeczności i cicho szepcze pod nosem zaklęcia. może któreś zadziała i życie znów stanie się bajką? kto wie.
środa, 17 sierpnia 2011
wiesz, to bardzo męczące, kiedy coś ciągnie się za mną bez końca. znika pozornie, ale zawsze wraca, nigdy w tej samej postaci. wracałam dzisiaj do domu i myślałam o tym. i nagle łzy zalały mi brązowo - zielone tęczówki, coś przydusiło krtań. poczułam ogromny głaz, który miażdżył mi płuca, napierał na kruche zebra i przerywał oddech. jakbym znalazła się w potrzasku. trafiła w ślepa uliczkę. ugrzęzła w klatce.
chciałabym przeczytać ostatnie zdanie tego rozdziału, zamknąć książkę i iść dalej. odejść i już nie wracać. nie spoglądać na okładkę. nie analizować bursztynowych wątków tamtej historii. czasami chciałabym nawet zapomnieć. zacząć od nowa, od zera. jak nowicjuszka - niczego nieświadoma. mieć przed sobą czystą kartkę. żyć w pustym pokoju, w którym mogłabym się poukładać. bo to tu tkwi problem, wiesz? ja nie potrafię się poukładać. nie umiem. w dodatku boję się, że stawiając chwiejne kroki w końcu się rozsypię. rozproszę. i już mnie nie będzie. i nikt nie będzie pamiętał, że istniałam. nie chcę tak po prostu, niezauważenie zniknąć. tak po prostu. i nie chcę, żeby tak bolało. i nie chcę, żeby było tak jak jest.
i wiesz Steve, lubię kiedy wpatrujesz się we mnie swoimi zielonymi, spokojnymi oczami i nic nie mówisz. milczysz i słuchasz jak mówię o tym, że nie cierpię miłości...
chciałabym przeczytać ostatnie zdanie tego rozdziału, zamknąć książkę i iść dalej. odejść i już nie wracać. nie spoglądać na okładkę. nie analizować bursztynowych wątków tamtej historii. czasami chciałabym nawet zapomnieć. zacząć od nowa, od zera. jak nowicjuszka - niczego nieświadoma. mieć przed sobą czystą kartkę. żyć w pustym pokoju, w którym mogłabym się poukładać. bo to tu tkwi problem, wiesz? ja nie potrafię się poukładać. nie umiem. w dodatku boję się, że stawiając chwiejne kroki w końcu się rozsypię. rozproszę. i już mnie nie będzie. i nikt nie będzie pamiętał, że istniałam. nie chcę tak po prostu, niezauważenie zniknąć. tak po prostu. i nie chcę, żeby tak bolało. i nie chcę, żeby było tak jak jest.
i wiesz Steve, lubię kiedy wpatrujesz się we mnie swoimi zielonymi, spokojnymi oczami i nic nie mówisz. milczysz i słuchasz jak mówię o tym, że nie cierpię miłości...
niedziela, 7 sierpnia 2011
wtorek, 2 sierpnia 2011
nie-moc.
gdybym mogła patrzeć, spojrzałabym głęboko w Twoje niebieskie tęczówki. gdybym mogła chwytać, objęłabym Twoje dłonie. gdybym mogła mówić powiedziałabym Ci naprawdę wiele. powiedziałabym jak letnią bryzą przebiegunowałeś myśli. jak sprawiłeś, że coś się we mnie poruszyło. coś pod fałdami skóry zadrżało i zamarło na kilka sekund, by powrócić z niewiarygodną energią. powiedziałabym jak bardzo chciałabym, żeby ten wieczór miał braci bliźniaków. podobnych, ale nieco innych. przychodzących w sobotę każdego tygodnia. opowiedziałabym o historii, którą uszyłam nam z rozmyślań towarzyszących mi każdego dnia, na każdym kroku. może daleko jej do Miłości, ale jest równie poruszająca. a na końcu zapytałabym dlaczego tak mnie krzywdzisz. dlaczego niczego mi nie ułatwiasz. dlaczego pozwoliłeś mi pokochać tamten moment ale nie dałeś możliwości bym kochała inne. dlaczego?
niestety. wobec Ciebie jestem głuchoniemą, niewidomą kaleką. nie spojrzę, nie obejmę, nie powiem. niemoc. nie moc. nie-moc. nie. moc.
niestety. wobec Ciebie jestem głuchoniemą, niewidomą kaleką. nie spojrzę, nie obejmę, nie powiem. niemoc. nie moc. nie-moc. nie. moc.
niedziela, 31 lipca 2011
są rzeczy, o których nie chcemy wiedzieć. zaciskamy dłonie na małżowinach i odcinamy jakikolwiek dopływ fal dźwiękowych, żeby uchronić się przed prawdą. przed NIEwygodną prawdą. bo bądźmy szczerzy - prawda zazwyczaj nam nie odpowiada. wolimy karmić się złudzeniami i udawać, że nic się nie dzieje, że wszystko jest w porządku. że kawa nie jest za mocna a zupa przesolona. takim sposobem unikamy rozmów, kłótni, wyborów i trudnych sytuacji. omijają nas uderzenia gorąca, zawroty głowy i niekontrolowane palpitacje serca. ale to nie jest dobre wyjście. przecież od przesolonej zupy może rozboleć nas brzuch, a od zbyt mocnej kawy radykalnie skacze ciśnienie. to też ciągnie za sobą konsekwencje. to też doprowadza nas do bólu. dlatego nie ma różnicy jaką drogą wybierzemy. nie ważne czy zrobimy z siebie głuche kalekie istoty, czy też stawimy czoła prawdzie. zawsze będzie bolało. bolało, kuło, drapało, gniotło, piekło, swędziało, paliło, dusiło, męczyło, gryzło, rozbijało. bo na tym cholernym świecie nie da się zrobić nawet jednego kroku bez łzy bólu. mojej, Twojej, jej czy jego. nie ważne czyjej. po prostu się nie da.
dlatego nie będę dzielna i odważna. nie otworzę uszu na to, czego nie chce usłyszeć. skoro mam cierpieć to wybieram prostszą drogę. i tak, masz rację, jestem tchórzem.
dlatego nie będę dzielna i odważna. nie otworzę uszu na to, czego nie chce usłyszeć. skoro mam cierpieć to wybieram prostszą drogę. i tak, masz rację, jestem tchórzem.
środa, 27 lipca 2011
poniedziałek, 25 lipca 2011
who knows?
nie wiem dlaczego jesteś zły. dlaczego oglądasz wschody, ale nie zostajesz na zachodach. dlaczego nie pijesz kawy, chodzisz po pokoju kiedy myjesz zęby, nie sznurujesz butów, słuchasz wszystkiego i niczego, a Twoja głowa nigdy nie patrzy pod nogi. nie wiem też jaki jest twój ulubiony film, gdzie poznałeś swoją pierwszą miłość, czy spełniasz marzenia, czy lubisz lody czekoladowe i jak wspominasz dzieciństwo. tak naprawdę nic o tobie nie wiem. otwierasz przede mną drzwi, ale nie pozwalasz mi wyjść z korytarza. nie chce całe życie siedzieć na brzozowej szafce z butami i zastanawiać się co kryje się za drzwiami do salonu, kuchni czy sypialni. daj mi szansę. pozwól mi tam wejść. na chwilę, na moment nie dłuższy niż uderzenie serca, niż przelotne spojrzenie. nic nie ryzykujesz, przecież i tak nie zostanę. masz pewność, że wyjdę i prawdopodobnie już nie wrócę.
chyba, że złapiesz mnie za rękę
i zapytasz czy nie mam może
ochoty na herbatę.
środa, 20 lipca 2011
znasz to uczucie, gdy czekasz na coś z zapartym tchem? gdy zrywasz kartki z kalendarza i odliczasz dni? gdy wiesz ile sekund dzieli cię od tego uśmiechu? gdy myślisz tylko o jednym i nie potrafisz skupić się na niczym innym? gdy każda komórka twojego ciała szaleje na samą myśl o tym, że masz to na wyciągnięcie ręki. że to jest o krok, o włos, o uderzenie serca od ciebie? znasz euforię, która temu towarzyszy? dobrze. to teraz wyobraź sobie, że nagle odebrano ci to wszystko. brutalnie oświadczono, że nic się nie wydarzy. że najgorszy scenariusz trafia właśnie do realizacji i nic nie możesz zrobić. nic poza wbijaniem paznokci w rumianą skórę, sznurowania warg i potoku łez. nic więcej. cholerna, głucha bezradność. wyobraź to sobie i pomyśl co byś czuł. a kiedy już będziesz wiedział, to miej świadomość, że właśnie takie uczucie chwyta mnie teraz za gardło.
prawdopodobnie ogłoszę niedługo mój prywatny koniec świata.
prawdopodobnie ogłoszę niedługo mój prywatny koniec świata.
czwartek, 14 lipca 2011
na co?
nie lubię czekać. nie cierpię kiedy tak nieznośne, rytmiczne tykanie zegara jeży małe włoski na opalonym karku. nie cierpię być zależna od czasu. ograniczona. jak ptak w klatce. bez możliwości oszustwa. bez jakichkolwiek możliwości. mogę tylko siedzieć i czekać. wyglądać przez okno, czytać poezję, wlewać w siebie zieloną herbatę i puste słowa alternatywnych artystów. tyle mi wolno. takie udogodnienia za dobre sprawowanie. trzeba nagrodzić dobrego więźnia, żeby nie sprawiał problemów. mogę też przejawiać jakieś wyższe stany. uniesienie, podniecenie czy gwałtowne kołatania serca na widok Twojego uśmiechu. mogę. tego nikt nie może mi zabronić, ale stanowczo to odradzają. podobno to niczego nie ułatwia. ale lubię być przekorna. buntować się wtedy, kiedy da mi się pole do popisu. tylko, czy mówiłam już, że nie lubię czekać? nie lubię czekać, zwłaszcza wtedy, gdy nie wiem na co czekam. gdy nie wiem co może się wydarzyć. gdy nie wiem, czy dostanę to czego pragnę każdym zakamarkiem swojej wątłej psychiki. gdy nie wiem czego się spodziewać. tak bardzo nie lubię czekać...
...czekać na Ciebie.
sobota, 9 lipca 2011
tylko raz.
pamiętam ten wieczór. zdjęłam buty i bosymi stopami penetrowałam wciąż ciepły piasek. usiedliśmy na drewnianym molo. czułam na łydce Twoją ciepłą skórę. rozszerzaliśmy nozdrza i zachłannie wdychaliśmy morskie powietrze. a klatki żeber gęsto pulsowały pod lekkimi ubraniami. czułam jak optymizm rozsadza mi błękitne żyły, jak wylewa się karykaturalnymi ustami, jak błyszczy w oczach. siedziałam i patrzyłam na Ciebie. a Ty narysowałeś mi na piasku choinkę i zapytałeś czy mam ochotę na boże narodzenie. miałam. na wielkanoc i sylwester również. i w ciągu jednej nocy minął rok. i choć postarzał nas o 365 dni - był jednym z najlepszych w moim korybutowym życiu. dobrze było Cię poznać, K.
środa, 6 lipca 2011
bułgaria 30.06.11
odarta z trzeźwego myślenia, nieprzyzwoicie naga, tu i teraz postanawiam wziąć się w garść i stawić czoła swoim koszmarom. nie wiem czy po to by udowodnić, że istota zrodzona z perłowego żebra Adama może być silna i nieugięta, czy po to by uwierzyć w siebie. czy może po to by nauczyć się pływać w bezkresnym błękicie. naprawdę nie wiem. ale powód nie gra tu pierwszych skrzypiec. najważniejsze jest dopuszczenie do siebie świadomości, że mogę wszystko, że przecież potrafię być panią swojego życia. jestem kobietą. już w Raju dostałam od Boga wachlarz możliwości. wystarczy wybrać odpowiednią. przecież to takie proste. ale coś łapie mnie za gardło i rozwiewa pewność. gdzieś pod żebrami, w okolicach mostka, w prawym przedsionku, tuż pod zastawką sam Bóg zasiał małe ziarno strachu, które kiełkuje i oplata od wewnątrz każdy organ. bo co jeśli okaże się, że wszystko na nic? że nic nie wskóram? że narażę swoje wątłe ciało na cios a koszmary i tak pozostaną koszmarami o niebieskich tęczówkach i sprężystych łydkach? co wówczas? przecież nie jestem dzielnym rycerzykiem w żelaznej zbroi. jestem tylko kobietą. istotą z perłowego żebra Adama. mam kruche kości.
wtorek, 5 lipca 2011
bułgaria 29.06.11
korybut nie spał nawet na wakacjach, w tak odległym miejscu jak Bułgaria. wszystko to co się tam urodziło pojawi się też i tu.
***
mogłoby się wydawać, że nocne koszmary nie są w stanie nękać nas na naszym prywatnym końcu świata. że tam jesteśmy bezpieczni, że nie musimy się niczego bać. dlatego uciekamy jak najdalej, do miejsc najcichszych, najgłośniejszych, najciemniejszych, najjaśniejszych, najmniej lub najbardziej zaludnionych. to co tam robimy zależy od postaci jaką przyjmą nocne zjawy. 'gryziemy z bólu ręce, umieramy z miłości', leczymy, ranimy, zabijamy, wskrzeszamy, upijamy się wzburzonymi falami, dławimy krystalicznym powietrzem, walczymy z wiatrakami. mamy wybór, wolną rękę. jesteśmy panami samych siebie. ale nikt z nas nie spodziewa się, że koszmary mogą nas przechytrzyć. nikt nawet nie przypuszcza, że często podążają za nami krok w krok spędzając nam sen z wątłych powiek. ja również się tego nie spodziewałam. uciekłam na swój koniec świata z nadzieją, że zostawiam za sobą wszystko co sprawia, że boli, że zimno, że cicho, że łzy, że strach, że apokalipsa. nie myliłam się. uciekłam od dawnych koszmarów. ale tutaj dopadły mnie nowe. zakradły się, podtopiły błękitem tęczówek, otoczyły sprężystymi łydkami, zaczarowały (nie)szczerym uśmiechem. wdarły się do mojej chorej głowy i nie zamierzają jej teraz opuścić. znów staje się emocjonalną kaleką. znów kładę się spać by zbudzić się z krzykiem. znów boję się nocy. jestem na swoim końcu świata, sam na sam z moimi koszmarami. nowymi, starymi i nienarodzonymi.
niedziela, 19 czerwca 2011
gdzieś, na dnie.
wiesz, lubię się bawić w Pana Boga. to takie zabawne - mogę Cię zabijać i przywracać do życia. permanentnie. wciąż i wciąż. nieprzerwana rozrywka. giniesz by narodzić się na nowo. znikasz, ale przecież oboje wiemy, że znów się pojawisz. odchodzisz i wracasz. wiesz, ja po prostu lubię się bawić w Pana Boga.
utopiliśmy się we własnych grzechach. chyba nie ma już dla nas rozgrzeszenia.
***
albo go kocha, albo się uparła.
na dobre, na niedobre i na litość boską.
wtorek, 14 czerwca 2011
bo jeśli masz przyjaciela, który stoi z Tobą w deszczu, atakowany przez rządne krwi komary i robi wszystko by obudzić uśmiech na Twojej twarzy to znaczy, że doświadczyłeś najwspanialszej postaci przyjaźni. przyjaźni prawdziwej. trzymaj ją w swoich rękach i za nic w świecie nie puszczaj. to w dzisiejszych czasach biały kruk.
niedziela, 12 czerwca 2011
amen.
List Dziewicy Panny do (nie)świętego Pawła.
Pojawiłeś się. Stałeś w wejściu. Bóg sam jeden wie po co Cię tam umieścił. Ale jeśli umieścił to miał w tym cel. Popchnął mnie Swoim Bożym Palcem w Twoim kierunku. Byłam naiwna i ciekawa. Pozwoliłam się prowadzić. Usiedliśmy na drewnianej ławce i z premedytacją zabiliśmy czas. Pamiętam jak bardzo się bałam. Jak próbowałam ukryć trzęsące się kolana pod sukienką w kwiaty. Jak chwiałam drobne stopy na cienkich obcasach. Pamiętam też stado myśli, które przebiegały przez moją głowę. Fale emocji, które zalewały moje głupie serce. Byłam bezbronna i wpatrzona w błękitne, zdradzieckie tęczówki. A Ty dobrze wiedziałeś co robisz wyciągając z rękawa gwiazdy i kładąc mi je na udach. Cicho, subtelnie szeptałeś mi do ucha te wszystkie zaklęcia, którymi zabijałeś trzeźwe myślenie. I tak narodził się mój grzech, którym byłeś i już zawsze będziesz. Niczym Wąż kuszący Ewę w Raju.Ale potem nagle zniknąłeś. Nie było już ani zaklęć, ani gwiazd, ani żalu. Jakby ten rozdział nigdy nie istniał. Nagle miałam czyste sumienie. Układałam sobie życie. Przecież Cię nie było. Dostałam rozgrzeszenie.
Jednak wróciłeś. Nie pozwoliłeś o sobie zapomnieć. Wróciłeś i przewróciłeś pudełko w którym trzymałam myśli, rozpraszając wszystko po pustej głowie. Znów szeptałeś zaklęcia, czarowałeś objęciami i kusiłeś spojrzeniem. A ja znów poszłam za Tobą jak pokorna łania. Dałam się uwieść. Jestem głupia. Głupia bo wiem, że pod cienką skórą czai się Demon. Demon, który wie jaką ma nade mną władzę. I któremu nie potrafię się oprzeć. Demon, który uczy mnie latać i po chwili podcina skrzydła. Który delikatnie zdejmuje ze mnie sukienkę w kwiatki by później brutalnie wyrwać mi serce. Masz w sobie tego Demona. Ale nie wygrasz. Nie wygrasz bo kiedyś przestanę być naiwna. I przyjdzie taki dzień, że odwrócę się i nie pójdę za Tobą. Wtedy ja będę Panią. Wtedy będziemy kwita. Ty i Ja. 1:1. Oboje z krwią na rękach.
Teraz żyj w spokoju i czekaj na ten dzień. Czekaj na swój koniec. Bo on kiedyś nadejdzie. Musi. Tylko, które z nas wcześniej się podda?
a m e n.
myślałam, że to spotkanie pozwoli odbić mi się od dna. tymczasem wciąż czuję pod stopami mokry żwir. prościej byłoby wypowiedzieć to co niewypowiedziane niż męczyć się kolejne miesiące.
poniedziałek, 6 czerwca 2011
zmarszczki mimiczne.
ostatnio popołudnia spędzam w towarzystwie zenita. zepsutego i sprawnego również. czarujemy razem i tymi czarami chcemy się podzielić.
***
spojrzałam w lustro i zobaczyłam kolejną zmarszczkę. kolejna dolina przecięła mi policzek. utworzył się kolejny kanał dla moich rzadkich łez. niewdzięczna. niepotrzebna. niedyskretna. prosta, irytująca zmarszczka. w zasadzie nic wielkiego. każdy ma zmarszczki. mimiczne, niemimiczne i nie-mimiczne. tylko, że moja zmarszczka wrzeźbiła się głęboko pod warstwami skóry. pojawiła się w podświadomości. pojawiła się i wywróciła mój świat do góry nogami. rozwiała wszystkie wartości, brutalnie zdemolowała poukładane priorytety. ale najgorsze miało dopiero nadejść. z uporem maniaka próbowała mnie ściągnąć na ziemię. zmusić do postawienia małych stóp na zimnych, czerwonych kafelkach. ze spuszczoną głową muszę przyznać, że niemal się jej udało. jestem słabsza niż myślałam. niż myślałeś. niż wszyscy myśleliśmy. bądź nie myśleliśmy.
niedziela, 5 czerwca 2011
jestem zbrodniarką. zostawiłam Cię samego. zakończyłam naszą historię, odwróciłam głowę, zacisnęłam powieki, żeby nie widzieć spojrzenia pełnego bólu i zatkałam uszy, żeby Twoje odważne słowa nie dotarły aortą do mojego sfatygowanego serca. tak. do tych przestępstw się przyznaję. ale okazało się, że popełniłam jeszcze jedno. jeden występek więcej. z pozoru niewielki, ale wgryzający się ostrymi kłami w podświadomość. porzucając Cię zabiłam cząstkę siebie, którą obudziłeś dawno temu. zabiłam zdolność do odczuwania uczuć silniejszych niż nienawiść, złość, euforia i rozpacz razem wziętych. i to dlatego nie potrafię sobie poradzić sama ze sobą. i to dlatego wciąż gubię się w emocjach. i to dlatego nie mogę znaleźć miejsca dla mojej chorej głowy. ale teraz, skoro mam świadomość tego wszystkiego, wiem, że trzeba zacząć działać. otwieram oczy i nie wracając do przeszłości czekam na kogoś, kto ponownie nauczy mnie tego wszystkiego.
so come out of your cave walking on your hands
music.
so come out of your cave walking on your hands
and see the world hanging upside down.
music.
sobota, 28 maja 2011
zaczyna brakować mi sił na dalsze stwarzanie pozorów. męczy mnie już to przedstawienie. męczy mnie udawanie, że jestem silna, że wszystko jest tak jak być powinno, że odpowiada mi to co się dzieje i że nie czekam na to, co dziać się nie chce. nie chcę już dłużej utwierdzać wszystkich w przekonaniu, że potrafię wziąć wszystko w swoje małe dłonie, ustawić tak jak powinno było stać od dawna i utrzymać cały ciężar na słabych ramionach. kruszę się. powoli, małymi zachwianiami zbliżam się do zimnej posadzki. nie chcę upadać. dobrze czułam się unosząc stopy ponad chodnikami. lewitując w czasoprzestrzeni objęć. obracając się w ogniach spojrzeń. otulając się ciszą pocałunków. nie wierz mi kiedy patrząc Ci w oczy powiem, że za tym nie tęsknię, że tego nie potrzebuję. nie wierz, bo to będą nieprzyzwoite kłamstwa. nieprzyzwoite kłamstwa broniące mojej głupiej dumy. przecież nie mogę pokazać, że jestem słaba.
poniedziałek, 23 maja 2011
odcinam się od przeszłości. chcę zapomnieć o wszystkim co było, mimo tego, że nauczyłam się dzięki temu tak wiele. każde z nas ma swoje życie. próbowanie ułożyć go sobie wzajemnie do niczego nie prowadzi. dlatego z szaleństwem w oczach wyrzucam zdjęcia, ucinam wspomnienia, wymazuje rozmowy. już nie będę skuloną, piszczącą suką w kącie pokoju. już nie. wracam. w pełni świadoma swojego życia.
tymczasem z dnia na dzień popadam w coraz większą fascynację. przestaje mnie interesować czy zachłysnę się tym nieprzyzwoitym błękitem. nie dbam o konsekwencje. chcę Cię słuchać. pieścisz moją podświadomość każdym słowem. dlatego mów do mnie, mów. mów bo lubię być naiwną, wątłą kobietą z palcami zaplątanymi w rozproszonym labiryncie.
tymczasem z dnia na dzień popadam w coraz większą fascynację. przestaje mnie interesować czy zachłysnę się tym nieprzyzwoitym błękitem. nie dbam o konsekwencje. chcę Cię słuchać. pieścisz moją podświadomość każdym słowem. dlatego mów do mnie, mów. mów bo lubię być naiwną, wątłą kobietą z palcami zaplątanymi w rozproszonym labiryncie.
środa, 18 maja 2011
potrafię walczyć jak lew o cudzą miłość. zdzieram kostki, obijam wątłe kolana, rozcinam swoje nieidealne usta, wbijam paznokcie w małe dłonie. przyodziewam zbroję i staję się małym, dzielnym rycerzykiem. właśnie takim jakim nigdy nie potrafiłam być. jestem w stanie zrobić naprawdę dużo by ocalić czyjąś miłość. otóż to. czyjąś. nigdy swoją. swoją pozostawiam samej sobie, porzucam ją na pastwę losu i nie troszczę się o to, że cierpi. że upada, gaśnie, umiera. nie dbam o to. a kiedy umrze czuję się wolna, jakby zniknęła ograniczająca mnie ceglana ściana. i dopiero kiedy inni popełniają ten sam błąd dociera do mnie jaką krzywdę wyrządzam sobie i Jemu (kimkolwiek by był). dopiero wówczas dociera do mnie, że staję się morderczynią własnego szczęścia. bo ile miłości można przeżyć w ciągu jednego życia?
poniedziałek, 16 maja 2011
potrafił rozbudzić jej zmysły nawet wówczas, gdy dzieliły ich setki kilometrów. i nawet wówczas gdy ona uparcie próbowała wyrzucić jego rzeczy z mieszkania, opróżnić ramki z wykreowanych uśmiechów i zamknąć za nim drzwi, nie pozostawiając mu klucza. była gotowa by to zrobić. naprawdę. kupiła już nawet zapałki, żeby uśmiercić owe uśmiechy na zawsze. na wieki wieków. ale on wtedy zjawiał się taki, jakim zawsze chciała go widzieć. zjawiał, obejmował w talii, ujmował policzek i delikatnie otulał rumiane wargi. wtedy zaczynało się przedstawienie. prywatny spektakl. usta tańczące namiętne, kubańskie tańce. nikt nie klaskał, nie było widowni. tylko poruszone serca na chwile zamierały w klatkach żeber. a oni, zupełnie nieświadomi swoich ról, kładli rozpalone ciała na jasnej pościeli. wodzili na oślep rękoma po smukłych sylwetkach. zatapiali palce w gęstych włosach. perłowymi zębami dyskretnie zagryzali miękką skórę. płynnym ruchem spajali ze sobą dwa nagie ciała. nie czuli skrępowania. byli pozbawieni jakichkolwiek myśli. działali instynktownie. jak dzikie zwierzęta. kilka westchnień, kilka pięści zaciśniętych na białym prześcieradle i nagle gasły światła. umysły zasypiały, a ciała pozostawały w beztroskiej symbiozie...
po takim sztormie nie potrafiła go wyrzucić. przecież nie mogła bez niego żyć.
***
czasami przeraża mnie to, jak silnie potrafi wstrząsnąć mną muzyka.
piątek, 13 maja 2011
zastanawiałeś się kiedyś co by było gdybyśmy się nie poznali? gdybym tego dnia zachorowała albo spóźniła się na autobus? gdybyś nie miał ochoty iść do parku? albo gdyby w tamtym lokalu nie było poduszek? zastanawiałeś się jakie byłoby Twoje życie gdybym nie pojawiła się w nim tamtego dnia?
bo wiesz, ja się zastanawiałam jak wszystko wyglądałoby bez Ciebie. siedziałam z kubkiem gorącej, parującej herbaty i myślałam. składałam na nowo przedarte obrazy, sklejałam urwane słowa. i wiem, wiem, że mimo wszystko to była najlepsza rzecz jaka spotkała mnie w życiu. nauczyłam się przy Tobie najważniejszego uczucia. poczułam ciepło między wargami. mogłam stąpać po pewnym gruncie z podniesioną głową i wiedziałam, że nikt i nic nie stanowi zagrożenia. nikt i nic poza mną samą. i chociaż momentami tęsknie za tym wszystkim i pluję sobie w twarz, że zadałam Ci tyle bólu, to cieszę się również, że nasza historia dobiegła końca. bo nauczyłeś mnie także mówić 'do widzenia'. odwrócić się i nie spoglądać za siebie. staniemy jeszcze kiedyś na swojej drodze, wiem o tym. kto wie, może nawet wybierzemy się na kawę, którą tak lubisz?
ale powiedz proszę, czy zastanawiałeś się kiedyś co by było gdybyśmy się nie poznali?
bo wiesz, ja się zastanawiałam jak wszystko wyglądałoby bez Ciebie. siedziałam z kubkiem gorącej, parującej herbaty i myślałam. składałam na nowo przedarte obrazy, sklejałam urwane słowa. i wiem, wiem, że mimo wszystko to była najlepsza rzecz jaka spotkała mnie w życiu. nauczyłam się przy Tobie najważniejszego uczucia. poczułam ciepło między wargami. mogłam stąpać po pewnym gruncie z podniesioną głową i wiedziałam, że nikt i nic nie stanowi zagrożenia. nikt i nic poza mną samą. i chociaż momentami tęsknie za tym wszystkim i pluję sobie w twarz, że zadałam Ci tyle bólu, to cieszę się również, że nasza historia dobiegła końca. bo nauczyłeś mnie także mówić 'do widzenia'. odwrócić się i nie spoglądać za siebie. staniemy jeszcze kiedyś na swojej drodze, wiem o tym. kto wie, może nawet wybierzemy się na kawę, którą tak lubisz?
ale powiedz proszę, czy zastanawiałeś się kiedyś co by było gdybyśmy się nie poznali?
wtorek, 10 maja 2011
a po nocy przychodzi dzień.
znów zaczynają mnie nękać dawne koszmary. przychodzą i zaciskają chude, długie palce na moich wystających kostkach. wiem, że nie ma sensu się wyrywać. przecież każdy sen, dobry i zły, rodzi się w mojej głowie. jestem jego panią i rodzicielką. a to, że nie potrafię nad nim zapanować to już wyłącznie moja wina. dlatego boję się, bardzo się boję. drżę na samą myśl o tym, że może wrócić wszystko to co od dawna chce wrzucić do pudełka 'wspomnienia'. najbardziej przeraża mnie to, że znów nieświadomie rzuciłeś kamień, który pociągnie za sobą lawinę. nie lubię naszej historii.
środa, 4 maja 2011
tak więc postanowiłeś odwiedzać mnie też w snach? to do Ciebie niepodobne, ale niech będzie. zgoda. masz do nich wstęp. tylko dlaczego wybierasz akurat te najbardziej niepoprawne i szalone?
w sumie nie powinno mnie to dziwić, przecież lubisz zaskakiwać. wyskakiwać zza rogu moich myśli w najbardziej nieoczekiwanym momencie. a ja lubię udawać zaskoczoną, tak jakbym wcale na to nie czekała. jak dużo musimy się jeszcze o sobie nauczyć mój drogi, jak dużo. ale spokojnie, powoli, mamy czas. przed nami całe życie.
niedziela, 1 maja 2011
król pik.
nastały ciężkie czasy dla mojej chorej podświadomości. nie potrafię ubrać w słowa tego co we mnie siedzi. nie umiem wyrazić uczuć. balansuje na krawędzi słów niskich i wysokich i nadal nie wiem, na którą stronę chcę spaść. a dzieje się mnóstwo. obawiam się, że jeśli nie uszyję sobie sukienki z pstrych wyrazów ostatnich wydarzeń to eksploduję. wybuchnę i pozostawię po sobie głuchą pustkę, bezbarwną i nijaką. taki prywatny koniec świata. nie powiem, bardzo wygodny. bez łez, bez pogrzebów, bez białych kwiatów. jednak mimo wszystko, zostało kilka spraw, które kurczowo trzymają mnie na tym świecie i szybko z niego nie puszczą. bądź co bądź, jestem im za to bardzo wdzięczna. dlatego wspomogę je i spróbuję pobawić się w krawca. może jutro pokaże się w nowej, słownej sukience?
***
lubię wracać do naszej historii. wiele się z niej nauczyłam. jest dla mnie swojego rodzaju lekcją. bolesną, ale pouczającą. i lubię też wymyślać jej koniec. zawsze jest romantyczny, ciepły i szczęśliwy. ale przy tym tak niesamowicie nierealny, że aż wstydzę się o nim myśleć. oblewam policzki purpurą i schodzę z delikatnych obłoków na twardy beton. ale wystarczyła mi jedna rozmowa, by zmienić zakończenie. dopisałeś do naszej historii kolejny rozdział. pozwoliłeś odkryć się na nowo jak świeżo wytasowany król pik. wciąż zaskoczona, z uśmiechem na nieidealnych ustach, trzymam Cię w zmarzniętych dłoniach i wpatruję się w błękitne tęczówki. i znów myślę o zakończeniu. tym razem wydaję się być realne. mogę uwierzyć, że ma szanse stać się rzeczywistością. tylko zastanawiam się czy nadal tego chce. dwa słowa, które wyrzuciłeś z siebie, jakbyś dusił je od dawna, wywołały we mnie burzę. pomyśl jaki skutek przyniosłaby lawina Twoich słów. boję się tego, jaki masz na mnie wpływ. dlatego zabierz ode mnie moje zakończenie. niech wspomnienia pozostaną wspomnieniami.
***
więc z ramion ramę złóż
opraw ten
wyblakły mocno akt
opraw mnie
opraw ten
wyblakły mocno akt
opraw mnie
poniedziałek, 25 kwietnia 2011
usiadłam na miękkim łóżku, pod brązowym kocem. w dłoniach trzymałam biały kubek. wiśniowa herbata parowała przyjemnie pod piegowatym nosem. zielono-brązowe tęczówki wpatrywały się w szklany ekran, a źle skrojone usta wykrzywiał uśmiech wywołany przez komiczne postacie z kreskówek. i mimo śmiechu w środku kuła mnie świadomość, że brakuje obok drugiego kubka. drugiego białego kubka z parującą herbatą. zdałam sobie sprawę, że oczami wyobraźni widzę go w dłoniach kogoś, kogo dotychczas nie podejrzewałam o odwiedzanie mojej podświadomości. znowu czuje na plecach dreszcz strachu. dość już złamanych serc.
sobota, 23 kwietnia 2011
spowiedzi,
mam ochotę stanąć przed Tobą i n i e patrząc Ci w oczy powiedzieć prawdę. jak na spowiedzi. wyznać wszystkie grzechy, których byłeś powodem. wszystkie nieczystości, których dopuszczał się mój umysł pod Twoim wpływem. byłabym w końcu czysta. czysta i wolna. bo stałeś się moją kulą u nogi. ciężką, żelazną, sprawiającą ból kulą u nogi mojego niepełnosprawnego serca. zrobiłeś ze mnie kalekę, wrak człowieka. i nawet nie chcesz ponieść za to odpowiedzialności. umyłeś od tego ręce jeszcze tego wieczoru, gdy z takim zapałem opowiadałeś mi o gwiazdach. pamiętasz jeszcze ten wieczór?
poniedziałek, 18 kwietnia 2011
forget about that, my dear.
stań przede mną, spójrz w moje zielono-brązowe tęczówki i powiedz, że odchodzisz. że przychodzisz się pożegnać, na zawsze, na wieki wieków. że nie wrócisz, i że lepiej będzie jeśli zapomnę. później dotknij mnie ciepłymi, idealnie skrojonymi wargami w rumiany policzek, poczuj moją słoną łzę i odejdź. odejdź na zawsze, na wieki wieków. nie wracaj. pozwól mi zapomnieć.
pozwól mi zapomnieć o tych wszystkich historiach. o chłodnych nocach, słonecznych popołudniach i leniwych porankach. pozwól nie pamiętać zapachów, kolorów i dźwięków. pozostań czarno-białą fotografią w mojej podświadomości. będziesz tam bezpieczny, obiecuje.
pozwól mi zapomnieć o tych wszystkich historiach. o chłodnych nocach, słonecznych popołudniach i leniwych porankach. pozwól nie pamiętać zapachów, kolorów i dźwięków. pozostań czarno-białą fotografią w mojej podświadomości. będziesz tam bezpieczny, obiecuje.
sobota, 16 kwietnia 2011
słowomyślotok.
mam wadę wymowy. mówię za dużo, za często i zbyt impulsywnie. próbuję sznurować wargi, zaciskać zęby. wbijam sobie w dłoń czekoladowe paznokcie. tylko, żeby nie pisnąć słówka. a język uciążliwie, nieznośnie wije się w moich ustach. cofa się do przełyku, ociera o kły, miażdży podniebienie. nagle znajduje szparę i wydobywa się na zewnątrz. i wtedy wylewa się ze mnie rzeka słów. mówię, mówię, mówię - mówię wszystko co sprawia, że boli, że kuje, że uszczęśliwia, że ręka, noga, że noc, że księżyc, że sen, że miłość, że Ty, że ja, że oni, że świat.
mówię i boje się skutków. boję się, że pewnego dnia powiem za dużo. że runie wszystko, bo jedno słowo okaże się zbyt silne. a jeśli to będą dwa słowa? co wtedy?
mówię i boje się skutków. boję się, że pewnego dnia powiem za dużo. że runie wszystko, bo jedno słowo okaże się zbyt silne. a jeśli to będą dwa słowa? co wtedy?
nawet nie wiesz jak to lubię. ja też nie wiem.
czwartek, 7 kwietnia 2011
odnośniki.
błękit oceanu, w którym mogłabym tonąć. delikatny, a jednak twardy marmur, podtrzymujący moje wątłe ciało. ostro zarysowane kości, ciekawiące zielono-brązowe oczy. lekki zapach zielonej herbaty i uwodzących perfum, kojący zmysły. rozwiane włosy, będące labiryntem dla czekoladowych paznokci. i ciepło między wargami.
to niewielkie wymagania.
wmawianie sobie, że to wszystko jest zbędne wychodzi mi perfekcyjnie. uwierzyłam, że tlenem może być tylko powietrze i garść dobrej muzyki. tylko tyle.
może i oszukuje samą siebie, ale czuje się zdrowiej, o wiele zdrowiej. dlatego nie wyprowadzajcie mnie z błędu.
to niewielkie wymagania.
wmawianie sobie, że to wszystko jest zbędne wychodzi mi perfekcyjnie. uwierzyłam, że tlenem może być tylko powietrze i garść dobrej muzyki. tylko tyle.
może i oszukuje samą siebie, ale czuje się zdrowiej, o wiele zdrowiej. dlatego nie wyprowadzajcie mnie z błędu.
wtorek, 5 kwietnia 2011
nie jestem w stanie zrozumieć tego co się wokół mnie dzieje. rozstania, miłość, nienawiść, ból, radość, rozpacz, niezdrowa satysfakcja, strach, wyrozumiałość, żal, pokora, gniew, brak skrupułów, odwaga. wszystko przeplata się tak szybko. nie nadążam już za życiem, zgubiłam się w swojej egzystencji.
a Ty nawet nie kwapisz się, żeby mnie w niej odnaleźć.
po prostu bądź. tak p o p r o s t u.
a Ty nawet nie kwapisz się, żeby mnie w niej odnaleźć.
po prostu bądź. tak p o p r o s t u.
niedziela, 3 kwietnia 2011
far, far away.
czasami lubię odwrócić głowę i spojrzeć za siebie. zobaczyć wszystko z perspektywy nowych doświadczeń i emocji. różowe wspomnienia nie raz i nie dwa okazują się miotać między czernią i bielą. ludzie, którzy stanowili cały mój świat są tak mali, że aż dziwię się, że nie podeptałam ich w życiowym pośpiechu. niejedno gwałtowne bicie serca okazuje się strachem a nie miłością.
i dopiero gdy spoglądam przez ramię widzę, jak bardzo lubię być naiwna. jak często zachowuje się jak mała dziewczynka, która z uporem maniaka wierzy, że wszystko zawsze się ułoży. że będzie lepiej. że wszyscy będziemy szczęśliwi. ja, ty i On. nie ważne - razem czy osobno. po prostu szczęśliwi. i wiesz co? czasami patrząc za siebie czuję to ukłucie w żołądku. zazwyczaj w momencie kiedy dociera do mnie, że naiwność to głupota. a rozczarowania bolą, cholernie bolą.
chyba uodparniam się na ten ból...
i dopiero gdy spoglądam przez ramię widzę, jak bardzo lubię być naiwna. jak często zachowuje się jak mała dziewczynka, która z uporem maniaka wierzy, że wszystko zawsze się ułoży. że będzie lepiej. że wszyscy będziemy szczęśliwi. ja, ty i On. nie ważne - razem czy osobno. po prostu szczęśliwi. i wiesz co? czasami patrząc za siebie czuję to ukłucie w żołądku. zazwyczaj w momencie kiedy dociera do mnie, że naiwność to głupota. a rozczarowania bolą, cholernie bolą.
chyba uodparniam się na ten ból...
***
ciesze się Waszym szczęściem. ciesze się, że w końcu się udaje. i nadal (być może naiwnie) wierzę, że będzie dobrze, a może nawet lepiej niż dobrze. i że to szczęście uśmiechnie się w końcu też do mnie...
czwartek, 31 marca 2011
...
dlaczego nawet w tak ważny dzień musiałeś udowodnić, że jesteś ponad mną? dlaczego z uporem maniaka dążysz do tego, żeby pokazać mi jak bardzo jestem od Ciebie zależna? dlaczego chociaż raz nie możesz postąpić normalnie? chociaż jeden raz. to naprawdę dużo nie kosztuje. to nie kosztuje nic. n i c.
tymczasem znów grasz ze mną w swoją głupią, podłą grę. a ja bez słowa protestu podnoszę karty i poddaje się temu. nie podoba mi się to.
tymczasem znów grasz ze mną w swoją głupią, podłą grę. a ja bez słowa protestu podnoszę karty i poddaje się temu. nie podoba mi się to.
***
najlepsze urodziny w życiu. nic dodać, nic ująć. mam najwspanialszych przyjaciół i znajomych na świecie !
najlepsze urodziny w życiu. nic dodać, nic ująć. mam najwspanialszych przyjaciół i znajomych na świecie !
środa, 30 marca 2011
paper dreams honey.
już za moment. za chwilę. za kilka tyknięć zegara, za dwanaście uderzeń serca...
mój jakże przyjemny, siedemnasty rok życia dobiega właśnie końca. po kostkach smyra mnie magiczne 'lat 18' i sama nie wiem czy budzi to we mnie radość czy nie. pewnie wiele się nie zmieni. nadal będę niepoukładaną, lekko piegowatą trampkową panną z wiecznym uśmiechem przyklejonym do rumianych policzków. pewnie nadal, od czasu do czasu, będę karmić się złudzeniami i zarażać wszystkich pozytywnym nastawieniem. i pewnie zdarzą mi się upadki, z których pomożecie mi się podnieść. aa no i nie raz, i nie dwa się zakocham. czyli wszystko po staremu. zmieni się jedynie liczba dokumentów z nieudaną fotografią w moim zielonym portfelu.
życzcie mi zdecydowanie więcej optymizmu. tak potężnej dawki, żeby rozsadzała mi żyły. rozum też by mi się przydał. warto czasami pomyśleć zanim się coś zrobi. może kilku nowych piegów, bo mam wrażenie że ubywa ich z roku na rok. no i wiecie, żebym była sobą w każdym calu, centymetrze, łokciu, stopie i procencie.
dobranoc!
mój jakże przyjemny, siedemnasty rok życia dobiega właśnie końca. po kostkach smyra mnie magiczne 'lat 18' i sama nie wiem czy budzi to we mnie radość czy nie. pewnie wiele się nie zmieni. nadal będę niepoukładaną, lekko piegowatą trampkową panną z wiecznym uśmiechem przyklejonym do rumianych policzków. pewnie nadal, od czasu do czasu, będę karmić się złudzeniami i zarażać wszystkich pozytywnym nastawieniem. i pewnie zdarzą mi się upadki, z których pomożecie mi się podnieść. aa no i nie raz, i nie dwa się zakocham. czyli wszystko po staremu. zmieni się jedynie liczba dokumentów z nieudaną fotografią w moim zielonym portfelu.
życzcie mi zdecydowanie więcej optymizmu. tak potężnej dawki, żeby rozsadzała mi żyły. rozum też by mi się przydał. warto czasami pomyśleć zanim się coś zrobi. może kilku nowych piegów, bo mam wrażenie że ubywa ich z roku na rok. no i wiecie, żebym była sobą w każdym calu, centymetrze, łokciu, stopie i procencie.
dobranoc!
niedziela, 27 marca 2011
środa, 23 marca 2011
znikaj.
zamknij oczy. nie pozwól mi utonąć w błękicie twoich tęczówek. chcę od ciebie odpocząć. wrócę. obiecuję. ale muszę poukładać życie, żebyś po raz kolejny mógł rozbić je na drobne kawałki.
Z n i k a j
***
porywam się z motyką na słońce. połamie kości, potłukę się i upadnę, pociągając Cię za sobą. ale nie umiem inaczej, nie umiem powiedzieć prawdy. przepraszam.
***
porywam się z motyką na słońce. połamie kości, potłukę się i upadnę, pociągając Cię za sobą. ale nie umiem inaczej, nie umiem powiedzieć prawdy. przepraszam.
poniedziałek, 21 marca 2011
brown chocolate.
pamiętasz dzieciństwo? pamiętasz jak skakałeś przez kałuże, czułeś wiatr we włosach pędząc z górki na rowerze, jak kąpałeś piegi w promieniach słońca? pamiętasz jak rozcinałeś kolano wchodząc na drzewo, jak marszczyłeś nos obserwując robaka na płocie? a pamiętasz jaką słabość miałeś do czekolady? jak bulwersowałeś się, gdy mama zabraniała Ci wziąć kolejną kostkę? nie naruszając kruchej ciszy, z podnieceniem wymalowanym w tęczówkach skradałeś się na swoich małych paluszkach. i w momencie gdy mama odwracała wzrok, chwytałeś kawałek czekolady i wpychałeś go zachłannie do ust. i tak ciągle. wciąż. aż nie został pusty papierek. wiedziałeś, że tak nie wolno. że może rozboleć Cię brzuch. że mama może zauważyć. że to może się źle skończyć. ale mimo tego permanentnie powtarzałeś swoją misję. pamiętasz to wszystko? musisz pamiętać. musisz.
musisz, dlatego że jesteś moją tabliczką czekolady.
***
- co trzyma mnie za język?
musisz, dlatego że jesteś moją tabliczką czekolady.
***
Białe przepaście.
Gdybyś c o ś
naprawdę kochał
lub był przywiązany
- naprawdę: nie byłoby ich.
- co trzyma mnie za język?
piątek, 18 marca 2011
welcome.
wracasz. budzisz we mnie wszystko to, co udało mi się uśpić. wszystko to co skrzętnie zamknęłam w ostatniej szufladzie podświadomości, pod stertą wełnianych skarpet w kolorowe kropki Twoich oczu. przypominasz mi o wszystkim, o czym zdążyłam już zapomnieć. o wszystkim co uleciało w przestrzeń pustego pokoju, jak para z ust w mroźny poranek. pokazujesz, że wciąż jesteś i nie zamierzasz odejść. że będziesz kręcił się obok, żeby czasami szturchnąć mnie ramieniem, musnąć po włosach, odbić się w moich zielono brązowych tęczówkach. wiesz, że masz nade mną kontrolę, ale nie wiedzieć czemu nie wykorzystujesz jej w pełni. pokazujesz mi tylko którędy mam iść. a ja idę za Tobą ślepo. jak pokorna, ufna łania, podążam za Twoją wyciągniętą ręką. możemy się tak bawić, to piękna gra. przecież daje nam tyle radości. ale nie skrzywdź mnie. nie skrzywdź. pamiętaj, że łanie są płochliwe i mają zajęcze serca.
niedziela, 13 marca 2011
i love you guys.
wystarczy mi jeden wieczór z Wami, żeby uwierzyć, że dam rade. że razem możemy wszystko. to jest właśnie przyjaźń.
dobranoc.
dobranoc.
piątek, 11 marca 2011
it's not game.
to nie chińczyk. sens nie polega na rzucaniu kostką i przesuwaniu się o kilka pól. za cel nie stawia się dojścia do 'domku'. przeciwnikiem nie jest inny kolor. jedyną decyzją jaką musisz podjąć nie jest wybór pionka, którym chcesz się ruszyć.
a tutaj? tutaj wszystko jest zupełnie inne, trudniejsze i bardziej bolesne. tutaj emocje częstokroć ściskają ci gardło, przyduszają, rozszerzają bezdenne źrenice. tu droga jest krętym labiryntem, serce wyrywa się z klatki piersiowej i gna przed siebie, wcale się na ciebie nie oglądając. przyjaciel staje się wrogiem, a wróg przyjacielem. tutaj od twojej decyzji zależy całe twoje życie i życie ludzi obok ciebie. musisz wiedzieć jak ulokować wątłe, sypkie uczucia, tak, żeby ktoś nieopacznie ich nie podeptał. bierzesz odpowiedzialność za każde mrugnięcie, gest, przełknięcie śliny, rumieniec na zmarzniętym policzku, zawieszony pocałunek i wytworzoną krwinkę. tutaj musisz żyć. bo tutaj to twoje życie. i nikt nie pyta czy do niego dorosłeś. czy jesteś na tyle silnym by udźwignąć je takim, jakim je dostałeś. nikogo nie obchodzi czy sobie poradzisz. n i k o g o , rozumiesz?
to zrozum. nie masz innego wyjścia...
przestańmy się bawić w życie.
nie jesteśmy pionkami w swoich rękach.
złóżmy planszę i idźmy do domu.
stawmy czoła temu co nas przydusza.
bo przecież jeden za wszystkich,
a wszyscy są chorzy na umyśle...
***
na dobranoc.
a tutaj? tutaj wszystko jest zupełnie inne, trudniejsze i bardziej bolesne. tutaj emocje częstokroć ściskają ci gardło, przyduszają, rozszerzają bezdenne źrenice. tu droga jest krętym labiryntem, serce wyrywa się z klatki piersiowej i gna przed siebie, wcale się na ciebie nie oglądając. przyjaciel staje się wrogiem, a wróg przyjacielem. tutaj od twojej decyzji zależy całe twoje życie i życie ludzi obok ciebie. musisz wiedzieć jak ulokować wątłe, sypkie uczucia, tak, żeby ktoś nieopacznie ich nie podeptał. bierzesz odpowiedzialność za każde mrugnięcie, gest, przełknięcie śliny, rumieniec na zmarzniętym policzku, zawieszony pocałunek i wytworzoną krwinkę. tutaj musisz żyć. bo tutaj to twoje życie. i nikt nie pyta czy do niego dorosłeś. czy jesteś na tyle silnym by udźwignąć je takim, jakim je dostałeś. nikogo nie obchodzi czy sobie poradzisz. n i k o g o , rozumiesz?
to zrozum. nie masz innego wyjścia...
przestańmy się bawić w życie.
nie jesteśmy pionkami w swoich rękach.
złóżmy planszę i idźmy do domu.
stawmy czoła temu co nas przydusza.
bo przecież jeden za wszystkich,
a wszyscy są chorzy na umyśle...
***
na dobranoc.
wtorek, 8 marca 2011
kropki, kreski, malowane jajka.
staje się niedorzeczna. n i e d o r z e c z n a. po prostu nie dorosłam do tego wszystkiego, albo nie jestem na to gotowa. cofnijmy się do piaskownicy, wyciągnijmy łopatki i stawiajmy te cholerne babki, zamiast bawić się w życie. przecież właśnie tego chcemy, prawda?
przecież chcemy być szczęśliwi. tylko co to u diabła oznacza?!
przecież chcemy być szczęśliwi. tylko co to u diabła oznacza?!
niech ktoś decyduje za mnie, proszę.
niedziela, 6 marca 2011
za dużo tego wszystkiego. za dużo możliwości. jak mam wybrać dobrze?
właściwie... to czy przysługuje mi jeszcze jakiś wybór? może wyczerpałam już limit i teraz muszę brać wszystko co podsuwają mi pod nos? nie prosić o paragon bo przecież nie przysługuje mi już gwarancja? akceptować wszystko takim jakim jest, ze wszelkimi wadami i usterkami?
być może. ale coś mi się wydaje, że korybut będzie się mocno buntował.
cisza przed burzą.
właściwie... to czy przysługuje mi jeszcze jakiś wybór? może wyczerpałam już limit i teraz muszę brać wszystko co podsuwają mi pod nos? nie prosić o paragon bo przecież nie przysługuje mi już gwarancja? akceptować wszystko takim jakim jest, ze wszelkimi wadami i usterkami?
być może. ale coś mi się wydaje, że korybut będzie się mocno buntował.
cisza przed burzą.
czwartek, 3 marca 2011
BEZsens.
- nie chcę! słyszysz? nie chcę!
- chcesz. udajesz przed samą sobą.
- niczego nie udaje. to nie deski teatru, tu niczego się nie udaje!
- przecież całe Twoje życie to teatr. grasz, ciągle grasz. wiesz chociaż kim jesteś?
- zamknij się! po prostu się zamknij! nic o mnie nie wiesz!
- Ty sama nic o sobie nie wiesz...
- chcesz. udajesz przed samą sobą.
- niczego nie udaje. to nie deski teatru, tu niczego się nie udaje!
- przecież całe Twoje życie to teatr. grasz, ciągle grasz. wiesz chociaż kim jesteś?
- zamknij się! po prostu się zamknij! nic o mnie nie wiesz!
- Ty sama nic o sobie nie wiesz...
nie wiem. prawda. ciągle się gubię. droga rozchodzi się na prawo i lewo, a ja z uporem maniaka próbuje iść prosto. uderzam głową w ścianę, ale nie zawracam, nie skręcam. 'to dobrze, brniesz w kierunku swoich celów, w kierunku swoich pragnień' odbija mi się echem w pustej czaszce. ale to bujda, totalna bzdura. można zmierzać ku marzeniom ale trzeba mieć jakiś umiar, jakieś zasady. wytyczne, które nie pozwolą nam oszaleć. a ja jestem ich pozbawiona.
obiecały, że już nie wrócą. i co? i znów kłamstwo wzięło górę.
poniedziałek, 28 lutego 2011
zamknięte. nie otwierać. grozi końcem świata!
najpierw ten sen.
obudziła się rano, otworzyła oczy i jeszcze raz przywołała to co działo się w nocy w jej głowie. dziwny sen. to był naprawdę dziwny sen. może nie tyle dziwny, co niespodziewany. bardziej normalne byłoby gdyby przyśnił się jej prezydent zjednoczonych emiratów arabskich, o którego istnieniu nawet nie miała pojęcia. a co było w owym śnie najgorsze? to, że wcale nie czuła się z nim źle. ani z nim, ani w nim. pasowałaby jej taka sytuacja. pasowałby mały powrót do przeszłości. i pewnie dlatego cały dzień kłębiły się w jej naiwnej główce mętne wspomnienia. wspomnienia i pytanie 'co by było gdyby?'. no właśnie. co by było?
teraz ta rozmowa.
sama nie wie dlaczego napisała. po prostu. po lewej stronie facebook'a pojawiło się to czarno-białe zdjęcie. pamiętała je. dokładnie pamiętała jak kiedyś nią wstrzasnęło, jak wywróciło wszystko do góry nogami. kliknęła. wyskoczyło okienko rozmowy. 'co mi szkodzi? teraz jestem przecież bezpieczna' pomyślała i wystukała na starej klawiaturze na pozór zwyczajne 'dobry wieczór'. odpowiedź była błyskawiczna. błyskawiczna i jak zawsze błyskotliwa. zresztą - cała rozmowa była błyskotliwa. i pewnie dlatego tak bardzo lubiła te rozmowy. to nic, że prowadząc je tańczyła nad przepaścią, balansowała na krawędzi. w każdej chwili mogła spaść. znów runąć na ziemię. z hukiem. z przerażającym BUM. to nic, naprawdę.
i znów pojawiło się pytanie. 'co by było gdyby?'. no właśnie. co by było?
powroty do przeszłości są przyjemne. przyjemne ale ryzykowne. potrafią nieźle zachwiać teraźniejszością. a tego teraz nie chcę...
obudziła się rano, otworzyła oczy i jeszcze raz przywołała to co działo się w nocy w jej głowie. dziwny sen. to był naprawdę dziwny sen. może nie tyle dziwny, co niespodziewany. bardziej normalne byłoby gdyby przyśnił się jej prezydent zjednoczonych emiratów arabskich, o którego istnieniu nawet nie miała pojęcia. a co było w owym śnie najgorsze? to, że wcale nie czuła się z nim źle. ani z nim, ani w nim. pasowałaby jej taka sytuacja. pasowałby mały powrót do przeszłości. i pewnie dlatego cały dzień kłębiły się w jej naiwnej główce mętne wspomnienia. wspomnienia i pytanie 'co by było gdyby?'. no właśnie. co by było?
teraz ta rozmowa.
sama nie wie dlaczego napisała. po prostu. po lewej stronie facebook'a pojawiło się to czarno-białe zdjęcie. pamiętała je. dokładnie pamiętała jak kiedyś nią wstrzasnęło, jak wywróciło wszystko do góry nogami. kliknęła. wyskoczyło okienko rozmowy. 'co mi szkodzi? teraz jestem przecież bezpieczna' pomyślała i wystukała na starej klawiaturze na pozór zwyczajne 'dobry wieczór'. odpowiedź była błyskawiczna. błyskawiczna i jak zawsze błyskotliwa. zresztą - cała rozmowa była błyskotliwa. i pewnie dlatego tak bardzo lubiła te rozmowy. to nic, że prowadząc je tańczyła nad przepaścią, balansowała na krawędzi. w każdej chwili mogła spaść. znów runąć na ziemię. z hukiem. z przerażającym BUM. to nic, naprawdę.
i znów pojawiło się pytanie. 'co by było gdyby?'. no właśnie. co by było?
powroty do przeszłości są przyjemne. przyjemne ale ryzykowne. potrafią nieźle zachwiać teraźniejszością. a tego teraz nie chcę...
bez łez i złudzeń, i bez prawa veta.
między językiem a śliną.
między pierwszym skurczem a dobrym dreszczem.
gdzieś między karą a winą.
hej, po co ten płacz?
hej kobieto! po co ten płacz?
między językiem a śliną.
między pierwszym skurczem a dobrym dreszczem.
gdzieś między karą a winą.
hej, po co ten płacz?
hej kobieto! po co ten płacz?
poniedziałek, 14 lutego 2011
kompromisy.promisy.
zaczęło się. nie musiałam długo czekać. już czuje jak chwieją się fundamenty. trzymam je. trzymamy je razem, ale wiem, że porażka to tylko kwestia czasu. wszystko runie, znów posypie się całe moje banalne wnętrze. (...)
coś chwyta mnie za gardło i przyciska do zimnej ściany. drwi ze mnie, spogląda mi głęboko w brązowo-zielone oczy. widzi swoje odbicie i śmieje się. przeraźliwie się śmieje. próbuję się wyrwać, ale sprawiam sobie jeszcze większy ból. nie liczę już łez. straciłam rachubę po 64. odwracam głowę. pech chciał, że stoi tam lustro. widzę swoje przerażone spojrzenie i nagle dociera do mnie jak bardzo jestem żałosna. godna politowania. nawet nie potrafię dotrzymać obietnicy, którą dałam samej sobie. nawet ze sobą nie potrafię być fair. nawet ze sobą idę na kompromis. nawet sobie niszcze życie.
coś chwyta mnie za gardło i przyciska do zimnej ściany. drwi ze mnie, spogląda mi głęboko w brązowo-zielone oczy. widzi swoje odbicie i śmieje się. przeraźliwie się śmieje. próbuję się wyrwać, ale sprawiam sobie jeszcze większy ból. nie liczę już łez. straciłam rachubę po 64. odwracam głowę. pech chciał, że stoi tam lustro. widzę swoje przerażone spojrzenie i nagle dociera do mnie jak bardzo jestem żałosna. godna politowania. nawet nie potrafię dotrzymać obietnicy, którą dałam samej sobie. nawet ze sobą nie potrafię być fair. nawet ze sobą idę na kompromis. nawet sobie niszcze życie.
***
nauczyłam się już, że nie na wszystkich płaszczyznach można czuć się szczęśliwym w jednym czasie. wiem o tym, a ciągle czuję się rozczarowana kiedy mnie to spotyka.
dobrze, że znów mam możliwość ucieczki z tego świata. 4 dni. w ciągu 4 dni może zdążę odbudować to co straciłam...
nauczyłam się już, że nie na wszystkich płaszczyznach można czuć się szczęśliwym w jednym czasie. wiem o tym, a ciągle czuję się rozczarowana kiedy mnie to spotyka.
dobrze, że znów mam możliwość ucieczki z tego świata. 4 dni. w ciągu 4 dni może zdążę odbudować to co straciłam...
sobota, 12 lutego 2011
czwartek, 10 lutego 2011
repertuar kina sumienie.
słabo mi. kręci mi się w głowie. jakaś siła napiera mi na skronie. zaraz rozsadzi mi czaszkę. przed oczami ciemno. nic, tylko czerń. nieznośna i jakże uboga w swojej prostocie. dławię się własną śliną. to śmieszne, wytwór mojego ciała próbuje mnie zabić, unicestwić. od środka coś napiera na klatkę piersiową. słyszysz jak trzeszczą mi żebra? pękają. pękają jedno po drugim a ja... a ja zaszywam usta, zamykam umysł i boję się spytać 'czy to wyrzuty sumienia?'.
zwymiotowałam serce. biło, słabo, słabo, coraz słabiej, ale wciąż biło. lewy przedsionek ociągając się kurczył się rytmicznie. wzięłam je do ręki i rzuciłam nim o ścianę.
słońce nieśmiało wdzierało się przez niedociągnięte rolety. pies szczekał na jakiegoś przechodnia. pościel wciąż była ciepła. komoda stała pod ścianą. wasze zdjęcia wisiały tam gdzie ostatniego wieczoru. i nawet zadzwonił budzik.
zwymiotowałam serce. biło, słabo, słabo, coraz słabiej, ale wciąż biło. lewy przedsionek ociągając się kurczył się rytmicznie. wzięłam je do ręki i rzuciłam nim o ścianę.
słońce nieśmiało wdzierało się przez niedociągnięte rolety. pies szczekał na jakiegoś przechodnia. pościel wciąż była ciepła. komoda stała pod ścianą. wasze zdjęcia wisiały tam gdzie ostatniego wieczoru. i nawet zadzwonił budzik.
***
znów wchodzisz we mnie drgawką
a serce więzione w przyciasnej
klatce żeber - martwieje.
znów ostrzem twardej mowy
ćwiartuję bezmyślnie, w afekcie
twą wrażliwość - boleśnie.
(z szymborskiej na nosowską. chwilowo)
cztery i pół objęcia na metr kwadratowy.
a serce więzione w przyciasnej
klatce żeber - martwieje.
znów ostrzem twardej mowy
ćwiartuję bezmyślnie, w afekcie
twą wrażliwość - boleśnie.
(z szymborskiej na nosowską. chwilowo)
cztery i pół objęcia na metr kwadratowy.
poniedziałek, 7 lutego 2011
cichaj.
czasami człowiek znajduje się w stanie, którego nigdy wcześniej nie znał. stąpa wąskimi ścieżkami po nowym lądzie i bacznie obserwuje jak zmienia się wszystko wokół. poznaje każdy zakamarek, odkrywa nowe smaki, zapachy. zachłannie wciąga powietrze. chce zapamiętać ten świat jak najdłużej, już zawsze mieć go w pamięci. 'powoli, spokojnie, nie tak szybko, bo jeszcze się udusisz!' jakiś głos krzyczy w mojej głowie. siadam w turkusowym fotelu, biorę do ręki kubek z wiśniową herbatą i oddycham. wdech i wydech. wdech i wydech. wdech i wydech... 'udusisz' dudni mi ciągle w uszach.
naprawdę dawno nie było we mnie tyle szczęścia. odkrywam powoli coś, z czego zdefiniowaniem zawsze miałam mnóstwo kłopotów.
naprawdę dawno nie było we mnie tyle szczęścia. odkrywam powoli coś, z czego zdefiniowaniem zawsze miałam mnóstwo kłopotów.
tylko jak długo uda mi się zdusić w sobie to dudnienie?
czwartek, 27 stycznia 2011
only. ONly.
pamiętasz?
była wiosna. śnieg topniał, rodziło się życie.
pamiętasz?
było lato. słońce świeciło, morze szumiało.
pamiętasz?
była jesień. liście spadały, padał deszcz.
pamiętasz?
zima też była. było zimno, przed domem stał bałwan.
pamiętasz? nie pamiętasz.
nie pamiętasz.
siedziałam na werandzie, noce były już ciepłe. naiwnie uśmiechałam się do gwiazd.
nie pamiętasz.
leżeliśmy na plaży. robiłeś zdjęcia. jedno stoi na komodzie... lubię na nie patrzeć.
nie pamiętasz.
lało jak z cebra. wbiegłam mokra do Twojego mieszkania. nie odróżniłeś łez od kropli deszczu.
nie pamiętasz.
zmroziłeś serce i usta. moje serce i moje usta. pstryknąłeś palcami i już Cię nie było.
ale przecież Ty niczego nie pamiętasz.
będę pamiętać za nas dwoje, nie martw się.
***
właściwie to korybut miał wyjechać z niejaką Niewielką na urlop nad morze, ale ciężko się nam rozstać. i mimo, że znów zaczynam sobie układać życie, zawsze wpadnę z jakimś słowem. może nawet dwoma?
była wiosna. śnieg topniał, rodziło się życie.
pamiętasz?
było lato. słońce świeciło, morze szumiało.
pamiętasz?
była jesień. liście spadały, padał deszcz.
pamiętasz?
zima też była. było zimno, przed domem stał bałwan.
pamiętasz? nie pamiętasz.
nie pamiętasz.
siedziałam na werandzie, noce były już ciepłe. naiwnie uśmiechałam się do gwiazd.
nie pamiętasz.
leżeliśmy na plaży. robiłeś zdjęcia. jedno stoi na komodzie... lubię na nie patrzeć.
nie pamiętasz.
lało jak z cebra. wbiegłam mokra do Twojego mieszkania. nie odróżniłeś łez od kropli deszczu.
nie pamiętasz.
zmroziłeś serce i usta. moje serce i moje usta. pstryknąłeś palcami i już Cię nie było.
ale przecież Ty niczego nie pamiętasz.
będę pamiętać za nas dwoje, nie martw się.
***
właściwie to korybut miał wyjechać z niejaką Niewielką na urlop nad morze, ale ciężko się nam rozstać. i mimo, że znów zaczynam sobie układać życie, zawsze wpadnę z jakimś słowem. może nawet dwoma?
sobota, 22 stycznia 2011
czwartek, 20 stycznia 2011
again and again
świat zatańczył na rzęsach. siedzieli obok siebie. zgrabnie obrócił się w perfekcyjnym piruecie. drżała a on nerwowo pocierał dłonie. potknął się, zachwiał. łzy zaszkliły jej oczy. upadł. starannie ważyła każde słowo. jednak szybko się podniósł i znów tańczył w całej swej okazałości. nie chciała powiedzieć za dużo...
... jednak słowa same wyrywały się z gardła. mówiła i mówiła a on słuchał i wszystko jej tłumaczył. znów doszli do porozumienia. 'zagrajmy w naszą grę według nowych zasad'. i poszli, bo przecież nie mogła spóźnić się na autobus. ah, jaki to był piękny taniec.
poczułam dzisiaj ulgę. ulgę, której potrzebowałam od kilku miesięcy. nareszcie mogę powiedzieć, że jest dobrze!
... jednak słowa same wyrywały się z gardła. mówiła i mówiła a on słuchał i wszystko jej tłumaczył. znów doszli do porozumienia. 'zagrajmy w naszą grę według nowych zasad'. i poszli, bo przecież nie mogła spóźnić się na autobus. ah, jaki to był piękny taniec.
poczułam dzisiaj ulgę. ulgę, której potrzebowałam od kilku miesięcy. nareszcie mogę powiedzieć, że jest dobrze!
***
Śmieję się, przechylam głowę
ostrożnie, jakbym sprawdzała
wynalazek. Tańczę, tańczę
w zdumionej skórze, w objęciu,
które mnie stwarza.
ostrożnie, jakbym sprawdzała
wynalazek. Tańczę, tańczę
w zdumionej skórze, w objęciu,
które mnie stwarza.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




