środa, 30 listopada 2011

nie wiem. po prostu nie wiem. 
niewiedza stała się moją osobistą katastrofą.
potrzebuję spowolnienia tętna.
natychmiast, na gwałt, na spokój, na ciszę. 
na chwilę. przez chwilę. 
nie uciekaj.

niedziela, 27 listopada 2011

bosa na niepewnym gruncie. żarzące się wyrzuty sumienia parzą stopy. rozbiła się o ciemną ścianę pewność siebie i ciemnym strumieniem spływa na dziurawą podłogę. ciągnę taczkę pełną niespełnionych życzeń. niewielki, prywatny koszmar na jawie. i pomyśleć, że mógłby się skończyć gdyby ktoś dał mi na imię 'determinacja'.

***

w mojej głowi narodził się morderca.
znów staję przed ciężkim wyborem
ofiary.
morderca - samobójca.
i Bóg jeden wie co jeszcze.

środa, 23 listopada 2011

bajka.

zawalił się sufit. stoi szary, pusty dom bez dachu. podłoga, ściany i wybite okna. i dziura w miejscu drzwi. na pozornie nowej sofie gniją dawne historie. obumiera ich cienka skóra i obrzydliwie odłącza się od sczerniałych szkieletów. krzywo wisi na ścianie wyblakły obraz. w kącie sukienka. w sukience kobieta. a sukienka podarta i w kwiaty. chowa w niej połamane paznokcie, poranione dłonie. szare oczy martwo wbite w okurzoną podłogę - jak głowy gwoździ górujące nad drewnianym parkietem. w gwoździach jednak więcej jest blasku. ogień wygasł - popiół czy diament? nikt już nie wie. a ona stoi. stoi. stoi. przez dzień, tydzień, może miesiąc. wieczność stała się jakby bliska i nadzwyczaj niegroźna. zapowiedź końca stała się początkiem. początkiem bajki, której nie opowiada się dzieciom przed snem. 


- źle patrzy się na takie kobiety. ale skoro nie można im pomóc, to wypada chociaż patrzeć. nie pożegnam się bez 'do widzenia'. 


i poszedł. poszłam. poszliśmy. poszli precz. a ona została.

niedziela, 20 listopada 2011

pod kocem utkanym z ciemnych stratusów nocy - niepewność. 
spierzchnięte wargi pod uciskiem perłowych kajdan. 
błyszczące bursztyny w przegranej walce z bezkresnym morzem. 
czarna kurtyna opiewająca zwycięstwo. 
drżące mięśnie. 
nieustający tętent rozsadzający klatkę. 
i huczał na górze cyklon nie do opisania. 
iskra. płomień. pożar. POŻAR. 
niepohamowany.
wypalona niepewność i pragnienie na jej miejscu.
oswobodzone wargi otulone ciepłem. 
bursztyny zatopione w morzu. 
szalejące zmysły i gęsia skórka - 
od nieba po samą szyję. 
biodro, plecy, trochę niżej, trochę wyżej. 
splecione palce. podróż po nieznanym lądzie. 
niczym Kolumb w Nie-Ameryce. 
jeden, nie dwa. 
i godzina. 
jedna. druga. tak do czterech. 
a świt bez czerwonych maków na białym dywanie.




stałam się kobietą o którą kiedyś pytała Madonna Małgorzata. kobietą o której nie piszę się powieści i nie kręci filmów. kobietą, która broni się rękami i nogami przed słonym deszczem niosącym zapowiedź końca. bo wbrew wszelkim oczekiwaniom - chce być taką kobietą. 

sobota, 19 listopada 2011

oddaję dziś korybuta w ręce Małgorzaty, która nie jest Madonną, a jedynie Hillarem. z większą gracją oddaje wszystko to, czego ja dziś nie potrafię ubrać w słowa.


pod dotknięciem 
płonącej zapałki
twoich palców
wybucha płomień 
tak gwałtowny
jakby w samym piekle
się narodził 

niepohamowany 
wciska się
w najdrobniejsze szczeliny
pod paznokcie 
pod powieki

żywioł
nie do ujarzmienia
huczy
pod gorącym niebem 
skóry

jeszcze chwila
a rozsadzi
zaciśnięte źrenice
i wybuchnie
oszalałe morze pożaru

jeszcze chwila
a rozerwie 
niebieskie strumienie
nerwów
i zacznie się
potop ognia

jeszcze chwila
wtedy zanurzasz się
we mnie 
jak w płonącej rzece


wtorek, 15 listopada 2011

pseud-nim.





obracam się wśród pseudo-mężczyzn, bardziej podobnych do kobiet niż do siebie samych. z wystylizowaną fryzurą, oplatających cherlawe ciała modelami z najnowszych kolekcji sławnych projektantów. obwieszonych świecidełkami po czubki rzęs, a przecież nie czas jeszcze na święta... wśród pseudo-uśmiechów, skrywających najgorsze obelgi kierowane pod moim adresem. Twoim też. i jej. i jego. wszystkich razem i każdego z osobna. gdzieś pomiędzy pseudo-szczerością i pseudo-kłamstwem pseudo-kobiety patrzą na mnie z perspektywy niebotycznych szpilek. pseudo-świat w toksycznym związku z pseudo-ludźmi. i pseudo-miłość na każdym skrzyżowaniu, idąca w parze z nie-pseudo(niestety)-naiwnością. niesamowicie okrutny widok. a boli jeszcze bardziej gdy zdasz sobie sprawę, że przecież i Ciebie może dotknąć ta zaraza. Ty też możesz być pseudo-sobą. pseudo-człowiekiem. pseudo. pseudo. p  s   e   u   d   o. o. o.
ale dopóki masz sumienie, a poczucie winy daje o sobie znać zaciskając kościste, zimne, sine palce na wątłym sercu to możesz czuć się bezpiecznie. odetchnij pełną piersią bo udało Ci się zachować resztki człowieczeństwa. bo jesteś prawdziwy i chociaż cierpisz, pozostajesz sobą. doceń to korybucie, doceń to.




chociaż jest mi ostatnio dobrze, to wciąż nie potrafię doprowadzić się do porządku. permanentny chaos, nieustająca walka. i czerwone maki na białym dywanie.

nie wypada nie posłuchać.

czwartek, 10 listopada 2011

nozdrza pulsowały gęsto pochłaniając dobrze im znany, kojący zapach. otulałam się nim jak grubym, kolorowym szalikiem. grzał mnie. grzał mnie od wewnątrz. wypędził poczucie pustki, na miejscu, którego znów pojawiła się nadzieja. może, nie wszystko stracone? może przeszłość wróci i będzie teraźniejszością. może niedługo znów położysz mi na kolanach trochę udawanej zazdrości, trochę uśmiechu, garść przyjemnych wieczorów. może ubierzesz mnie w sukienkę uszytą z przyjemnych rozmów ozdobioną promieniami słońca. może ubrudzimy usta słodką kruszonką i śmiejąc się do siebie oddamy nasze ciała niegroźnym żywiołom.
zaczynam w to wierzyć. czyżby naiwnie?

niedziela, 6 listopada 2011

ulewa. nie deszczyk, nie mżawka. ogromna ulewa, niczym szumiący wodospad. i w dodatku szeleszczące liście. trochę wiatru, dużo słońca. dzikie konie galopujące po spokojnych dolinach. tętent kopyt, dwa parsknięcia na metr kwadratowy. ona i on. może tango, może walc. kilka drgnięć strun. i ani to kontrabas, ani wiolonczela. garść zapachów, szczypta smaków. jakiś film. chyba czarno-biały. stary. lata 20' czy 30'. wysoki kok, szykowne pantofle i rudy kot na chudych kolanach. jasna skóra, błyszczące oczy. ogromny błękit i turyści na plaży. dołek. jeden a zaraz za nim drugi. bez łopaty. mężczyzna z papierosem na przejściu dla pieszych. ciepło. dużo ciepła. kilka uderzeń. jak w zegarku. a może jak do drzwi? gdzieś gra gramofon. trzaska trochę, zakłócając the beatles. spojrzenie. śmiałe. przyjemne. dreszcze. robi się zimno. wieczór oblewa małe domy. i świerszcz gdzieś nieznośnie gra pod płotem. 


a wszystko w mojej chorej głowie.

wtorek, 1 listopada 2011

do K.

od rana próbuję się odpowiednio ubrać w słowa. przymierzam sukienki z przyimków i epitetów bo bardzo chce Ci się spodobać, ale żadna nie leży dobrze. dlatego dziś prosto, bez metafor, zawiłych zdań i trudnych niedomówień napisze jedno: dziękuję Ci. czarujesz dla mnie wiosnę tej jesieni. ciesze się, że jesteś K.