są rzeczy, o których nie chcemy wiedzieć. zaciskamy dłonie na małżowinach i odcinamy jakikolwiek dopływ fal dźwiękowych, żeby uchronić się przed prawdą. przed NIEwygodną prawdą. bo bądźmy szczerzy - prawda zazwyczaj nam nie odpowiada. wolimy karmić się złudzeniami i udawać, że nic się nie dzieje, że wszystko jest w porządku. że kawa nie jest za mocna a zupa przesolona. takim sposobem unikamy rozmów, kłótni, wyborów i trudnych sytuacji. omijają nas uderzenia gorąca, zawroty głowy i niekontrolowane palpitacje serca. ale to nie jest dobre wyjście. przecież od przesolonej zupy może rozboleć nas brzuch, a od zbyt mocnej kawy radykalnie skacze ciśnienie. to też ciągnie za sobą konsekwencje. to też doprowadza nas do bólu. dlatego nie ma różnicy jaką drogą wybierzemy. nie ważne czy zrobimy z siebie głuche kalekie istoty, czy też stawimy czoła prawdzie. zawsze będzie bolało. bolało, kuło, drapało, gniotło, piekło, swędziało, paliło, dusiło, męczyło, gryzło, rozbijało. bo na tym cholernym świecie nie da się zrobić nawet jednego kroku bez łzy bólu. mojej, Twojej, jej czy jego. nie ważne czyjej. po prostu się nie da.
dlatego nie będę dzielna i odważna. nie otworzę uszu na to, czego nie chce usłyszeć. skoro mam cierpieć to wybieram prostszą drogę. i tak, masz rację, jestem tchórzem.
niedziela, 31 lipca 2011
środa, 27 lipca 2011
poniedziałek, 25 lipca 2011
who knows?
nie wiem dlaczego jesteś zły. dlaczego oglądasz wschody, ale nie zostajesz na zachodach. dlaczego nie pijesz kawy, chodzisz po pokoju kiedy myjesz zęby, nie sznurujesz butów, słuchasz wszystkiego i niczego, a Twoja głowa nigdy nie patrzy pod nogi. nie wiem też jaki jest twój ulubiony film, gdzie poznałeś swoją pierwszą miłość, czy spełniasz marzenia, czy lubisz lody czekoladowe i jak wspominasz dzieciństwo. tak naprawdę nic o tobie nie wiem. otwierasz przede mną drzwi, ale nie pozwalasz mi wyjść z korytarza. nie chce całe życie siedzieć na brzozowej szafce z butami i zastanawiać się co kryje się za drzwiami do salonu, kuchni czy sypialni. daj mi szansę. pozwól mi tam wejść. na chwilę, na moment nie dłuższy niż uderzenie serca, niż przelotne spojrzenie. nic nie ryzykujesz, przecież i tak nie zostanę. masz pewność, że wyjdę i prawdopodobnie już nie wrócę.
chyba, że złapiesz mnie za rękę
i zapytasz czy nie mam może
ochoty na herbatę.
środa, 20 lipca 2011
znasz to uczucie, gdy czekasz na coś z zapartym tchem? gdy zrywasz kartki z kalendarza i odliczasz dni? gdy wiesz ile sekund dzieli cię od tego uśmiechu? gdy myślisz tylko o jednym i nie potrafisz skupić się na niczym innym? gdy każda komórka twojego ciała szaleje na samą myśl o tym, że masz to na wyciągnięcie ręki. że to jest o krok, o włos, o uderzenie serca od ciebie? znasz euforię, która temu towarzyszy? dobrze. to teraz wyobraź sobie, że nagle odebrano ci to wszystko. brutalnie oświadczono, że nic się nie wydarzy. że najgorszy scenariusz trafia właśnie do realizacji i nic nie możesz zrobić. nic poza wbijaniem paznokci w rumianą skórę, sznurowania warg i potoku łez. nic więcej. cholerna, głucha bezradność. wyobraź to sobie i pomyśl co byś czuł. a kiedy już będziesz wiedział, to miej świadomość, że właśnie takie uczucie chwyta mnie teraz za gardło.
prawdopodobnie ogłoszę niedługo mój prywatny koniec świata.
prawdopodobnie ogłoszę niedługo mój prywatny koniec świata.
czwartek, 14 lipca 2011
na co?
nie lubię czekać. nie cierpię kiedy tak nieznośne, rytmiczne tykanie zegara jeży małe włoski na opalonym karku. nie cierpię być zależna od czasu. ograniczona. jak ptak w klatce. bez możliwości oszustwa. bez jakichkolwiek możliwości. mogę tylko siedzieć i czekać. wyglądać przez okno, czytać poezję, wlewać w siebie zieloną herbatę i puste słowa alternatywnych artystów. tyle mi wolno. takie udogodnienia za dobre sprawowanie. trzeba nagrodzić dobrego więźnia, żeby nie sprawiał problemów. mogę też przejawiać jakieś wyższe stany. uniesienie, podniecenie czy gwałtowne kołatania serca na widok Twojego uśmiechu. mogę. tego nikt nie może mi zabronić, ale stanowczo to odradzają. podobno to niczego nie ułatwia. ale lubię być przekorna. buntować się wtedy, kiedy da mi się pole do popisu. tylko, czy mówiłam już, że nie lubię czekać? nie lubię czekać, zwłaszcza wtedy, gdy nie wiem na co czekam. gdy nie wiem co może się wydarzyć. gdy nie wiem, czy dostanę to czego pragnę każdym zakamarkiem swojej wątłej psychiki. gdy nie wiem czego się spodziewać. tak bardzo nie lubię czekać...
...czekać na Ciebie.
sobota, 9 lipca 2011
tylko raz.
pamiętam ten wieczór. zdjęłam buty i bosymi stopami penetrowałam wciąż ciepły piasek. usiedliśmy na drewnianym molo. czułam na łydce Twoją ciepłą skórę. rozszerzaliśmy nozdrza i zachłannie wdychaliśmy morskie powietrze. a klatki żeber gęsto pulsowały pod lekkimi ubraniami. czułam jak optymizm rozsadza mi błękitne żyły, jak wylewa się karykaturalnymi ustami, jak błyszczy w oczach. siedziałam i patrzyłam na Ciebie. a Ty narysowałeś mi na piasku choinkę i zapytałeś czy mam ochotę na boże narodzenie. miałam. na wielkanoc i sylwester również. i w ciągu jednej nocy minął rok. i choć postarzał nas o 365 dni - był jednym z najlepszych w moim korybutowym życiu. dobrze było Cię poznać, K.
środa, 6 lipca 2011
bułgaria 30.06.11
odarta z trzeźwego myślenia, nieprzyzwoicie naga, tu i teraz postanawiam wziąć się w garść i stawić czoła swoim koszmarom. nie wiem czy po to by udowodnić, że istota zrodzona z perłowego żebra Adama może być silna i nieugięta, czy po to by uwierzyć w siebie. czy może po to by nauczyć się pływać w bezkresnym błękicie. naprawdę nie wiem. ale powód nie gra tu pierwszych skrzypiec. najważniejsze jest dopuszczenie do siebie świadomości, że mogę wszystko, że przecież potrafię być panią swojego życia. jestem kobietą. już w Raju dostałam od Boga wachlarz możliwości. wystarczy wybrać odpowiednią. przecież to takie proste. ale coś łapie mnie za gardło i rozwiewa pewność. gdzieś pod żebrami, w okolicach mostka, w prawym przedsionku, tuż pod zastawką sam Bóg zasiał małe ziarno strachu, które kiełkuje i oplata od wewnątrz każdy organ. bo co jeśli okaże się, że wszystko na nic? że nic nie wskóram? że narażę swoje wątłe ciało na cios a koszmary i tak pozostaną koszmarami o niebieskich tęczówkach i sprężystych łydkach? co wówczas? przecież nie jestem dzielnym rycerzykiem w żelaznej zbroi. jestem tylko kobietą. istotą z perłowego żebra Adama. mam kruche kości.
wtorek, 5 lipca 2011
bułgaria 29.06.11
korybut nie spał nawet na wakacjach, w tak odległym miejscu jak Bułgaria. wszystko to co się tam urodziło pojawi się też i tu.
***
mogłoby się wydawać, że nocne koszmary nie są w stanie nękać nas na naszym prywatnym końcu świata. że tam jesteśmy bezpieczni, że nie musimy się niczego bać. dlatego uciekamy jak najdalej, do miejsc najcichszych, najgłośniejszych, najciemniejszych, najjaśniejszych, najmniej lub najbardziej zaludnionych. to co tam robimy zależy od postaci jaką przyjmą nocne zjawy. 'gryziemy z bólu ręce, umieramy z miłości', leczymy, ranimy, zabijamy, wskrzeszamy, upijamy się wzburzonymi falami, dławimy krystalicznym powietrzem, walczymy z wiatrakami. mamy wybór, wolną rękę. jesteśmy panami samych siebie. ale nikt z nas nie spodziewa się, że koszmary mogą nas przechytrzyć. nikt nawet nie przypuszcza, że często podążają za nami krok w krok spędzając nam sen z wątłych powiek. ja również się tego nie spodziewałam. uciekłam na swój koniec świata z nadzieją, że zostawiam za sobą wszystko co sprawia, że boli, że zimno, że cicho, że łzy, że strach, że apokalipsa. nie myliłam się. uciekłam od dawnych koszmarów. ale tutaj dopadły mnie nowe. zakradły się, podtopiły błękitem tęczówek, otoczyły sprężystymi łydkami, zaczarowały (nie)szczerym uśmiechem. wdarły się do mojej chorej głowy i nie zamierzają jej teraz opuścić. znów staje się emocjonalną kaleką. znów kładę się spać by zbudzić się z krzykiem. znów boję się nocy. jestem na swoim końcu świata, sam na sam z moimi koszmarami. nowymi, starymi i nienarodzonymi.
Subskrybuj:
Posty (Atom)