związano mi ręce. zasznurowano usta. skrępowano ciało i wrzucono w ciemny, wilgotny kąt przesiąknięty stęchlizną. jestem więźniem z egzekucją na karku, któremu odmawia się najmniejszych nawet uciech. strach i romantyzm wypełniający błękitne żyły skazują mnie na wieczną samotność. zresztą - nie tylko mnie.
czasami bezwiednie trzepoczę rzęsami z nadzieją, że ktoś się zlituje. wyjdzie mi na przeciw. uratuje. a przecież to idiotyczne. kto dziś zwraca uwagę na takie drobnostki? nikt już nie widzi subtelnych sygnałów wysyłanych z nadzieją w eter społeczeństwa. liczą się tylko spektakularne, odważne posunięcia. na skalę hollywood. albo i większą. a co z przelotnym spojrzeniem? zarumienionym policzkiem? zalotnie uniesionym kącikiem ust i błyszczącymi tęczówkami? nie mają znaczenia? nie odczytujemy już drobnych wskazówek. chcemy aby krzyczano do nas głośno i wyraźnie. zapominamy o drobnych, delikatnych emocjach. zapominamy jak i za co się kocha.
może jestem staromodna. może nie rozumiem filozofii pędzącego świata. nie dostrzegam w tym wszystkim metody. być może. ale uparcie będę marzyć o ciepłym, kojącym uczuciu, które zmyje całą tętniącą złość.