przychodzisz do mnie i siadasz na skraju łóżka. czuję Twoją obecność. krok za krokiem, z oddechem na karku przechodzę po brzozowych panelach. i pamiętam, że tu byłeś. gdzieś w prawym kącie wciąż czuję Twój zapach i naprawdę nie wiem czy to nie urojenia. zamykam oczy. widzę deszcz, park i nas oblanych szczęściem. ciepło mi. w żołądku zaciskają się nieczule knykcie. poczucie winy depcze mi po piętach. a Ty wciąż jesteś. za rogiem, na przejściu dla pieszych, w kolejce po świątecznego karpia. ale już nie mój. już nie patrzysz na mnie. obdarowałeś mnie czymś, czego nie znajdę do końca życia. i odepchnęłam Cię. nie rozumiejąc niczego pozwoliłam nam więdnąć. a teraz zabijając się, z sekundy na sekundę coraz brutalniej, planuje nam przyszłość. i choć wiem, że to szklane domy na fundamentach z mydlanych baniek, nie umiem przestać. wciąż rozdrapuje stare rany w nadziei, że wrócisz i ukoisz mój ból. że wrócisz i pozwolisz mi naprawić nasze uczucia. pozwolisz mi kochać się od nowa. tym razem całym sercem. daj mi szansę. ostatnią.
naprawdę nie myślałam, że rany z przeszłości tak długo mogą broczyć karminową krwią. nie wiedziałam też, że jestem w stanie odczuwać tak silną tęsknotę. nie zdawałam sobie sprawy, że to przy Tobie chciałabym stawiać ostatnie kroki. bądź zdrów i śpij dobrze mój drogi M. ja będę cierpieć za nasze grzechy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz