niedziela, 31 marca 2013

sto lat.

kiedy byłam mała, mama zawsze powtarzała mi, że wszystko będzie zrozumiałe kiedy dorosnę. ufnie, pokornie kiwałam loczatą jeszcze główką, wkładałam za duże szpilki, chwytałam wózek i biegałam za czarno-białym kotem po całym ogrodzie. stroiłam się w kolorowe sukienki i urządzałam bale dla pluszowych niedźwiedzi. siadałam na mocnych kolanach taty i czułam się najszczęśliwsza na ziemi. beztrosko. ciepło. błogo. 
i dorosłam. 20 lat - brzmi dumnie. już nie 'naście' i Bogu dzięki, że jeszcze nie 'dzieści'. dorosłam, może spoważniałam. ale poza tym niewiele się zmieniło. szpilki nadal spadają mi z małych stóp. kot wciąż leniwie wyleguje się w promieniach słońca. a tata nadal jest najważniejszym mężczyzną w moim życiu. i tak samo jak 15 lat temu niczego nie rozumiem. nie potrafię odnaleźć sensu w tym, że ludzie przychodzą, zmieniają nasze życie i brutalnie z niego znikają. nie wiem dlaczego popełniam błędy prowadzące do wyrzutów sumienia i przepłakanych nocy. nie jestem ani mądrzejsza, ani mniej naiwna. rozczarowuje mnie życie. gram nie rozumiejąc zasad. potykam się. czasem upadam. a czasem wywracam innych. kocham, nie wiedząc, że kocham. odchodzę, ale chcę wrócić. i niby wszystko ma jakiś sens. niesie jakąś naukę. a ja  wciąż nie dorosłam jeszcze na tyle, żeby to zrozumieć. czyżby wszystko za kolejne 20 lat?

i w całym tym szaleństwie i obłędzie są ludzie. ludzie, którzy przyszli i nie odchodzą. trzymają mnie za ręce. stawiają na nogi. kochają i pozwalają się kochać. i tak przez 20 lat. największy powód do radości w tym całym ambarasie. 

***
20 urodziny to czas na refleksje. kończy się pewien etap i zmienia postrzeganie rzeczywistości. nie jestem zgorzkniała, zepsuta i zimna. absolutnie nie! boli mnie tylko zawiłość tego świata.a dotarło to do mnie właśnie dziś - w dniu urodzin.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz