czwartek, 22 stycznia 2015

przychodzi taki dzień kiedy szczęścia i nieszczęścia Twoich bliskich spadają na Twoje kruche barki. i wiele jest takich dni. zazwyczaj przyjmujesz je z pokorą i albo cieszysz się w rytm ich uśmiechów, albo ocierasz gorzkie łzy powtarzając ciche 'będzie dobrze'. to Twoi ludzie, nie chcesz zostawiać ich samych sobie. potrzebują Cię, więc jesteś. słusznie.
ale ilu z nich spytało co u Ciebie? zauważyło zaszklone oczy? dostrzegło bledszy niż zazwyczaj uśmiech i wygniecione spojrzenie? ilu z nich wie, że nie masz już ochoty słuchać o wszystkich miłościach - szczęśliwych czy też nie - kiedy Twoja własna wciąż nie przychodzi. kiedy wieczorami zostajesz sam ze swoim pustym życiem, a w głuchocie uczuć huczy tylko mruczenie rudego kota. kiedy masz ochotę płakać i krzyczeć, że o kant rozbić to całe ich szczęście. ilu z tych ludzi, którzy na co dzień oddają Ci swoje radości i smutki wie, że wcale nie jesteś szczęśliwym człowiekiem?
otóż - nikt. nie mówisz o tym, nie poruszasz trudnych tematów - nie ma problemu. nie trzeba się interesować. i tak, to Twoja wina. bo o smutku trzeba mówić, wylewać. i pod żadnym pozorem nie dusić w kruchym sercu. nikt na siłe nie będzie go w Tobie szukał. nikt.

***

ludzie przychodzą i odchodzą. zdecydowane więcej jest tych drugich. ciężko znosi się takie nieme, angielskie ucieczki. i ciężko żyje się z myślą, że coraz mniej mamy obok siebie oddanych przyjaciół. kilka zim temu wierzyłam, że przyjaźń to najtrwalsze spoiwo. trwalsze nawet od miłości. jak bardzo potrafię się mylić...

***

jeszcze dwa miesiące i moje magiczne 21 wzrośnie o kolejny rok. i pierwszy raz od tych 21 lat nie mam ochoty obchodzić swoich urodzin. kolejny rok wszyscy - szczerze lub niekoniecznie - będą życzyć mi szczęścia i miłości. a ja kolejny raz grzecznie podziękuję. i może nawet naiwnie uwierzę, że coś się spełni. a potem kolejny raz życie sprowadzi mnie brutalnie na ziemię. dziękuję, postoję. 

***

taką ponurą mam dziś głowę. podnieś mnie, podnieś. bo życie kolejny raz udowadnia mi, że można upaść jeszcze niżej.

3 komentarze:

  1. a ja znowu chcę napisać (bo tak czuję): mam tak samo jak Ty!
    to dziwne lub wręcz przeciwnie - całkiem normalne. bo to chyba znaczy, że ludzie się od siebie tak diametralnie nie różnią. a może właśnie się różnią, ale są pewne typy, kalki?
    co do bliskich, którzy patrzą tylko na siebie - ostatnio strasznie mnie ta kwestia uwiera. boli, że obijamy się o siebie i nie mamy czasu na prawdziwą rozmowę, na detoksykację mózgu i serca z niepotrzebnych, ciążących tam myśli i uczuć. może tak się dzieje, bo rozmowę traktujemy jako przelanie swoich smutków na kogoś innego? więc komu (lub czemu) tu się dziwić, że nie chcemy się nawazjem słuchać, skoro to skutkuje tylko dodatkowym obciążeniem i tak już niestabilnych nas.
    mam propozycję: zwołajmy tych naszych najbliższych, niech każdy powie, co go boli, potem zapiszmy we wspólnym zeszycie, który spalimy. wtedy problemy nie będą się przenosić z głowy na głowę, każdy wyjdzie oczyszczony i wysłuchany.
    wybacz, jeśli to brzmi jak sympozjum psychologiczne, ale ostatnio mam ochotę rozwiązywać wszystkie problemy świata, żeby wszyscy byli - jeśli nie szczęśliwi, to przynajmniej zadowoleni i nie przygnębieni ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. chyba po prostu ludzie myślą, że kiedy dzielą się z kimś problemem to im zostaje już tylko jego połowa. i to prawda, bo zawsze jest nam lżej. ale własnie brakuje tej wzajemności. najgorzej byc podporą dla kogoś kto nie jest nią dla Ciebie. ale chyba tak już ten świat będzie funkcjonował zawsze.
      pomysł z zeszytem mi się podoba! byłoby to piękne - zapisać wszystko, spalić i już nigdy o tym nie pamiętać :) może kiedyś trzeba się tego podjąć?

      a my w końcu naprawdę powinnyśmy porozmawiać przy kawie. o tych miłych rzeczach!

      Usuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń