kiedy byłam mała, mama zawsze powtarzała mi, że wszystko będzie zrozumiałe kiedy dorosnę. ufnie, pokornie kiwałam loczatą jeszcze główką, wkładałam za duże szpilki, chwytałam wózek i biegałam za czarno-białym kotem po całym ogrodzie. stroiłam się w kolorowe sukienki i urządzałam bale dla pluszowych niedźwiedzi. siadałam na mocnych kolanach taty i czułam się najszczęśliwsza na ziemi. beztrosko. ciepło. błogo. i dorosłam. 20 lat - brzmi dumnie. już nie 'naście' i Bogu dzięki, że jeszcze nie 'dzieści'. dorosłam, może spoważniałam. ale poza tym niewiele się zmieniło. szpilki nadal spadają mi z małych stóp. kot wciąż leniwie wyleguje się w promieniach słońca. a tata nadal jest najważniejszym mężczyzną w moim życiu. i tak samo jak 15 lat temu niczego nie rozumiem. nie potrafię odnaleźć sensu w tym, że ludzie przychodzą, zmieniają nasze życie i brutalnie z niego znikają. nie wiem dlaczego popełniam błędy prowadzące do wyrzutów sumienia i przepłakanych nocy. nie jestem ani mądrzejsza, ani mniej naiwna. rozczarowuje mnie życie. gram nie rozumiejąc zasad. potykam się. czasem upadam. a czasem wywracam innych. kocham, nie wiedząc, że kocham. odchodzę, ale chcę wrócić. i niby wszystko ma jakiś sens. niesie jakąś naukę. a ja wciąż nie dorosłam jeszcze na tyle, żeby to zrozumieć. czyżby wszystko za kolejne 20 lat? i w całym tym szaleństwie i obłędzie są ludzie. ludzie, którzy przyszli i nie odchodzą. trzymają mnie za ręce. stawiają na nogi. kochają i pozwalają się kochać. i tak przez 20 lat. największy powód do radości w tym całym ambarasie. *** 20 urodziny to czas na refleksje. kończy się pewien etap i zmienia postrzeganie rzeczywistości. nie jestem zgorzkniała, zepsuta i zimna. absolutnie nie! boli mnie tylko zawiłość tego świata.a dotarło to do mnie właśnie dziś - w dniu urodzin.
sobota, 23 marca 2013
chciałabym okłamać Ciebie i siebie. chciałabym wmówić nam, że mamy szanse. że wszystko się ułoży. że zapomniałam, a Jego już nie ma. naprawdę bym chciała. ale nie potrafię. bo On wciąż jest. wciąż paraliżuje zmysły. wciąż przysparza o palpitacje. wciąż drapie pod skórą. ogłupia. popycha do szaleństwa. i cudem sznuruje usta, żeby nie wykrzyczeć Mu w twarz, jak bardzo Go pragnę.
nie jestem dobrym kłamcą. musisz mi wybaczyć.
i wrócił M. na chwilkę, przelotnie. i znowu poczułam, że jeszcze gdzieś, i że jeszcze kiedyś.
stało się. coś niesamowitego, subtelnego gładzi rumiane policzki. rzuca się w oczy. łapie za dłonie. wplątuje we włosy cichy szept. i jest. ciepłe, pełne życia, nieśmiałe. tętniące nadzieją. staję w jego obliczu i nie wiem. zwyczajnie nie wiem. głowę wypełnia mi pustka, wszelkie mądrości uleciały w eter i czuję się głupsza niż zazwyczaj. miotam się. waham. pomrukuję, by się za to karcić. wypada? nie wypada? wyjścia są dwa. mogę dalej zatapiać się w rozpaczy rozciągniętych swetrów i przesłodzonej herbaty, zamykając się na świat. zamknąć oczy, zobojętnieć i więdnąć. ale mogę też zaryzykować. dać się poprowadzić. wziąć wszystko bez zbędnych pytań. bez rozważania za i przeciw. bo może to jedyna taka szansa? może niedoceniona przejdzie trzepocząc rzęsami przed moim zbyt dużym nosem i już więcej nie wróci. może to właśnie TO na co czekałam, do czego niedojrzale wzdychałam. kto nie ryzykuje ten nie ma, prawda? i tylko boję się, że będzie to kolejne kłamstwo w mojej kartotece. kolejne złamane serce na koncie. kolejna przepłakana historia nieszczęśliwych. tylko się boję.
niedziela, 10 marca 2013
i nagle dostrzegam wszystkie złe rzeczy, które dotychczas chowałeś pod silnymi ramionami. z miękkich warg ulatują grzechy. ciężkie i lekkie. ciepło uleciało w eter i pokryłeś się skazą. błękit tęczówek zmętniał i przygasł. straciłeś świętość. prysnął czar, pękła mydlana bańka. ale wcale nie mówię, że już nie lubię na Ciebie patrzeć. nie łudzę się, że będzie lepiej. nie skomlę. nie wyję. nie zaciskam powiek. nie sznuruję warg. daję ujście wszelkim emocjom. i boli. będzie bolało. ale nie ma powodów do paniki. do rozpaczy. jestem, tu i teraz, i wszystko przede mną. zamykam się w swoich czterech ścianach z mruczącym kotem u boku. dobrze mi. możesz odejść.