wiesz, to bardzo męczące, kiedy coś ciągnie się za mną bez końca. znika pozornie, ale zawsze wraca, nigdy w tej samej postaci. wracałam dzisiaj do domu i myślałam o tym. i nagle łzy zalały mi brązowo - zielone tęczówki, coś przydusiło krtań. poczułam ogromny głaz, który miażdżył mi płuca, napierał na kruche zebra i przerywał oddech. jakbym znalazła się w potrzasku. trafiła w ślepa uliczkę. ugrzęzła w klatce.
chciałabym przeczytać ostatnie zdanie tego rozdziału, zamknąć książkę i iść dalej. odejść i już nie wracać. nie spoglądać na okładkę. nie analizować bursztynowych wątków tamtej historii. czasami chciałabym nawet zapomnieć. zacząć od nowa, od zera. jak nowicjuszka - niczego nieświadoma. mieć przed sobą czystą kartkę. żyć w pustym pokoju, w którym mogłabym się poukładać. bo to tu tkwi problem, wiesz? ja nie potrafię się poukładać. nie umiem. w dodatku boję się, że stawiając chwiejne kroki w końcu się rozsypię. rozproszę. i już mnie nie będzie. i nikt nie będzie pamiętał, że istniałam. nie chcę tak po prostu, niezauważenie zniknąć. tak po prostu. i nie chcę, żeby tak bolało. i nie chcę, żeby było tak jak jest.
i wiesz Steve, lubię kiedy wpatrujesz się we mnie swoimi zielonymi, spokojnymi oczami i nic nie mówisz. milczysz i słuchasz jak mówię o tym, że nie cierpię miłości...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz