niedziela, 4 grudnia 2011

zima.

zmęczone bursztyny martwo wbite w drgający płomień. niespokojne ciepło przepływa kanałami wątłego ciała, wprost do kruchego serca. w głowie ciche, może nieprawdziwe 'what the world needs now is love, sweet love' i kilka przypadkowych klatek w chorej głowie, przy każdym mrugnięciu powieką. iluzja kilku wieczorów nieznośnie odciska się na skórze. w okolicy talii, delikatnie w kierunku bioder. i wbrew pozorom - to nic złego. spokój. cisza. upragniona. w końcu, nareszcie, na szczęście, na pozór?
i to przekonanie, że wszystko jednak przez czary. magię. klątwa zmieniła się w błogosławieństwo. przekleństwo stało się najlepszą drogą ucieczki, możliwością powrotu do życia bez wiosny. nie spodziewałam się, że przyjmę to w ten sposób. bez histerii, paniki, rozczarowania i złości. zima idealnie koi naiwne oparzenia gdzieś pomiędzy 5 a 6 żebrem. dlatego lubię zimę, ostatnio po prostu lubię zimę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz