czwartek, 5 lipca 2012

5 oblicz smutku.

IV 
depresja



w końcu przychodzi taki dzień, który przynosi cierpienie najgorsze z możliwych. opętane zmysły wyją z bólu, serce permanentnie pędzi jak oszalałe i zamiera na chwile. krew rozsadza cienkie żyły. zęby rzucają swoje kajdany na zapłakane usta. a puste tęczówki martwo wodzą po ścianie. rzeczywistość ciska w Ciebie piorunami swojej niesprawiedliwości. historia bzdur odbija się od głuchych ścian podświadomości. żyjesz, ale to powolne konanie doprowadza Cię do skrajnego szaleństwa. we krwi nie czujesz ciepłego słowa. ogarnia Cię lęk. strach. sztachety nocy uparcie biją Cię po wątłych plecach. bezdomni nadziei szczują psami. rozdzierasz gardło, wyjesz, skamlesz. nikt nie słyszy. nawet echo umarło. jesteś sam ze swoim ogromem żalu. bezradność bije Cię po twarzy, prawda pogardliwie wyszczerza żółte kły. upadasz na ziemię. i kulisz się w sobie. przeżywasz prywatną apokalipsę, armagedon. koniec świata depcze Ci po piętach i nie widzisz najmniejszej nawet szansy na przeżycie.






przejdzie. wszystko przechodzi. nawet największa miłość w końcu umiera. umierają przyjaźnie i przysięgi. umierają ludzie. wszystko się zmienia i nic nie trwa wiecznie. ten o to fakt spadł na mnie dziś jak grom z jasnego nieba. jakaż ja jestem naiwna. przepraszam, że pozwoliłam sobie mieć nadzieję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz