stanęło przede mną marzenie. jedno z tych, które pieszczotliwie obracałam między palcami przed snem. któremu śpiewałam kołysanki pełne nadziei. które gładziłam po różowym policzku z wyjątkową czułością. stanęło przede mną i nie było piękne. pomarszczone, z mętnymi oczami, ziemistą cerą i zwiotczałą skórą. chude. kościste. odrażające. piskliwym głosem mówiło o rzeczach przyziemnych i bezsensownych. jakby zgubiło się w wielkim świecie i postradało rozum. nie dostrzegłam w nim choćby iskry wyjątkowości. delikatność dawno już wygasła, a bijący blask dogorywał w kącie wciąż jeszcze bursztynowych tęczówek. patrzyło na mnie wzrokiem zbitego psa i w głębi duszy błagało o pomoc. i wzięłam moje umierające marzenie za rękę czując, że nie wyniknie z tego nic dobrego. i miałam rację.
rozczarowanie depcze mi po piętach.
wciąż nie jeden, a dwa.
serce nie pomaga w wyborze? głowa na zimno kalkuluje wszystkie za i przeciw? a Ty sama dziwisz się, jak to jest do cholery możliwe?
OdpowiedzUsuńskąd ja to znam…
wierzę jednak, że gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. tylko albo się jeszcze ten trzeci nie pojawił, albo po prostu nie chcemy mu otworzyć drzwi.
miejmy nadzieję, że jest akrobatą i wejdzie przez okno! :)
jak te kilka znaków podniosło mnie na duchu! dziękuję, będę czekać na akrobatę (:
OdpowiedzUsuń