poniedziałek, 15 czerwca 2015

ciąży mi na rozmarzonej głowie jedno, bardzo ważne, nurtujące pytanie. od dawna próbuję pojąć czym jest zakochanie. ten niemożebnie przyjemny stan odkąd pamiętam stanowi dla mnie zagadkę nie do odgadnięcia. na wątłym sercu i naiwnym umyśle prowadzę obserwacje - z marnym skutkiem. i wciąż nie wiem. bo czy jeśli, bez względu na to czy jest dobrze czy źle, myśli wciąż kradnie jedna osoba to już zakochanie? czy jeśli podświadomość kreuje zmyślne, ciepłe obrazy szczęśliwej przyszłości, właśnie z tym, a nie innym, to znaczy, że serce zajęło się uczuciem? czy jeśli patrząc na wspólne zdjęcie, oczy szklą się i mienią słonymi kroplami, a mięsień uwięziony między kruchymi żebrami szaleje z tęsknoty, to organizm zaraził się tą przedziwną emocją? czy gdy próbujesz ułożyć sobie życie, poznać kogoś nowego i naprawdę zacząć nowy rozdział, ale nie możesz, bo w pamięci wciąż pieszczotliwie obracasz obraz jego uśmiechu i dobrych oczu, to jest jeszcze jakaś szansa?
prawdopodobnie nie. prawdopodobnie chorujesz na zakochanie. nieodwzajemnione zacznie cię w końcu wyniszczać. drapać. gryźć. dusić. odbierze radość. przygniecie do ściany. zepchnie na margines. owszem, możesz walczyć. próbować. zdzierać knykcie. ale nikt, NIKT, nie da ci gwarancji, że się uda. nie martw się. uspokój. oddychaj. nie umrzesz. pewnie będzie bolało. długo i mocno. ale pewnego dnia obudzisz się zupełnie zdrowy. z największą miłością u swego boku. albo kolejny raz sam, silniejszy o kolejne pęknięcie serca. nie pierwsze i nie ostatnie.



i choć ogólny wydźwięk jest raczej smutny, to ma pokrzepiać. bo w myśl przysłowia - co nas nie zabije, to nas wzmocni. a przecież nie można umrzeć z miłości (chyba, że jest się Rojkiem w czystej postaci).

***
dziękuję M. chyba wróciłam na dobre.

***
perfect ruin

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz