wtorek, 14 grudnia 2010

miau. miał.

umrzeć - tego się nie robi kotu.
(w. szymborska)

owszem, nie robi. umieranie jest absurdalne. umieranie i wszystko co się z nim wiąże.
dlaczego więc traktujesz mnie jak martwą? nie czujesz mojego oddechu na karku? otwórz oczy i zobacz, że nadal tu jestem. jestem i zawsze będę. musisz się z tym pogodzić, żeby móc pogodzić się z samym sobą.

***
zbyt wiele było 'nowych historii'. zbyt wiele. i zbyt wiele było w tym wszystkim uczuć. pora sięgnąć po sole trzeźwiące i w końcu podchodzić do świata tak, jak na to zasługuje. ani lepiej, ani gorzej. po prostu zwyczajnie.

sobota, 11 grudnia 2010

wszedł. widziała go kątem oka. jednak nie odwróciła się żeby się z nim przywitać. udawała, że jest pochłonięta rozmową z innym mężczyzną. 'może będzie zazdrosny, bo właściwie dlaczego nie?' szeptało jej do ucha alter ego. w końcu zakończyła szopkę i powoli odwróciła się w Jego stronę. zobaczył ją, uśmiechnął się i zawołał. powinna dalej grać obojętną i 'NieDoZdobycia', ale nie miała w sobie wystarczająco dużo samozaparcia. podeszła do niego i po raz kolejny utonęła w jego ramionach. może nie tak, jakby tego chciała, ale zawsze 'jakoś'. zapomniała już, że uśmiecha się tak czarująco. zapomniała też, że ma tak diabelsko niebieskie oczy. zapomniała, że za tym tęskniła.

miałeś przychodzić na herbatę, tylko na 20 minut.
tymczasem znów przesiadujesz u mnie godzinami.
będą z tego kłopoty, tylko kłopoty.
zobaczysz.
ale przecież dla Ciebie to nie ma znaczenia...

piątek, 10 grudnia 2010

pożyczyłam kiedyś książkę od ważnej dla mnie osoby. przeczytałam ją i zapisałam na karteczce cytat. dzisiaj, po pół roku ją odnalazłam. cytat brzmi tak:
'ból to coś co sam sobie zadajesz.
ból to zdarzenie. przytrafia ci się i radzisz
sobie z nim na wszelkie dostępne sposoby'

czytałam go wciąż od nowa, przez kilkanaście minut. pięknie pasuje do obecnej sytuacji. wręcz idealnie. wiedziałeś co robisz, pożyczając mi tę książkę, prawda?

czwartek, 9 grudnia 2010

zmywałam z siebie brud dnia dzisiejszego i pomyślałam o wszystkich swoich błędach.
spojrzałam w lustro.
poczułam się bardzo staro. za staro.

a jest jeszcze tyle grzechów, których nie popełniłam.



boję się. naprawdę się boję.
nie ma Cię. nie ma Jej. nie ma Nas. Was też nie ma. a mnie...
mnie chyba nigdy nie było.

apteka.

całe moje życie kręci się wokół lekarstw, pastylek, kolorowych małych guziczków i podłużnych, zazwyczaj dwukolorowych fasolek. dzisiaj to do mnie dotarło.

przede wszystkim są to tzw. leki na całe zło. Złote Drażetki w postaci zakupów, czekolady i przyjaciół. zażywam je garściami. zachłannie połykam każdego dnia. wzmacniam swoją odporność na wszelkie upadki. w dodatku da się nimi uleczyć nawet najgłębszą ranę. istny cud w postaci małych, łatwych do połknięcia drobinek. rzekłabym 'eureka'.
zaraz za nimi najczęściej sięgam po podłużne, lekko różowe Tabletki Na Serce. jednak nie biorę ich regularnie. albo gdzieś mi się gubią i nie mogę ich znaleźć, albo zwyczajnie o nich zapominam. ale z tabletkami na serce tak już jest. potrzebuje się ich tylko wtedy gdy boli.
najgorszy problem jest z Pigułkami Na Sen. sięgam po nie co noc, nie lubię mieć problemów ze snem. i kiedy wydaje mi się, że już jest dobrze, że ich nie potrzebuję i śmiało mogę je odstawić, okazuje się, że są silnie uzależniające. drżę na całym ciele i czuje się jak narkoman na odwyku. obolała, zmęczona i bezsilna, wrak człowieka. istny wrak. 'nie możesz się wciąż truć' - szepcze mój rozum. przywiązuję się do krzesła, żeby po nie nie sięgnąć. i kto by pomyślał, że wszystko przez Pigułki Na Sen...

a Tobie życzę powodzenia. musi się udać, tym razem musi. uwierz w to.