poniedziałek, 10 stycznia 2011

'nie mam co do tego wątpliwości. jestem głupia' - taka o to myśl zwaliła mnie dzisiaj z nóg.
nie potrafię się podnieść. leżę w zimnej, bordowej kałuży krwi. krwi wylewającej się z rany, którą sama zadałam. cztery pchnięcia nożem. można by rzec 'zbrodnia idealna', prawda? owszem. można by, gdyby nie to, że sprawca cierpi równie mocno co ofiara. cóż za paradoks.

nie wiem już jak się nazywam, ile jest dwa plus dwa, którędy w prawo i co powinnam zrobić. wracają do mnie błędy z przeszłości, bardziej lub mniej dalekiej, wraca do mnie poczucie winy. wraca też potrzeba robienia Ci na złość i spacerowania w deszczu po parku. na usta cisną się dwa słowa. dwa proste słowa, których nigdy jeszcze nie wypowiedziałam. a ja? ja blaknę, niknę w oczach, znikam...







...ratuj.

niedziela, 9 stycznia 2011

miało Cię już nie być. odszedłeś.
przecież wyjechałeś i nie zostawiłeś nawet kartki, dokąd się udajesz.
dlaczego więc wracasz?
wciąż i wciąż pojawiasz się obok,
na tyle blisko bym mogła dostrzec Cię kątem
mojego zielono-brązowego oka.
wiem, że nie robisz tego celowo.
nie mógłbyś.
mając mnie na wyciągnięcie ręki,
cierpisz tak samo jak ja cierpię,
widząc Cię z inną kobietą.
nie chcemy się, a nie potrafimy o sobie zapomnieć.
gramy główne role w marnej komedii
zwanej 'miłością'.

sobota, 8 stycznia 2011

p a r a n o j e.

'jesteś naiwna, głupia i kochliwa. wcale nie jesteś tak odważna, dzielna i dojrzała jak ci się wydaje, korybucie, nie jesteś!' karciła samą siebie od północy do północy. między tyknięciami zegara słychać było wyraźne 'głupia, głupia, głupia' odbijające się echem pustego mieszkania. rytmiczne uderzanie głową w blat stołu wyznaczało rytm bicia jej serca. miała w sobie tyle miłości, a nie potrafiła jej nikomu oddać. nie potrafiła, albo nie mogła. obie wersje były na tyle okrutne, że śmiało mogła się nazwać 'bohaterem romantycznym naszych czasów'. owszem, mogła wykrzyczeć wszystko co w niej siedziało. wszystko co pełzało w żołądku, drapało w gardle, świszczało w uchu i uwierało pod powiekami. mogła. ale strach był silniejszy od woli. dlatego milcząc brodziła w błękicie tęczówek i zachwycała się każdym nowo odkrytym elementem tej zgrabnej, przystojnej i wrażliwej układanki. i miała do siebie pretensje. pretensje o to, że znów powtarza swój błąd. ale widocznie lubiła go popełniać... musiała to lubić skoro robiła to notorycznie, prawda?

gubię się w swoich uczuciach i pragnieniach. coś co wczoraj wydawało mi się absurdalne - dzisiaj nabiera sensu. postradam zmysły, jeśli w końcu czegoś z tym nie zrobię...

***
jestem pułapką w pułapce,
zamieszkiwanym mieszkańcem,
obejmowanym objęciem,
pytaniem w odpowiedzi na pytanie.
(nie potrafię już żyć bez szymborskiej. nie spodziewałam się, że poezja jest w stanie tak mnie porwać. a jednak. ciągle się zadziwiam.)

a ta piosenka budzi we mnie mnóstwo emocji KLIK

wtorek, 4 stycznia 2011

zaczyna się coś nowego, a świat dawno zszedł już na psy.

czy można tęsknić za czymś co wyrzuciło się do kosza? za czymś co skończyło w kartonie z etykietką 'usuń'?
czy można kochać nie znając? nie wiedząc czego możemy oczekiwać?
czy można być zazdrosnym o coś, do czego nie ma się prawa? co nie należy do nas?
wreszcie, czy można żyć nie potrafiąc oddychać? nie znajdując nigdzie tlenu?

można. można jeśli naszym tlenem jest coś więcej niż kilka pierwiastków skrzętnie połączonych w mieszaninę jednorodną gazów, nazywaną przez sztywnych panów pod krawatami 'powietrzem'. ale takie życie boli, rani nas od środka. i choć z zewnątrz wyglądamy normalnie, w środku krwawimy wyrzutami sumienia, niedomówieniami, skrywanymi tajemnicami i palącymi pragnieniami. plujemy krwią i szybko zakrywamy usta chusteczką, tak żeby nikt nie widział. nie możemy okazać słabości. przecież ludzie to maszyny. one nie czują. nie mogą czuć bo nie mają serca...

... a jednak zdarzają się wyjątki.

***

nowy rok jest z dnia na dzień coraz gorszy. jeśli będzie tak nadal to w ciągu tygodnia będę zmuszona ogłosić swój osobisty koniec świata.
dziękuję, dobranoc.

sobota, 1 stycznia 2011

delete.

spisałeś się cudownie. wręcz fenomenalnie. doprowadziłeś do tego, że nie tylko zachłysnęłam się błękitem Twoich oczu, ale utopiłam się i spadłam jak kamień na dno. do tej pory kochałam wszystkie wspomnienia, w których grałeś głowną rolę. wczorajsze budzi we mnie obrzydzenie. jest dla mnie flegmą, która dociera do nosa i utrudnia mi oddychanie. oblewa krtań i zabiera głos. wpływa do mózgu i zaburza racjonalne myślenie. mimo wszystko ciesze się, że stało jak się stało. mam to co chciałam, rozwiązałam 'zagadkę', jedna niewiadoma mniej. d e l e t e. d e l e t e. d e l e t e.

nowy rok? zaczął się źle. można by uznać, że tragicznie gdyby nie to, że znów poznałam siłe przyjaźni. ale aktualnie mam przed sobą czystą kartkę. podjęłam decyzje, (prawdopodobnie) słuszną decyzję i pomimo wyrzutów sumienia, mogę zacząć wszystko od nowa, od pieprzonego początku układać sobie życie. rozpoczyna się nowy rozdział w moim życiu a ja zaciskam dłonie w pięści, przykładam je do policzków i głośno powtarzam 'ten rok będzie lepszy, ten rok będzie lepszy'. a jak będzie naprawdę?

a rok poprzedni? do łatwych i przyjemnych nie należał. ale tak to już chyba jest, że z chwilą w której opuszczamy piaskownice i domek dla lalek nic już nie jest proste. ten rok był rokiem trudnym. ale też i wspaniałmy. poznałam mnóstwo cudownych ludzi, bez ktorych już nie wyobrażam sobie życia, utwierdziłam się w przekonaniu, że długoletnia przyjaźń to najpiękniejsze co może nas w życiu spotkać (agnieszko, anno, julio, koprze, radku, żuku- dziękuję!), odkryłam, że liceum zmienia i wywraca świat wartości o 180 stopni. dowiedzialam się także, że miłość nie jest łatwa i przyjemna, że często niesie ze sobą ból i cierpienie i że wcale nie wygląda tak jak w filmach. poznałam siebie, stworzyłam marzenia, postawiłam przed sobą nowe cele. permanentnie upadałam i podnosiłam się. ale nie żałuje niczego, co sie w tym roku wydarzyło. wiele rzeczy zabolało, wiele wycisnęło z mojego wątłego ciała łzy, wiele obudziło mój uśmiech. kilka razy umarło mi serce, kilka razy ktoś skutecznie je reanimował. ale to wszystko już za mną. d e l e t e. d e l e t e. d e l e t e.