nie potrafię się podnieść. leżę w zimnej, bordowej kałuży krwi. krwi wylewającej się z rany, którą sama zadałam. cztery pchnięcia nożem. można by rzec 'zbrodnia idealna', prawda? owszem. można by, gdyby nie to, że sprawca cierpi równie mocno co ofiara. cóż za paradoks.
nie wiem już jak się nazywam, ile jest dwa plus dwa, którędy w prawo i co powinnam zrobić. wracają do mnie błędy z przeszłości, bardziej lub mniej dalekiej, wraca do mnie poczucie winy. wraca też potrzeba robienia Ci na złość i spacerowania w deszczu po parku. na usta cisną się dwa słowa. dwa proste słowa, których nigdy jeszcze nie wypowiedziałam. a ja? ja blaknę, niknę w oczach, znikam...
...ratuj.