poniedziałek, 6 czerwca 2011

zmarszczki mimiczne.

ostatnio popołudnia spędzam w towarzystwie zenita. zepsutego i sprawnego również. czarujemy razem i tymi czarami chcemy się podzielić.




***
spojrzałam w lustro i zobaczyłam kolejną zmarszczkę. kolejna dolina przecięła mi policzek. utworzył się kolejny kanał dla moich rzadkich łez. niewdzięczna. niepotrzebna. niedyskretna. prosta, irytująca zmarszczka. w zasadzie nic wielkiego. każdy ma zmarszczki. mimiczne, niemimiczne i nie-mimiczne. tylko, że moja zmarszczka wrzeźbiła się głęboko pod warstwami skóry. pojawiła się w podświadomości. pojawiła się i wywróciła mój świat do góry nogami. rozwiała wszystkie wartości, brutalnie zdemolowała poukładane priorytety. ale najgorsze miało dopiero nadejść. z uporem maniaka próbowała mnie ściągnąć na ziemię. zmusić do postawienia małych stóp na zimnych, czerwonych kafelkach. ze spuszczoną głową muszę przyznać, że niemal się jej udało. jestem słabsza niż myślałam. niż myślałeś. niż wszyscy myśleliśmy. bądź nie myśleliśmy.

niedziela, 5 czerwca 2011

jestem zbrodniarką. zostawiłam Cię samego. zakończyłam naszą historię, odwróciłam głowę, zacisnęłam powieki, żeby nie widzieć spojrzenia pełnego bólu i zatkałam uszy, żeby Twoje odważne słowa nie dotarły aortą do mojego sfatygowanego serca. tak. do tych przestępstw się przyznaję. ale okazało się, że popełniłam jeszcze jedno. jeden występek więcej. z pozoru niewielki, ale wgryzający się ostrymi kłami w podświadomość. porzucając Cię zabiłam cząstkę siebie, którą obudziłeś dawno temu. zabiłam zdolność do odczuwania uczuć silniejszych niż nienawiść, złość, euforia i rozpacz razem wziętych. i to dlatego nie potrafię sobie poradzić sama ze sobą. i to dlatego wciąż gubię się w emocjach. i to dlatego nie mogę znaleźć miejsca dla mojej chorej głowy. ale teraz, skoro mam świadomość tego wszystkiego, wiem, że trzeba zacząć działać. otwieram oczy i nie wracając do przeszłości czekam na kogoś, kto ponownie nauczy mnie tego wszystkiego.


so come out of your cave walking on your hands
and see the world hanging upside down.
music.

sobota, 28 maja 2011

zaczyna brakować mi sił na dalsze stwarzanie pozorów. męczy mnie już to przedstawienie. męczy mnie udawanie, że jestem silna, że wszystko jest tak jak być powinno, że odpowiada mi to co się dzieje i że nie czekam na to, co dziać się nie chce. nie chcę już dłużej utwierdzać wszystkich w przekonaniu, że potrafię wziąć wszystko w swoje małe dłonie, ustawić tak jak powinno było stać od dawna i utrzymać cały ciężar na słabych ramionach. kruszę się. powoli, małymi zachwianiami zbliżam się do zimnej posadzki. nie chcę upadać. dobrze czułam się unosząc stopy ponad chodnikami. lewitując w czasoprzestrzeni objęć. obracając się w ogniach spojrzeń. otulając się ciszą pocałunków. nie wierz mi kiedy patrząc Ci w oczy powiem, że za tym nie tęsknię, że tego nie potrzebuję. nie wierz, bo to będą nieprzyzwoite kłamstwa. nieprzyzwoite kłamstwa broniące mojej głupiej dumy. przecież nie mogę pokazać, że jestem słaba.

poniedziałek, 23 maja 2011

odcinam się od przeszłości. chcę zapomnieć o wszystkim co było, mimo tego, że nauczyłam się dzięki temu tak wiele. każde z nas ma swoje życie. próbowanie ułożyć go sobie wzajemnie do niczego nie prowadzi. dlatego z szaleństwem w oczach wyrzucam zdjęcia, ucinam wspomnienia, wymazuje rozmowy. już nie będę skuloną, piszczącą suką w kącie pokoju. już nie. wracam. w pełni świadoma swojego życia.


tymczasem z dnia na dzień popadam w coraz większą fascynację. przestaje mnie interesować czy zachłysnę się tym nieprzyzwoitym błękitem. nie dbam o konsekwencje. chcę Cię słuchać. pieścisz moją podświadomość każdym słowem. dlatego mów do mnie, mów. mów bo lubię być naiwną, wątłą kobietą z palcami zaplątanymi w rozproszonym labiryncie.

środa, 18 maja 2011

potrafię walczyć jak lew o cudzą miłość. zdzieram kostki, obijam wątłe kolana, rozcinam swoje nieidealne usta, wbijam paznokcie w małe dłonie. przyodziewam zbroję i staję się małym, dzielnym rycerzykiem. właśnie takim jakim nigdy nie potrafiłam być. jestem w stanie zrobić naprawdę dużo by ocalić czyjąś miłość. otóż to. czyjąś. nigdy swoją. swoją pozostawiam samej sobie, porzucam ją na pastwę losu i nie troszczę się o to, że cierpi. że upada, gaśnie, umiera. nie dbam o to. a kiedy umrze czuję się wolna, jakby zniknęła ograniczająca mnie ceglana ściana. i dopiero kiedy inni popełniają ten sam błąd dociera do mnie jaką krzywdę wyrządzam sobie i Jemu (kimkolwiek by był). dopiero wówczas dociera do mnie, że staję się morderczynią własnego szczęścia. bo ile miłości można przeżyć w ciągu jednego życia?