sobota, 14 kwietnia 2012

5 oblicz smutku.

zaprzeczenie.

nie. nie prawda. pomyłka. błąd. niemożliwe. 
wymyślasz określenia dla zaistniałej sytuacji. trzęsącymi dłońmi grzebiesz w otchłaniach świadomości by odszukać kolejne 'nie'. im więcej, tym dalej od prawdy. tym dalej od bólu. tym dalej od apokalipsy, prywatnego końca świata, zagłady istnienia. 
dławisz się każdym słowem. łzy boleśnie napierają na szklane tęczówki. siłujesz się z samym sobą wciąż obracając głową. w prawo. w lewo. w prawo. i w lewo. na przemian. 
próbujesz uspokoić oddech. opamiętać zmysły. zahamować pędzące serce. krew pulsuje pod gęsią skórką. żebra trzeszczą od (za)głębokich wdechów. cierpisz bo stawiasz opór. bo uparcie nie wierzysz, że przegrałeś. bo wciąż naiwnie masz nadzieję, że to nie koniec. oh, głupi człowieku. jak bardzo się mylisz.

ale nie martw się. to chwilowe.
teraz pomyśl, że takie samo piekło przeżywa właśnie morze innych równie głupich ludzi. 
zamknij oczy. rozluźnij mięśnie.
raz. dwa. trzy.
dobranoc.

piątek, 30 marca 2012

dziękuję, że mogę położyć się dziś z garścią nadziei na lepsze jutro. 
po prostu dziękuję, że wróciłeś.

poniedziałek, 26 marca 2012

bez-dech.

właściwie to nie wiem już kim jestem. nie wiem kim jesteś. nie wiem czy jesteśmy. może nie ma nas, a jedynie dwie chore jednostki obracające się w dorzeczu niedopowiedzeń i krwawiących win. gdzieś między zbrodnią a karą. wśród palących niespełnień i cyklotomicznych pragnień. tworzymy narośl na ropiejących fundamentach i prędzej czy później udusimy się apokaliptycznymi oparami. padniemy na przeciw siebie - jak dwóch poległych wojowników. z ponurymi balonami zamiast lśniących mieczy. marni amatorzy przed rzeszą widzów. bez ukłonów, bez oklasków i bez puenty. prości w swej martwocie. 
chciałabym odejść. napisać dla siebie lepsze zakończenie, bez zbędnej farsy. pokłonić się w jedwabnej sukni w kolorze obcych tęczówek i zbierać owacje do zmarzniętych dłoni. wieczornymi myślami podążać do innych drzwi. obracać między palcami złudzenie cudzych, lekkich labiryntów. i senną nocą kłaść głowę na niezidentyfikowanych kolanach. tak bardzo bym chciała umieć odejść. 
wdech. wydech. bez-dech.

środa, 14 marca 2012

między kawą a herbatą.

7: 30. wychodzę przed dom. zimny, metalowy klucz ginie w wąskiej dziurce, tuż pod klamką. wiatr porywa luźne kosmyki i przelotnie muska rumiany policzek. od odjeżdżającego autobusu dzieli mnie minuta i dwadzieścia pięć sekund. mam więc dwadzieścia sekund na głęboki wdech. zamykam oczy, rozszerzam nozdrza, pozwalam gęsto pulsować klatce żeber. piętnaście sekund. wdycham senne jeszcze powietrze. krew szybciej opływa ciało. serce drży między płucami. i rozszerzają się przymknięte źrenice. każdą komórką ciała pochłaniam ledwo wyczuwalną wiosnę. dwanaście sekund. wracają obrazy, zapachy i smaki. wraca uśmiech, kilka rozmów. jedno łóżko, dwa rowery. osiem sekund. park, trawa, cień i słońce. lody w polewie truskawkowej. cztery sekundy. uśmiech i kojący, słodki zapach. dwie sekundy i dwie czekoladowe przepaście. sekunda... 


chowam klucze, otwieram bramkę. szuram myślami po szarym chodniku. 
zaczyna się kolejny dzień bez-wiosennego Ciebie. utknąłeś w wiecznej zaspie białego puchu i mianowałeś się męską Królową Śniegu.

sobota, 3 marca 2012

mea culpa.

przepraszam. przepraszam, że się boję. przepraszam, że jestem słaba. przepraszam, że nie umiem zapomnieć. przepraszam, że cierpię. przepraszam, że noszę na sobie Twój zapach. przepraszam, że nie możesz mnie sprowokować. przepraszam, że jestem cyniczna. przepraszam, że wszystko utrudniam. przepraszam, że ubieram się w parzące słowa. przepraszam, że odważnie patrzę w czekoladowe przepaście. przepraszam, że daję początek rwącym rzekom. przepraszam, że nie jestem łatwa. przepraszam, że miałam czelność być szczera. przepraszam, że coś zagnieździło się w moim sercu. przepraszam, że mogłabym Cię kochać. mea culpa. mea culpa. mea maxima culpa. amen.


niszczysz wszystko co we mnie żyje. zadajesz mi policzek. jeden, drugi i każdy kolejny. robisz ze mnie idiotkę, skończoną wariatkę i chorą na umyśle kalekę. dajesz mi oparcie, by pozwolić mi upaść. jesteś moim prywatnym koszmarem i nie potrafię się obudzić. żałuję, że nie jestem stworzona by nienawidzić.