niedziela, 22 grudnia 2013

odliczamy. permanentnie. bez przerwy. bez chwili oddechu. lata. miesiące. dni. godziny. minuty. i sekundy. do kolejnych urodzin. do nowego roku. do spotkania. do pocałunku. do miłości też. i choć czasami robimy to na ślepo i bezwiednie - wciąż oddajemy temu życie. nie myślimy dniem dzisiejszym. nie patrzymy pod nogi. nie czerpiemy z obecnych historii. zaciskając pięści wspinamy się na palce wypatrując czegoś w oddali. kogoś. zatracamy całych siebie układając w głowie skrzętne scenariusze. wciąż przerysowane i nad wyraz idealne. nieprawdopodobnie nieżyciowe. a jednak czasami się zdarza. patrzysz w oczy. opuszkami palców gładzisz rumiane policzki. mierzwisz włosy. poznajesz. smakujesz. czujesz. kochasz. i masz. masz to wszystko o co modliłeś się każdego dnia. o co błagałeś skamląc jak chory pies. stoi przed tobą. prawdziwe. twoje. nie musisz już odliczać. możesz się śmiać. oddychać pełną piersią. nie martwić się. żyć. i właśnie wtedy coś wkrada się pod kruche żebra i kuje wiotkie serce. szepcze do ucha złowrogie wróżby. przydusza. przygniata. i uciekasz. odchodzisz. porzucasz swoje największe szczęście na rzecz kolejnego odliczania. i znów boli. znów jesteś sam. ty i twoje paranoje. nic mniej. nic więcej.

martwię się bo tak bardzo nie potrafimy czerpać z tego, co się nam przytrafia. tak bardzo nie umiemy oddać się czemuś bez pamięci. bez zająknięcia. ważymy wciąż zyski i straty myśląc o przyszłości. a może warto być tu i teraz? może warto zaufać, dać się ponieść? może warto przestać odliczać? może.

i gdy tak o tym myślę:

pluszowy królik zapytał: "co to znaczy być prawdziwym?"
i zapytał: "czy to boli?",
a koń odpowiedział: "czasami".
"czy to się dzieje w jednej chwili?"
"zajmuje dużo czasu".
"prawdziwy stajesz się wtedy,
gdy już wykochano z ciebie większość sierści.
gdy oczy wypadają i puszczają szwy.
ale to bez znaczenia, 
bo jesteś prawdziwy.
brzydkim mogą cię nazwać tylko ci, którzy niczego nie pojmują".

bądźmy więc brzydcy. tu i teraz.

środa, 11 grudnia 2013


i właśnie w takie dni brakuje mi najbardziej. w takie dni, kiedy wszystko idzie nie tak. kiedy do łez doprowadzają najdrobniejsze trudności. kiedy czuję się nijaka, bezradna i słaba. niepotrzebna. właśnie w takie dni tęsknię. za ramionami. palcami. wargami. cichym, kojącym szeptem i galopującym sercem. pogubiłam się. niczego już nie wiem. ale to nie nowość. i albo wezmę się w garść. albo przepadnę. jak kamień w wodę. jak Ty. a przecież nie tak miało być. prawda?

wstanę jutro wcześniej. wypije gorącą herbatę. założę szalik i pójdę na spacer. i może wszystko się jakoś ułoży.

niedziela, 17 listopada 2013

zmienia się wszystko. czas przelewa mi się przez zmarznięte palce. obce historie biegną wciąż przed siebie. gdzieś w kącie do męskiego torsu tuli się drobna kobieta. a ja stoję. patrzę. słucham. zmarznięta. samotna. wciąż bez historii. bez zmian. bez Ciebie. boje się, że nie istniejesz. że czekam na próżno. nie zjawisz się. i zostanę. tu. i nigdzie indziej. i z niczym. i z nikim. wyblakła. pomijana. samotna.

czwartek, 3 października 2013

too much.

nie wiem co chcę powiedzieć. a raczej chcę powiedzieć tak wiele, że nie wiem od czego zacząć. kłębią mi się w głowie myśli. tłamszą, odbijają od ścian podświadomości. cisną się na usta - jedna za drugą. brak wytchnienia, brak ciszy. spokoju także brak. nie ma sekundy, chwili oddechu. wkradają się nawet w krótkie ułamki mrugnięcia powiek. plączą się między zroszonymi rzęsami. nieprzyjemnie łaskoczą w nosie. na moment grzęzną w gardle, cofają się, zatruwają wnętrzności. siedzę z nimi przygaszona. otulam się kocem w uwikłane wzory. i marznę. i drżę. nie wiem na co czekam i na co liczę. pogubiłam się, robię głupstwa, udaje. niekompletna. niezdecydowana. niewierząca. nieistotna.


z dnia na dzień coraz mniej wierze w szczęśliwe zakończenia. nie zaciskam kciuków, nie spluwam na szczęście. po prostu
kupię w tym roku kolejne rękawiczki.

wtorek, 24 września 2013

ludzie znikają z naszego życia. są, a następnego dnia nie pamiętamy kim byli. i wciąż o tym słychać. w kawiarniach, na parkowych ławkach, w słuchawkach telefonów. gdzie nie przystawisz ucha -  tam czyjeś życie staje się uboższe o jakiegoś człowieka. dlaczego? bo nie smakował tak jak powinien? bo przyprawiał nas o mdłości i nieustające bóle? i co to w ogóle znaczy? można tak po prostu wymazać kogoś z życiorysu? tak zwyczajnie zatrzeć wszelkie ślady jego obecności? wykasować miękkie pocałunki, objęte poranki, szczere uśmiechy i kontrafałdy przyspieszonych oddechów? było - nie ma. głowa staje się lżejsza. serce zdrowsze o jedną nieszczęśliwą miłość. usta uboższe o kilka pocałunków. nic nie drapie pod cienką skórą, nie uwiera pod żebrami. sumienie śpi spokojnie pod białym sufitem. tak to działa?
a co jeśli spotkasz swojego wymazanego przyjaciela w kawiarni, spojrzysz na niego, i nie pamiętając kim jest, wpuścisz go na nowo do swojego świata? czy to co zagrzebałaś pod grubą warstwą brunatnej ziemi wykiełkuje ponownie? w tej samej czy innej postaci? będziecie żyli długo i szczęśliwie czy kolejny raz uschniecie banalnie w kącie społeczeństwa?
czy można tak po prostu zapomnieć?


strułam się, ale nie zapomniałam. i długo jeszcze nie zapomnę. gdzieś pod żebrami schowałam nadzieje, że nie zostałam wykasowana. jak krwisty as w wąskim rękawie dodaje mi otuchy i odwagi. czekam tylko na odpowiedni moment. nie wiem czy to będzie dobre i zdrowe. i nie wiem czy znów nie zakrztuszę się uczuciami. ale jedno jest pewne: czym się strułeś - tym się lecz.