sobota, 27 sierpnia 2011

nocne koszmary odeszły w nicość zapomnienia. już nie ma mnie - słabej, uległej i bezbronnej. jestem ja - uparta, zawzięta i z podniesioną głową. i nie uginam juz kolan po każdym ciosie. odpieram atak. i nie pozwalam topić się w błękicie tęczówek. i nie potrzebuje ramy z silnych ramion. lubię być taka. lubię móc powiedzieć wszystko bez krępacji. i lubię wiedzieć, że liczyłeś na więcej niż dostałeś.
dorastam i dojrzewam. zmienia mi się światopogląd, rozszerzają horyzonty, przewracają priorytety. wiem, że popełniłam mnóstwo błędów, których nie byłabym zdolna popełnić teraz. i poniosłam już za nie kare. powoli wychodzę na prostą ścieżkę i zamierzam się już więcej nie zgubić. i tak będzie...





o ile nic mnie nie skusi.

wtorek, 23 sierpnia 2011

chyba za szybko uwierzyłam. dałam się ponieść emocjom i nie dopuściłam do swojej chorej głowy możliwości porażki. tymczasem kolejny raz zostałam negatywnie zaskoczona, a rozczarowanie pogładziło mnie szorstką dłonią po rumianym policzku. nie chciałam żeby tak się to skończyło. nie chciałam żeby w ogóle się kończyło. problem jednak w tym, że dla Ciebie nic się nie zaczęło. ani bajka, ani historia. nic. kilka chwil. może przyjemnych, może nie. ot, zwyczajny wieczór i zwyczajna rozmowa. teraz śpisz, niczego nieświadomy. a ja... ja wtulam twarz w poduszkę w kolorze Twoich oczu, okrywam się kołdrą uszytą z Twoich niedorzeczności i cicho szepcze pod nosem zaklęcia. może któreś zadziała i życie znów stanie się bajką? kto wie.

środa, 17 sierpnia 2011

wiesz, to bardzo męczące, kiedy coś ciągnie się za mną bez końca. znika pozornie, ale zawsze wraca, nigdy w tej samej postaci. wracałam dzisiaj do domu i myślałam o tym. i nagle łzy zalały mi brązowo - zielone tęczówki, coś przydusiło krtań. poczułam  ogromny głaz, który miażdżył mi płuca, napierał na kruche zebra i przerywał oddech. jakbym znalazła się w potrzasku. trafiła w ślepa uliczkę. ugrzęzła w klatce.
chciałabym przeczytać ostatnie zdanie tego rozdziału, zamknąć książkę i iść dalej. odejść i już nie wracać. nie spoglądać na okładkę. nie analizować bursztynowych wątków tamtej historii. czasami chciałabym nawet zapomnieć. zacząć od nowa, od zera. jak nowicjuszka - niczego nieświadoma. mieć przed sobą czystą kartkę. żyć w pustym pokoju, w którym mogłabym się poukładać. bo to tu tkwi problem, wiesz? ja nie potrafię się poukładać. nie umiem. w dodatku boję się, że stawiając chwiejne kroki w końcu się rozsypię. rozproszę. i już mnie nie będzie. i nikt nie będzie pamiętał, że istniałam. nie chcę tak po prostu, niezauważenie zniknąć. tak po prostu. i nie chcę, żeby tak bolało. i nie chcę, żeby było tak jak jest.

i wiesz Steve, lubię kiedy wpatrujesz się we mnie swoimi zielonymi, spokojnymi oczami i nic nie mówisz. milczysz i słuchasz jak mówię o tym, że nie cierpię miłości...

niedziela, 7 sierpnia 2011

może faktycznie wystarczy zacisnąć pięści, zagryźć wargi, zamknąć oczy. przetrwać najgorsze i nie czekać. po prostu o tym nie myśleć. jakby nic nie miało się wydarzyć. może faktycznie tak będzie lepiej?

wtorek, 2 sierpnia 2011

nie-moc.

gdybym mogła patrzeć, spojrzałabym głęboko w Twoje niebieskie tęczówki. gdybym mogła chwytać, objęłabym Twoje dłonie. gdybym mogła mówić powiedziałabym Ci naprawdę wiele. powiedziałabym jak letnią bryzą przebiegunowałeś myśli. jak sprawiłeś, że coś się we mnie poruszyło. coś pod fałdami skóry zadrżało i zamarło na kilka sekund, by powrócić z niewiarygodną energią. powiedziałabym jak bardzo chciałabym, żeby ten wieczór miał braci bliźniaków. podobnych, ale nieco innych. przychodzących w sobotę każdego tygodnia. opowiedziałabym o historii, którą uszyłam nam z rozmyślań towarzyszących mi każdego dnia, na każdym kroku. może daleko jej do Miłości, ale jest równie poruszająca. a na końcu zapytałabym dlaczego tak mnie krzywdzisz. dlaczego niczego mi nie ułatwiasz. dlaczego pozwoliłeś mi pokochać tamten moment ale nie dałeś możliwości bym kochała inne. dlaczego?
niestety. wobec Ciebie jestem głuchoniemą, niewidomą kaleką. nie spojrzę, nie obejmę, nie powiem. niemoc. nie moc. nie-moc. nie. moc.