piątek, 30 marca 2012

dziękuję, że mogę położyć się dziś z garścią nadziei na lepsze jutro. 
po prostu dziękuję, że wróciłeś.

poniedziałek, 26 marca 2012

bez-dech.

właściwie to nie wiem już kim jestem. nie wiem kim jesteś. nie wiem czy jesteśmy. może nie ma nas, a jedynie dwie chore jednostki obracające się w dorzeczu niedopowiedzeń i krwawiących win. gdzieś między zbrodnią a karą. wśród palących niespełnień i cyklotomicznych pragnień. tworzymy narośl na ropiejących fundamentach i prędzej czy później udusimy się apokaliptycznymi oparami. padniemy na przeciw siebie - jak dwóch poległych wojowników. z ponurymi balonami zamiast lśniących mieczy. marni amatorzy przed rzeszą widzów. bez ukłonów, bez oklasków i bez puenty. prości w swej martwocie. 
chciałabym odejść. napisać dla siebie lepsze zakończenie, bez zbędnej farsy. pokłonić się w jedwabnej sukni w kolorze obcych tęczówek i zbierać owacje do zmarzniętych dłoni. wieczornymi myślami podążać do innych drzwi. obracać między palcami złudzenie cudzych, lekkich labiryntów. i senną nocą kłaść głowę na niezidentyfikowanych kolanach. tak bardzo bym chciała umieć odejść. 
wdech. wydech. bez-dech.

środa, 14 marca 2012

między kawą a herbatą.

7: 30. wychodzę przed dom. zimny, metalowy klucz ginie w wąskiej dziurce, tuż pod klamką. wiatr porywa luźne kosmyki i przelotnie muska rumiany policzek. od odjeżdżającego autobusu dzieli mnie minuta i dwadzieścia pięć sekund. mam więc dwadzieścia sekund na głęboki wdech. zamykam oczy, rozszerzam nozdrza, pozwalam gęsto pulsować klatce żeber. piętnaście sekund. wdycham senne jeszcze powietrze. krew szybciej opływa ciało. serce drży między płucami. i rozszerzają się przymknięte źrenice. każdą komórką ciała pochłaniam ledwo wyczuwalną wiosnę. dwanaście sekund. wracają obrazy, zapachy i smaki. wraca uśmiech, kilka rozmów. jedno łóżko, dwa rowery. osiem sekund. park, trawa, cień i słońce. lody w polewie truskawkowej. cztery sekundy. uśmiech i kojący, słodki zapach. dwie sekundy i dwie czekoladowe przepaście. sekunda... 


chowam klucze, otwieram bramkę. szuram myślami po szarym chodniku. 
zaczyna się kolejny dzień bez-wiosennego Ciebie. utknąłeś w wiecznej zaspie białego puchu i mianowałeś się męską Królową Śniegu.

sobota, 3 marca 2012

mea culpa.

przepraszam. przepraszam, że się boję. przepraszam, że jestem słaba. przepraszam, że nie umiem zapomnieć. przepraszam, że cierpię. przepraszam, że noszę na sobie Twój zapach. przepraszam, że nie możesz mnie sprowokować. przepraszam, że jestem cyniczna. przepraszam, że wszystko utrudniam. przepraszam, że ubieram się w parzące słowa. przepraszam, że odważnie patrzę w czekoladowe przepaście. przepraszam, że daję początek rwącym rzekom. przepraszam, że nie jestem łatwa. przepraszam, że miałam czelność być szczera. przepraszam, że coś zagnieździło się w moim sercu. przepraszam, że mogłabym Cię kochać. mea culpa. mea culpa. mea maxima culpa. amen.


niszczysz wszystko co we mnie żyje. zadajesz mi policzek. jeden, drugi i każdy kolejny. robisz ze mnie idiotkę, skończoną wariatkę i chorą na umyśle kalekę. dajesz mi oparcie, by pozwolić mi upaść. jesteś moim prywatnym koszmarem i nie potrafię się obudzić. żałuję, że nie jestem stworzona by nienawidzić.

wtorek, 28 lutego 2012

pół minuty. 30 sekund. nic. a trwało niemal wieczność. przez ułamek tej wieczności byliśmy obok. spłynął na mnie bursztynowy sentyment i całą dobę kojąco lepi się do zmarzniętego ciała. nie jest mi źle. nie mruczę też z rozkoszy. to swojego rodzaju łaska. oczyszczenie. przebaczenie? być może. gdybym tylko wiedziała co schowałeś za bursztynową kurtyną. żal? smutek? złość? tęsknotę? 
spotkamy się kiedyś w jednej z tych kawiarni, w których nigdy nie piliśmy kawy i opowiesz mi co tkwiło wówczas w Twojej podświadomości. i może znów będzie padał deszcz. kto wie.
ale teraz proszę. nie wracaj, po prostu nie wracaj. nie potrzebuję znów równoczesnego spełnienia marzeń i urzeczywistnienia koszmarów. nie teraz. nie.