sobota, 29 września 2012
szukam ukojenia. rzeczywistość napiera na mnie z każdej strony. wylewa się dziurami i otworami. szuka ujścia w kruchym sercu. i tłoczy krew. krew z tuzinem wątpliwości. a może nawet dwoma tuzinami? sen nie niesie wytchnienia. deszcz koszmarów zalewa pomarszczone czoło. i budzę się. oddycham. docierają do mnie niepokojące bodźce. gdzieś kuje. gdzieś ciśnie. gdzieś mruczy. drga. płonie. nie rozumiem. nie wiem. chcę. boję się. czerwony kot zerka na mnie niespokojnie. pytam go czy przynosi szczęście. i nic. stoi i zielonymi oczami śledzi moje rozedrgane dłonie. zamykam oczy i modlę się by nie był pechowy. ostatni cień moralności i zdrowego rozumu postawiłam na niego. ponownie pozwalam sobie na cień naiwności i wbijając paznokcie w cienką skórę wierzę, że tym razem nie będzie połamanych kości i stłuczonego serca. że tym razem czeka na mnie coś dobrego. że nie spisano mnie jeszcze na straty.
poniedziałek, 17 września 2012
za szybko. za wolno. za dużo i zbyt mało. skrajności i końce. żadnych środków. półśrodków nawet. gdzieś kuje, gdzieś boli. dużo ciebie. jej. jego. mnie nie. ciężkie powieki brutalnie ograniczają życie. i nie ma wyjścia, wytchnienia. permanentna burza. z deszczu pod rynnę. spod rynny w deszcz. spokój potrzebny na już, na gwałt.
w wełnianym kocu zatracam wątły szkielet. w aromatycznej herbacie topie frustracje. cichą muzyką koje zmysły. a brak mi czasu na te przyjemności.
w wełnianym kocu zatracam wątły szkielet. w aromatycznej herbacie topie frustracje. cichą muzyką koje zmysły. a brak mi czasu na te przyjemności.
niedziela, 26 sierpnia 2012
antyczna tragedia współczesna.
fatum. najgorszy z możliwych oprawców. zatruwa życie z każdą sekundą. prześladuje Cię na każdym kroku i nie pozwala swobodnie oddychać. ściśnięte gardło, wąskie żyły, palpitacje serca. wyciska z Ciebie to co najlepsze pozostawiając zgarbioną, sponiewieraną sylwetkę człowieka wypchaną palącym poczuciem winy i żarzącymi się wyrzutami sumienia. uderza w najsłabszy punkt, ugina czerwone kolana, przyciska Cię do ściany konfliktu tragicznego. nie ma dobrej drogi. wszystkie prowadzą do piekła. dziewięć kręgów Dantego to nic w porównaniu z tym, z czym przyjdzie Ci się zmierzyć. boisz się. trzęsiesz. targają Tobą skrajne emocje. łapiesz oddech. tlen ulatuje przez dziurę w klatce żeber. i modlisz się. modlisz. o koniec świata, apokalipsę. o cokolwiek. cokolwiek co mogłoby skończyć Twoje cierpienie. modlisz się i nic się nie zmienia. fatum prześladuje Cię przez całe życie zaciskając długie palce na chudym przegubie. nie uciekaj. walcz.
moje życie przybrało postać tragedii antycznej, której nie powstydziłby się Sofokles.
nie wiem co robić. boję się.
potrzebuję podlasia i nocy na wsi.
moje życie przybrało postać tragedii antycznej, której nie powstydziłby się Sofokles.
nie wiem co robić. boję się.
potrzebuję podlasia i nocy na wsi.
niedziela, 29 lipca 2012
5 oblicz smutku.
V
akceptacja
nagle wszystko staje się niezwykle oczywiste, jasne i proste. prawda spada na Ciebie jak grom z jasnego nieba. tym razem jednak nie ugina wątłych kolan. nie tłamsi zmysłów. nie burzy krwi w błękitnych żyłach. nie przysparza o palpitacje naiwnego serca. tym razem przyjmujesz ją ze spokojem godnym najwybitniejszego stoika. pochylasz czoło, marszczysz nieznacznie brwi. ale nie cierpisz. potrzebujesz teraz chwili spokoju i wytchnienia. chwili wolności od emocji i uczuć. przez moment potrzebujesz być prostym człowiekiem. potrzebujesz czasu na zebranie myśli. bo co dalej? jeśli zaakceptowałeś porażkę to czy jest sens brnąć dalej w twarde bruzdy życia i narażać się na następną? czy wystawienie samego siebie na kolejną próbę nie będzie samobójstwem? czy można z popiołów ulepić nowy dom? żadnej dobre odpowiedzi. dlatego żyj dalej. po prostu. żyj.
czasami pogodzenie się z przeszłością jest jedyną drogą do spokoju ducha.
a czasami to niezdolność zaakceptowania straty, wynikająca z szaleństwa, jest jedyną rzeczą, która trzyma nas przy życiu.
tak źle i tak niedobrze.
akceptacja
nagle wszystko staje się niezwykle oczywiste, jasne i proste. prawda spada na Ciebie jak grom z jasnego nieba. tym razem jednak nie ugina wątłych kolan. nie tłamsi zmysłów. nie burzy krwi w błękitnych żyłach. nie przysparza o palpitacje naiwnego serca. tym razem przyjmujesz ją ze spokojem godnym najwybitniejszego stoika. pochylasz czoło, marszczysz nieznacznie brwi. ale nie cierpisz. potrzebujesz teraz chwili spokoju i wytchnienia. chwili wolności od emocji i uczuć. przez moment potrzebujesz być prostym człowiekiem. potrzebujesz czasu na zebranie myśli. bo co dalej? jeśli zaakceptowałeś porażkę to czy jest sens brnąć dalej w twarde bruzdy życia i narażać się na następną? czy wystawienie samego siebie na kolejną próbę nie będzie samobójstwem? czy można z popiołów ulepić nowy dom? żadnej dobre odpowiedzi. dlatego żyj dalej. po prostu. żyj.
czasami pogodzenie się z przeszłością jest jedyną drogą do spokoju ducha.
a czasami to niezdolność zaakceptowania straty, wynikająca z szaleństwa, jest jedyną rzeczą, która trzyma nas przy życiu.
tak źle i tak niedobrze.
niedziela, 15 lipca 2012
odszedłeś. a raczej zostałeś porzucony. z premedytacją odepchnęłam twoje ciepłe ramiona. pamiętam szklane odbicie twarzy. malowaną rozpacz. cierpiące bursztyny. nadal czuje zimny powiew wiatru na rumianym policzku i męczącą chęć zniknięcia. nieistotne. rozeszliśmy się - każde w swoją stronę. dlaczego więc jesteś? topisz mnie w smutnych tęczówkach. łaskoczesz pod skórą. płyniesz z wartkim prądem błękitnych żył. odbijasz się niezdarnie od ścian kruchego serca. gmerasz chudym palcem w chorej podświadomości. dlaczego na dobre wszyłeś się w moje ciało? na wieki wieków. pozostawiłeś we mnie wiele strachu, bólu i niepewności. bo dalej nie wiem czy nie byłoby łatwiej być twoją Madonną Małgorzatą.
powiedz, po co nam była ta 'miłość'? dostaliśmy więcej cierpienia niż szczęścia...
i brzęczy nieznośnie w uszach 'kochałem cię, naprawdę cię kochałem'.
tylko ty. nikt więcej. nikt mniej. nikt.
Subskrybuj:
Posty (Atom)