przychodzisz do mnie i siadasz na skraju łóżka. czuję Twoją obecność. krok za krokiem, z oddechem na karku przechodzę po brzozowych panelach. i pamiętam, że tu byłeś. gdzieś w prawym kącie wciąż czuję Twój zapach i naprawdę nie wiem czy to nie urojenia. zamykam oczy. widzę deszcz, park i nas oblanych szczęściem. ciepło mi. w żołądku zaciskają się nieczule knykcie. poczucie winy depcze mi po piętach. a Ty wciąż jesteś. za rogiem, na przejściu dla pieszych, w kolejce po świątecznego karpia. ale już nie mój. już nie patrzysz na mnie. obdarowałeś mnie czymś, czego nie znajdę do końca życia. i odepchnęłam Cię. nie rozumiejąc niczego pozwoliłam nam więdnąć. a teraz zabijając się, z sekundy na sekundę coraz brutalniej, planuje nam przyszłość. i choć wiem, że to szklane domy na fundamentach z mydlanych baniek, nie umiem przestać. wciąż rozdrapuje stare rany w nadziei, że wrócisz i ukoisz mój ból. że wrócisz i pozwolisz mi naprawić nasze uczucia. pozwolisz mi kochać się od nowa. tym razem całym sercem. daj mi szansę. ostatnią.
naprawdę nie myślałam, że rany z przeszłości tak długo mogą broczyć karminową krwią. nie wiedziałam też, że jestem w stanie odczuwać tak silną tęsknotę. nie zdawałam sobie sprawy, że to przy Tobie chciałabym stawiać ostatnie kroki. bądź zdrów i śpij dobrze mój drogi M. ja będę cierpieć za nasze grzechy.
niedziela, 23 grudnia 2012
niedziela, 16 grudnia 2012
zimno mi.
kolejna zima. kolejne wełniane rękawiczki w brzozowej szafie. odnalazłam kocią, mrucząca do nieprzyzwoitości miłość. ta prawdziwa chowa się złośliwie pod grubą warstwą ciszy. i nie chce wyjść. nie ma na nią sposobu. a ja marznę. nie umiem ogrzać cherlawych kości, zmarzniętego serca. sine knykcie odbijają się głucho od ciężkiego koca. wulgarna jest taka samotność. wychodzę do ludzi. męskie torsy mocno otulone kobiecymi ciałami rzucają mi się w bursztynowe tęczówki. a wzroku nie da się odwrócić. bezmyślnie trzepoczę rzęsami na lewo i prawo, prawo i lewo. i nic. topię smutki w wełnianych swetrach, hektolitrach herbaty i ciepłych słowach. a mimo wszystko kocham zimę. i zawsze będę. przekornie.
poniedziałek, 26 listopada 2012
postanowiłam walczyć. na boczny tor odstawiłam wahanie i zgrzytanie zębów. przyodziewam zbroję ulepioną z hartu ducha i wyruszam na pole bitwy. patrzenie na cudze szczęście, obracane między długimi palcami przestało satysfakcjonować i zapragnęłam nagle mieć własne. z prywatnymi problemami i osobistym uśmiechem. nie wiem jeszcze jak zakończy się mój bój. na ile wystarczy mi sił. ale pewna jestem, że siedzenie na mojej, bądź co bądź wygodnej kanapie, nie przyniesie mi nic poza moralnymi odleżynami. będę dzielna. będę mężna. będę subtelna. będę ciekawska. będę mądra. będę. i pokochasz mnie. może nie dziś, może nie jutro. może nawet nie Ty, a ktoś inny. nieistotne. ktoś. po prostu ktoś. brak bierności, brak obcości. tu i teraz. na żywo, na cicho, na noc. dobranoc.
bo z niczego nie ma nic.
bo z niczego nie ma nic.
czwartek, 8 listopada 2012
jeszcze niedawno była zima 2011 roku. jeszcze niedawno wyrwałam sobie serce i położyłam je na Twoich kolanach. jeszcze niedawno przemierzaliśmy całe miasto jednym autobusem. jeszcze niedawno opowiadałam Ci bajki o tym jak długo i szczęśliwie będziemy żyć. jeszcze niedawno szeptałeś mi do ucha subtelne wyznania. jeszcze niedawno patrzyłeś na mnie ciepłymi oczami. jeszcze niedawno grzałam swoje cherlawe ciało tonąc w Twoich ramionach. jeszcze niedawno czułam się niezwykle ważna. jeszcze niedawno wierzyłam w miłość. jeszcze niedawno Madonna Małgorzata widziała iskry w naszych oczach i pisała o nas historie. jeszcze niedawno chciałam powiedzieć bardzo dużo. może zbyt wiele. może nie. jeszcze niedawno byliśmy my. teraz jestem ja. Ciebie nie ma. nie tu. nie teraz. śpisz u boku wysokiej, wcale-nie-kruchej blondynki, która nijak nie przypomina mnie. i czuję do niej odrazę, choć sprawia wrażenie miłej osoby.
straciłam Cię całkiem dawno, i od niedawna wiem, że nigdy Cię nie miałam. i będzie to za mną chodzić do końca świata, bo życie jest za krótkie.
jak na złość nie mogę znaleźć naszej historii. wszystko - jak na złość.
straciłam Cię całkiem dawno, i od niedawna wiem, że nigdy Cię nie miałam. i będzie to za mną chodzić do końca świata, bo życie jest za krótkie.
jak na złość nie mogę znaleźć naszej historii. wszystko - jak na złość.
niedziela, 28 października 2012
rachunek sumienia - resocjalizacja. w ramach nawrócenia społecznego i rozliczenia z błędami przeszłości powstaje lista. wszystkie brudy wyciągane na światło dzienne skamlą i wyją w rytm bębniącej pralki. drżąca ręka sunie po cienkim papierze urzeczywistniając coraz to gorsze zbrodnie. o winie decydują gapie wpatrzeni z rozdziawionymi mordami w publiczną egzekucję. powieszą na niej psy czy też nie? zgnije w ciemnym kącie? biorą jej chore ciało na oblepione cynizmem, podłe języki i drążą tak by zadać jak najwięcej bólu. by obedrzeć ją z resztek człowieczeństwa. upokorzona zagryza wargi i modli się w duchu o zbawienie, które nie nadejdzie. błędy przeszłości nie znikają. nosisz na sobie ich zapach do końca życia. ale nie bój się. wystarczy potraktować je jak bolesną lekcję. to jedyny ratunek. jedyna szansa na przetrwanie.
popełniłam w życiu wiele błędów. wymierzono mi za nie równie wiele kar. przyznaję się nawet do jednego morderstwa i kilku przestępstw. ale jestem silniejsza, mądrzejsza i ciągnę za sobą bagaż doświadczeń.
wyrok - zwolnienie warunkowe.
wyrok - zwolnienie warunkowe.
Subskrybuj:
Posty (Atom)