poniedziałek, 14 lutego 2011

kompromisy.promisy.

zaczęło się. nie musiałam długo czekać. już czuje jak chwieją się fundamenty. trzymam je. trzymamy je razem, ale wiem, że porażka to tylko kwestia czasu. wszystko runie, znów posypie się całe moje banalne wnętrze. (...)
coś chwyta mnie za gardło i przyciska do zimnej ściany. drwi ze mnie, spogląda mi głęboko w brązowo-zielone oczy. widzi swoje odbicie i śmieje się. przeraźliwie się śmieje. próbuję się wyrwać, ale sprawiam sobie jeszcze większy ból. nie liczę już łez. straciłam rachubę po 64. odwracam głowę. pech chciał, że stoi tam lustro. widzę swoje przerażone spojrzenie i nagle dociera do mnie jak bardzo jestem żałosna. godna politowania. nawet nie potrafię dotrzymać obietnicy, którą dałam samej sobie. nawet ze sobą nie potrafię być fair. nawet ze sobą idę na kompromis. nawet sobie niszcze życie.


***

nauczyłam się już, że nie na wszystkich płaszczyznach można czuć się szczęśliwym w jednym czasie. wiem o tym, a ciągle czuję się rozczarowana kiedy mnie to spotyka.
dobrze, że znów mam możliwość ucieczki z tego świata. 4 dni. w ciągu 4 dni może zdążę odbudować to co straciłam...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz