pamiętam dzień, w którym zobaczyłam Cię przez judasz. stałeś trochę niepewnie, lekko zgarbiony. bezmyślnie pocierałeś dłonie. było niezwykle ciepło. pachniało kawą. i mnóstwo niepotrzebnych ludzi stało obok. tamtego dnia wpuściłam Cię do środka. nie wiedziałam czego chcesz i jak długo zostaniesz. ale otworzyłam Ci drzwi. wszedłeś. nie mówiłeś dużo. nie zdjąłeś kurtki. po prostu stałeś w przedpokoju. alogicznie złożone sylaby odbijały się od ścian. oblałeś moje policzki czekoladowym spojrzeniem i wyszedłeś. pojawiałeś się regularnie. pewnego dnia zdjąłeś buty. kolejnego na wieszaku zawisła kurtka. w końcu wszedłeś do kuchni i poprosiłeś o herbatę. sylaby w niewyjaśnionych okolicznościach zaczęły układać się w spójną całość. od tamtej pory spędzałeś u mnie każdy wieczór. w końcu uciekliśmy. na moment. na chwilę. na koniec świata. na miłość i na nie-miłość. na nieszczęście... sufit runął nam na głowy.
i nie było Cię. blakłeś. znikałeś. odszedłeś.
otworzyłam Ci wszystkie możliwe drzwi i czekam. rozczarowanie staje w progu i cynicznie wykrzywia skrwawione wargi.
nie lubię gdy tak nieznośnie Cię nie ma.
... na szczęście: czuje, że wracasz.
nowy rok, czyste sumienie, nowe możliwości i plany. nie zamierzam być milsza, mniej naiwna, bardziej odważna. pozostanę sobą. sezonowo piegowatym korybutem z głową nie-na-karku. z kieszeniami wypchanymi optymizmem. z przygryzionymi wargami i nieczytelnymi tęczówkami.
a sobie i wszystkim, którzy boją się ciemności życzę szczypty szczęścia i ciepła.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz