poniedziałek, 28 lutego 2011

zamknięte. nie otwierać. grozi końcem świata!

najpierw ten sen.
obudziła się rano, otworzyła oczy i jeszcze raz przywołała to co działo się w nocy w jej głowie. dziwny sen. to był naprawdę dziwny sen. może nie tyle dziwny, co niespodziewany. bardziej normalne byłoby gdyby przyśnił się jej prezydent zjednoczonych emiratów arabskich, o którego istnieniu nawet nie miała pojęcia. a co było w owym śnie najgorsze? to, że wcale nie czuła się z nim źle. ani z nim, ani w nim. pasowałaby jej taka sytuacja. pasowałby mały powrót do przeszłości. i pewnie dlatego cały dzień kłębiły się w jej naiwnej główce mętne wspomnienia. wspomnienia i pytanie 'co by było gdyby?'. no właśnie. co by było?

teraz ta rozmowa.
sama nie wie dlaczego napisała. po prostu. po lewej stronie facebook'a pojawiło się to czarno-białe zdjęcie. pamiętała je. dokładnie pamiętała jak kiedyś nią wstrzasnęło, jak wywróciło wszystko do góry nogami. kliknęła. wyskoczyło okienko rozmowy. 'co mi szkodzi? teraz jestem przecież bezpieczna' pomyślała i wystukała na starej klawiaturze na pozór zwyczajne 'dobry wieczór'. odpowiedź była błyskawiczna. błyskawiczna i jak zawsze błyskotliwa. zresztą - cała rozmowa była błyskotliwa. i pewnie dlatego tak bardzo lubiła te rozmowy. to nic, że prowadząc je tańczyła nad przepaścią, balansowała na krawędzi. w każdej chwili mogła spaść. znów runąć na ziemię. z hukiem. z przerażającym BUM. to nic, naprawdę.
i znów pojawiło się pytanie. 'co by było gdyby?'. no właśnie. co by było?

powroty do przeszłości są przyjemne. przyjemne ale ryzykowne. potrafią nieźle zachwiać teraźniejszością. a tego teraz nie chcę...


bez łez i złudzeń, i bez prawa veta.
między językiem a śliną.
między pierwszym skurczem a dobrym dreszczem.
gdzieś między karą a winą.
hej, po co ten płacz?
hej kobieto! po co ten płacz?

poniedziałek, 14 lutego 2011

kompromisy.promisy.

zaczęło się. nie musiałam długo czekać. już czuje jak chwieją się fundamenty. trzymam je. trzymamy je razem, ale wiem, że porażka to tylko kwestia czasu. wszystko runie, znów posypie się całe moje banalne wnętrze. (...)
coś chwyta mnie za gardło i przyciska do zimnej ściany. drwi ze mnie, spogląda mi głęboko w brązowo-zielone oczy. widzi swoje odbicie i śmieje się. przeraźliwie się śmieje. próbuję się wyrwać, ale sprawiam sobie jeszcze większy ból. nie liczę już łez. straciłam rachubę po 64. odwracam głowę. pech chciał, że stoi tam lustro. widzę swoje przerażone spojrzenie i nagle dociera do mnie jak bardzo jestem żałosna. godna politowania. nawet nie potrafię dotrzymać obietnicy, którą dałam samej sobie. nawet ze sobą nie potrafię być fair. nawet ze sobą idę na kompromis. nawet sobie niszcze życie.


***

nauczyłam się już, że nie na wszystkich płaszczyznach można czuć się szczęśliwym w jednym czasie. wiem o tym, a ciągle czuję się rozczarowana kiedy mnie to spotyka.
dobrze, że znów mam możliwość ucieczki z tego świata. 4 dni. w ciągu 4 dni może zdążę odbudować to co straciłam...

sobota, 12 lutego 2011

znów słucham reggae. jest źle. będzie gorzej? proszę, nie!
zaczynam się sypać. jeden silny segment nie jest w stanie przytrzymać mojej konstrukcji.

nie pytaj co się dzieje. to nie są sprawy o których rozmawia się z "dziećmi".

czwartek, 10 lutego 2011

repertuar kina sumienie.

słabo mi. kręci mi się w głowie. jakaś siła napiera mi na skronie. zaraz rozsadzi mi czaszkę. przed oczami ciemno. nic, tylko czerń. nieznośna i jakże uboga w swojej prostocie. dławię się własną śliną. to śmieszne, wytwór mojego ciała próbuje mnie zabić, unicestwić. od środka coś napiera na klatkę piersiową. słyszysz jak trzeszczą mi żebra? pękają. pękają jedno po drugim a ja... a ja zaszywam usta, zamykam umysł i boję się spytać 'czy to wyrzuty sumienia?'.
zwymiotowałam serce. biło,
słabo, słabo, coraz słabiej, ale wciąż biło. lewy przedsionek ociągając się kurczył s rytmicznie. wzięłam je do ręki i rzuciłam nim o ścianę.
słońce nieśmiało wdzierało się przez niedociągnięte rolety. pies szczekał na jakiegoś przechodnia. pościel wciąż była ciepła. komoda stała pod ścianą. wasze zdjęcia wisiały tam gdzie ostatniego wieczoru. i nawet zadzwonił budzik.

***
znów wchodzisz we mnie drgawką
a serce więzione w przyciasnej
klatce żeber - martwieje.
znów ostrzem twardej mowy
ćwiartuję bezmyślnie, w afekcie
twą wrażliwość - boleśnie.

(z szymborskiej na nosowską. chwilowo)



cztery i pół objęcia na metr kwadratowy.

poniedziałek, 7 lutego 2011

cichaj.

czasami człowiek znajduje się w stanie, którego nigdy wcześniej nie znał. stąpa wąskimi ścieżkami po nowym lądzie i bacznie obserwuje jak zmienia się wszystko wokół. poznaje każdy zakamarek, odkrywa nowe smaki, zapachy. zachłannie wciąga powietrze. chce zapamiętać ten świat jak najdłużej, już zawsze mieć go w pamięci. 'powoli, spokojnie, nie tak szybko, bo jeszcze się udusisz!' jakiś głos krzyczy w mojej głowie. siadam w turkusowym fotelu, biorę do ręki kubek z wiśniową herbatą i oddycham. wdech i wydech. wdech i wydech. wdech i wydech... 'udusisz' dudni mi ciągle w uszach.

naprawdę dawno nie było we mnie tyle szczęścia. odkrywam powoli coś, z czego zdefiniowaniem zawsze miałam mnóstwo kłopotów.
tylko jak długo uda mi się zdusić w sobie to dudnienie?