potrafił rozbudzić jej zmysły nawet wówczas, gdy dzieliły ich setki kilometrów. i nawet wówczas gdy ona uparcie próbowała wyrzucić jego rzeczy z mieszkania, opróżnić ramki z wykreowanych uśmiechów i zamknąć za nim drzwi, nie pozostawiając mu klucza. była gotowa by to zrobić. naprawdę. kupiła już nawet zapałki, żeby uśmiercić owe uśmiechy na zawsze. na wieki wieków. ale on wtedy zjawiał się taki, jakim zawsze chciała go widzieć. zjawiał, obejmował w talii, ujmował policzek i delikatnie otulał rumiane wargi. wtedy zaczynało się przedstawienie. prywatny spektakl. usta tańczące namiętne, kubańskie tańce. nikt nie klaskał, nie było widowni. tylko poruszone serca na chwile zamierały w klatkach żeber. a oni, zupełnie nieświadomi swoich ról, kładli rozpalone ciała na jasnej pościeli. wodzili na oślep rękoma po smukłych sylwetkach. zatapiali palce w gęstych włosach. perłowymi zębami dyskretnie zagryzali miękką skórę. płynnym ruchem spajali ze sobą dwa nagie ciała. nie czuli skrępowania. byli pozbawieni jakichkolwiek myśli. działali instynktownie. jak dzikie zwierzęta. kilka westchnień, kilka pięści zaciśniętych na białym prześcieradle i nagle gasły światła. umysły zasypiały, a ciała pozostawały w beztroskiej symbiozie...
po takim sztormie nie potrafiła go wyrzucić. przecież nie mogła bez niego żyć.
***
czasami przeraża mnie to, jak silnie potrafi wstrząsnąć mną muzyka.