niedziela, 18 września 2011

pomyłka.

biały kruk okazał się wroną oblaną białą farbą.
król kier to tak naprawdę odwrócony pik.
palpitacje serca były uczuciem - nie strachem.
potoki łez są ulgą - nie męką.
tylko Wy okazaliście się prawdziwi.
tylko Was dobrze oceniłam.

czwartek, 15 września 2011

twa-klą-twa.

masz rację. to klątwa. nic innego. nie urok, nie wykrakanie. klątwa w czystej (o ironio) postaci. szczypie, drapie, pali, dusi, gryzie, rozrywa na części pierwsze wszystko co do tej pory leżało idealnie poskładane. albo przynajmniej sprawiało takie wrażenie. nie oszukujmy się, uniemożliwia mi normalne życie. a ja bez słowa sprzeciwu biorę ją jak swoją, chowam pod sukienką i zasłaniam uśmiechem. wywieszam białą flagę, podnoszę ręce. udaje, że wszystko jest w porządku. udaję, słyszysz?! cholera, ja tylko udaje. bo tak naprawdę dość mam już płakania po kątach, dość mam skurczy żołądka, dość mam martwego patrzenia się w biały sufit. nie chce znów być słabą, zapchloną suką, skuloną pod blatem brzozowego stołu. chcę odetchnąć, uciec, zacząć od nowa. dlatego daj mi rozgrzeszenie i zapomnijmy o wszystkim. wyznałam już wszystkie grzechy.

sobota, 10 września 2011

nie myślałam, że porzucanie Ciebie będzie mi się przytrafiało tak często. że każda zmiana w moim życiu będzie oznaczała zerwanie z jakąś częścią Twojego chwiejnego 'JA'. i nie myślałam też, że to będzie dla mnie takie trudne. przecież to nic takiego. chodzi tylko o zmianę perfum. tych perfum, które tak lubiłeś. tych perfum, które towarzyszyły nam każdego dnia. tych perfum, którymi skutecznie Cię czarowałam. głupi flakonik i pachnąca ciecz, a wpędzają mnie w tak niskie stany. to prymitywne - dać się opętać zapachom i wspomnieniom.
teraz pachnę inaczej. już nie przypomnę Ci tamtych wieczorów mijając Cię na korytarzu. i sobie też już niczego nie przypomnę. może nowe perfumy będą początkiem nowej historii. być może lepszej? kto wie. jedno jest pewne: nie lubię porzucać Cię wciąż i wciąż. byłoby lepiej gdybyś zniknął, tak po prostu zniknął z mojego życia. wczorajszego, dzisiejszego i jutrzejszego.

czwartek, 8 września 2011

bumerang. rang rang.


nagle cały świat przestaje istnieć. zamykam oczy i nie ma już nic poza mną i Twoim głosem w plastikowej słuchawce. ale plastikowa słuchawka zaczyna znikać. staje się cieplejsza, jakby lżejsza. po chwili zwyczajnie jej nie ma. po chwili jesteśmy obok siebie. po chwili siedzimy pod ciepłym kocem. opieram ciężką głowę na Twoim ramieniu. wplatam zmarznięte dłonie między Twoje palce. przysuwam się i czuję bicie Twojego serca. całujesz mnie w czoło, gładzisz po włosach i opowiadasz. opowiadasz o tym co dziś robiłeś. o tym, że tęsknisz. że lubisz ze mną rozmawiać. i że przepraszasz. przepraszasz bo musisz kończyć. kończyć. k   o   ń   c   z    y   ć... otwieram oczy. pojawia się słuchawka. czuję jej zimny plastik. znikasz. a ja znowu czekam, aż wrócisz. jak bumerang.

czwartek, 1 września 2011

nie piję często alkoholu. ale jeśli już mi się zdarzy to piję dużo. z premedytacją kradnę fragmenty własnej podświadomości. wyrzucam je w eter. były. nie ma. bo skoro i tak skazuje swoje ciało na problemy to czemu miałabym się przy tym nie poczuć lepiej? nie spodziewałam się jednak, że tym razem poczuję się gorzej. że wyląduję na burym, miękkim dywanie i użalając się nad sobą wyleję martwe morze łez. że upadnę tak boleśnie, jak dawno nie zdarzyło mi się upaść. że znów obudzą się we mnie niedobre, zepsute, gnijące wnioski. bo to ja lubię Twoje oczy. i to to mnie zgubi. nie odwrotnie.
i tak. dotarło do mnie, że nie mam nikogo. nikogo 'takiego'. i boję się, że już nie będę miała.




a Twoja osoba niczego nie ułatwia. nie utrudnia. nie wnosi. nie zmienia.
przynajmniej kupiłam nowy kubek.