wariuję. tracę zmysły. upadam. coraz niżej. marszczę zatroskane czoło i nerwowo przymykam oczy. z rezygnacją zagryzam karykaturalne usta. wbijam jasne paznokcie w nieopaloną skórę. z bezsilności. z bezradności. gasnę. znikam. i strach depcze mi po piętach. głowa pełna obaw. i sfatygowane serce.
boje się. jak nigdy. i wszyscy wiemy, że to niezdrowe. nieodpowiednie. niewłaściwe. niedozwolone. nieprzyzwoite. niemoralne.
(kolejna przerwa od 'smutku'. nie mogę zebrać myśli)
wtorek, 12 czerwca 2012
poniedziałek, 4 czerwca 2012
5 oblicz smutku.
III
negocjacje
odchodzisz? nie możesz! chwytasz go za rękę. wyrywa się, brnie w lodowate zaspy. zaciskasz palce na chudym przegubie. dwa serca, jeden puls - jeszcze przez moment, chociaż przez chwile, przez mgnienie oka. szarpie się. puszczasz. musi wrócić. za tydzień. może dwa. nie więcej niż miesiąc. wróci. rozumiesz, to chwilowa słabość. rutyna popycha go w okrutny bieg wydarzeń. ale przecież wcale nie chce tak żyć. było mu dobrze. tu. z Tobą. bez niego. bez niej. pół roku? zgadzasz się. niech będzie pół roku, ale ani dnia dłużej. i później już tylko ja wypływa twardo, choć niespokojnie spod strun głosowych. miłość? nie, to nie miłość. może przyjaźń, może fizyczność. ale miłości tam nie ma. nie może być, słyszysz?
rok?
...
trochę w lewo, trochę w prawo. szamoczesz się. próbujesz uzyskać najlepszą z możliwych ofert. prowadzisz rozmowy. akceptujesz i negujesz warunki. traktujesz życie jak chwilowy biznes. wszystko by dobić targu z bezwzględnym losem. gubisz się we własnych żądaniach, desperacja przysłania cel. wyzbyłeś się godności i stojąc na przegranej już pozycji skamlesz jak pies, którego właścicielem jest trup na okurzonej sofie.
skończ. przestań. to koniec. przegrałeś. możesz odejść...
negocjacje
odchodzisz? nie możesz! chwytasz go za rękę. wyrywa się, brnie w lodowate zaspy. zaciskasz palce na chudym przegubie. dwa serca, jeden puls - jeszcze przez moment, chociaż przez chwile, przez mgnienie oka. szarpie się. puszczasz. musi wrócić. za tydzień. może dwa. nie więcej niż miesiąc. wróci. rozumiesz, to chwilowa słabość. rutyna popycha go w okrutny bieg wydarzeń. ale przecież wcale nie chce tak żyć. było mu dobrze. tu. z Tobą. bez niego. bez niej. pół roku? zgadzasz się. niech będzie pół roku, ale ani dnia dłużej. i później już tylko ja wypływa twardo, choć niespokojnie spod strun głosowych. miłość? nie, to nie miłość. może przyjaźń, może fizyczność. ale miłości tam nie ma. nie może być, słyszysz?
rok?
...
trochę w lewo, trochę w prawo. szamoczesz się. próbujesz uzyskać najlepszą z możliwych ofert. prowadzisz rozmowy. akceptujesz i negujesz warunki. traktujesz życie jak chwilowy biznes. wszystko by dobić targu z bezwzględnym losem. gubisz się we własnych żądaniach, desperacja przysłania cel. wyzbyłeś się godności i stojąc na przegranej już pozycji skamlesz jak pies, którego właścicielem jest trup na okurzonej sofie.
skończ. przestań. to koniec. przegrałeś. możesz odejść...
niedziela, 20 maja 2012
od serca do.
kocham cie bo musze. bo jesteś we mnie. bo żyjesz. oddychasz.
kurczysz sie i szepczesz. sprawiasz, ze upadam i pozwalasz mi się podnieść.
jesteś stwórcą i katem. dwie osoby w jednej, pozornie kruchej postaci. ot, twój
fenomen. dajesz o sobie znać permanentnie, w najmniej oczekiwanych chwilach.
budzisz się gwałtownie by zasnąć na wieki wieków. pozwalasz uwierzyć i odbierasz nadzieje.
kocham Cie bo muszę. jakas siła stworzenia chciała byś był właśnie we mnie. by można było nazwać nas jednością. byśmy budzili sie razem i razem zasypiali. rodzili wspolne wschody i obcinali glowy naiwnym zachodom. tanczyli w deszczu i toneli we łzach. mieliśmy byc razem w zdrowiu i w chorobie. w bogactwie i w biedzie. 'na dobre, na niedobre i na litość boską'.
tymczasem bywasz moim najgorszym wrogiem. koszmarem na jawie. prywatnym mordercą i mesjaszem zarazem. pragne zatopic mietowe paznokcie w miekkiej skórze i wyrwac cie ciasnej klatce żeber. bez ciebie świat byłby prostszy...
kocham Cie bo muszę. jakas siła stworzenia chciała byś był właśnie we mnie. by można było nazwać nas jednością. byśmy budzili sie razem i razem zasypiali. rodzili wspolne wschody i obcinali glowy naiwnym zachodom. tanczyli w deszczu i toneli we łzach. mieliśmy byc razem w zdrowiu i w chorobie. w bogactwie i w biedzie. 'na dobre, na niedobre i na litość boską'.
tymczasem bywasz moim najgorszym wrogiem. koszmarem na jawie. prywatnym mordercą i mesjaszem zarazem. pragne zatopic mietowe paznokcie w miekkiej skórze i wyrwac cie ciasnej klatce żeber. bez ciebie świat byłby prostszy...
ale przecież prostszy nie
będzie lepszy.
dlatego dziekuję, że jesteś
moje głupie Serce.
(chwilowa przerwa od smutku. tylko chwilowa)
(chwilowa przerwa od smutku. tylko chwilowa)
niedziela, 29 kwietnia 2012
5 oblicz smutku
II
złość.
krzyk. urwane słowa. łzy. talerz. dwa talerze. może wazon, może szklanka. zarzuty, wyrzuty. obelgi i prośby. ciskasz w niego ślepo. czym popadnie. wszystkim . niczym. i klniesz pod nosem, pod brodą, pod sercem, pod domem, pod kościołem, pod niebem. rodzi się w tobie demon. żywioł nie do okiełznania. pali, ziębi. wyrywa narządy i skręca żyły. budzi się morderca. dobór ofiary. on czy ja. ona? oni? my? nie. my nie. i po co? trzeba było uciekać kiedy się dało. kiedy jeszcze nie tykał zegar. jak złowroga bomba w naiwnym, dzikim sercu. i nie wiesz kto zawinił. kto maluje czerwone maki na bladym policzku. kto umoczył ręce krwią.
opętała cię złość. gniew rozsadza klatkę żeber. sama sobie jesteś winna. pozwoliłaś się opętać. nie masz prawa głosu.
czekaj na rozgrzeszenie.
złość.
krzyk. urwane słowa. łzy. talerz. dwa talerze. może wazon, może szklanka. zarzuty, wyrzuty. obelgi i prośby. ciskasz w niego ślepo. czym popadnie. wszystkim . niczym. i klniesz pod nosem, pod brodą, pod sercem, pod domem, pod kościołem, pod niebem. rodzi się w tobie demon. żywioł nie do okiełznania. pali, ziębi. wyrywa narządy i skręca żyły. budzi się morderca. dobór ofiary. on czy ja. ona? oni? my? nie. my nie. i po co? trzeba było uciekać kiedy się dało. kiedy jeszcze nie tykał zegar. jak złowroga bomba w naiwnym, dzikim sercu. i nie wiesz kto zawinił. kto maluje czerwone maki na bladym policzku. kto umoczył ręce krwią.
opętała cię złość. gniew rozsadza klatkę żeber. sama sobie jesteś winna. pozwoliłaś się opętać. nie masz prawa głosu.
czekaj na rozgrzeszenie.
sobota, 14 kwietnia 2012
5 oblicz smutku.
I
zaprzeczenie.
nie. nie prawda. pomyłka. błąd. niemożliwe.
wymyślasz określenia dla zaistniałej sytuacji. trzęsącymi dłońmi grzebiesz w otchłaniach świadomości by odszukać kolejne 'nie'. im więcej, tym dalej od prawdy. tym dalej od bólu. tym dalej od apokalipsy, prywatnego końca świata, zagłady istnienia.
dławisz się każdym słowem. łzy boleśnie napierają na szklane tęczówki. siłujesz się z samym sobą wciąż obracając głową. w prawo. w lewo. w prawo. i w lewo. na przemian.
próbujesz uspokoić oddech. opamiętać zmysły. zahamować pędzące serce. krew pulsuje pod gęsią skórką. żebra trzeszczą od (za)głębokich wdechów. cierpisz bo stawiasz opór. bo uparcie nie wierzysz, że przegrałeś. bo wciąż naiwnie masz nadzieję, że to nie koniec. oh, głupi człowieku. jak bardzo się mylisz.
ale nie martw się. to chwilowe.
teraz pomyśl, że takie samo piekło przeżywa właśnie morze innych równie głupich ludzi.
zamknij oczy. rozluźnij mięśnie.
raz. dwa. trzy.
dobranoc.
Subskrybuj:
Posty (Atom)