IV
depresja
w końcu przychodzi taki dzień, który przynosi cierpienie najgorsze z możliwych. opętane zmysły wyją z bólu, serce permanentnie pędzi jak oszalałe i zamiera na chwile. krew rozsadza cienkie żyły. zęby rzucają swoje kajdany na zapłakane usta. a puste tęczówki martwo wodzą po ścianie. rzeczywistość ciska w Ciebie piorunami swojej niesprawiedliwości. historia bzdur odbija się od głuchych ścian podświadomości. żyjesz, ale to powolne konanie doprowadza Cię do skrajnego szaleństwa. we krwi nie czujesz ciepłego słowa. ogarnia Cię lęk. strach. sztachety nocy uparcie biją Cię po wątłych plecach. bezdomni nadziei szczują psami. rozdzierasz gardło, wyjesz, skamlesz. nikt nie słyszy. nawet echo umarło. jesteś sam ze swoim ogromem żalu. bezradność bije Cię po twarzy, prawda pogardliwie wyszczerza żółte kły. upadasz na ziemię. i kulisz się w sobie. przeżywasz prywatną apokalipsę, armagedon. koniec świata depcze Ci po piętach i nie widzisz najmniejszej nawet szansy na przeżycie.
przejdzie. wszystko przechodzi. nawet największa miłość w końcu umiera. umierają przyjaźnie i przysięgi. umierają ludzie. wszystko się zmienia i nic nie trwa wiecznie. ten o to fakt spadł na mnie dziś jak grom z jasnego nieba. jakaż ja jestem naiwna. przepraszam, że pozwoliłam sobie mieć nadzieję.
czwartek, 5 lipca 2012
poniedziałek, 18 czerwca 2012
miasto we mgle ginące.
zamieszkałam tam. zostawiłam wszystkie swoje rzeczy. serce zawieszone na drewnianym haku. rozum niedbale, wręcz wyzywająco rzucony na niepościelone łóżko. spalone walizki i stare obrazy. zapomniany już uśmiech, zalotnie wykrzywiający usta na ciepłej pościeli. bursztyny w ponownej konfrontacji z niewinnym słońcem. pudrowa broń złożona pokojowo w arsenale.
zamieszkałam tam. miasto moje, w tobie moje niepokoje. od świtu do nocy. zapętla się koło strachu i niepewności. czułeś to kiedyś? to samo, a może coś podobnego? nie słychać przecież galopującego serca. policzki śpią spokojnie. bez wartkich strumieni. zmysły są lżejsze niż zazwyczaj. tylko umysł dawno tak nie szalał. ale to nie to. i nie tamto. nikt nie wie co. i ty też nie wiesz. nie wiem. nie wiedzą.
szpital psychiatryczny - wynajmę od zaraz. w głowie mi się przepaliły wszystkie bezpieczniki. zawijam się w dywan. moja dusza mruczy. mrrr.
zamieszkałam tam. miasto moje, w tobie moje niepokoje. od świtu do nocy. zapętla się koło strachu i niepewności. czułeś to kiedyś? to samo, a może coś podobnego? nie słychać przecież galopującego serca. policzki śpią spokojnie. bez wartkich strumieni. zmysły są lżejsze niż zazwyczaj. tylko umysł dawno tak nie szalał. ale to nie to. i nie tamto. nikt nie wie co. i ty też nie wiesz. nie wiem. nie wiedzą.
szpital psychiatryczny - wynajmę od zaraz. w głowie mi się przepaliły wszystkie bezpieczniki. zawijam się w dywan. moja dusza mruczy. mrrr.
wtorek, 12 czerwca 2012
co?
wariuję. tracę zmysły. upadam. coraz niżej. marszczę zatroskane czoło i nerwowo przymykam oczy. z rezygnacją zagryzam karykaturalne usta. wbijam jasne paznokcie w nieopaloną skórę. z bezsilności. z bezradności. gasnę. znikam. i strach depcze mi po piętach. głowa pełna obaw. i sfatygowane serce.
boje się. jak nigdy. i wszyscy wiemy, że to niezdrowe. nieodpowiednie. niewłaściwe. niedozwolone. nieprzyzwoite. niemoralne.
(kolejna przerwa od 'smutku'. nie mogę zebrać myśli)
boje się. jak nigdy. i wszyscy wiemy, że to niezdrowe. nieodpowiednie. niewłaściwe. niedozwolone. nieprzyzwoite. niemoralne.
(kolejna przerwa od 'smutku'. nie mogę zebrać myśli)
poniedziałek, 4 czerwca 2012
5 oblicz smutku.
III
negocjacje
odchodzisz? nie możesz! chwytasz go za rękę. wyrywa się, brnie w lodowate zaspy. zaciskasz palce na chudym przegubie. dwa serca, jeden puls - jeszcze przez moment, chociaż przez chwile, przez mgnienie oka. szarpie się. puszczasz. musi wrócić. za tydzień. może dwa. nie więcej niż miesiąc. wróci. rozumiesz, to chwilowa słabość. rutyna popycha go w okrutny bieg wydarzeń. ale przecież wcale nie chce tak żyć. było mu dobrze. tu. z Tobą. bez niego. bez niej. pół roku? zgadzasz się. niech będzie pół roku, ale ani dnia dłużej. i później już tylko ja wypływa twardo, choć niespokojnie spod strun głosowych. miłość? nie, to nie miłość. może przyjaźń, może fizyczność. ale miłości tam nie ma. nie może być, słyszysz?
rok?
...
trochę w lewo, trochę w prawo. szamoczesz się. próbujesz uzyskać najlepszą z możliwych ofert. prowadzisz rozmowy. akceptujesz i negujesz warunki. traktujesz życie jak chwilowy biznes. wszystko by dobić targu z bezwzględnym losem. gubisz się we własnych żądaniach, desperacja przysłania cel. wyzbyłeś się godności i stojąc na przegranej już pozycji skamlesz jak pies, którego właścicielem jest trup na okurzonej sofie.
skończ. przestań. to koniec. przegrałeś. możesz odejść...
negocjacje
odchodzisz? nie możesz! chwytasz go za rękę. wyrywa się, brnie w lodowate zaspy. zaciskasz palce na chudym przegubie. dwa serca, jeden puls - jeszcze przez moment, chociaż przez chwile, przez mgnienie oka. szarpie się. puszczasz. musi wrócić. za tydzień. może dwa. nie więcej niż miesiąc. wróci. rozumiesz, to chwilowa słabość. rutyna popycha go w okrutny bieg wydarzeń. ale przecież wcale nie chce tak żyć. było mu dobrze. tu. z Tobą. bez niego. bez niej. pół roku? zgadzasz się. niech będzie pół roku, ale ani dnia dłużej. i później już tylko ja wypływa twardo, choć niespokojnie spod strun głosowych. miłość? nie, to nie miłość. może przyjaźń, może fizyczność. ale miłości tam nie ma. nie może być, słyszysz?
rok?
...
trochę w lewo, trochę w prawo. szamoczesz się. próbujesz uzyskać najlepszą z możliwych ofert. prowadzisz rozmowy. akceptujesz i negujesz warunki. traktujesz życie jak chwilowy biznes. wszystko by dobić targu z bezwzględnym losem. gubisz się we własnych żądaniach, desperacja przysłania cel. wyzbyłeś się godności i stojąc na przegranej już pozycji skamlesz jak pies, którego właścicielem jest trup na okurzonej sofie.
skończ. przestań. to koniec. przegrałeś. możesz odejść...
niedziela, 20 maja 2012
od serca do.
kocham cie bo musze. bo jesteś we mnie. bo żyjesz. oddychasz.
kurczysz sie i szepczesz. sprawiasz, ze upadam i pozwalasz mi się podnieść.
jesteś stwórcą i katem. dwie osoby w jednej, pozornie kruchej postaci. ot, twój
fenomen. dajesz o sobie znać permanentnie, w najmniej oczekiwanych chwilach.
budzisz się gwałtownie by zasnąć na wieki wieków. pozwalasz uwierzyć i odbierasz nadzieje.
kocham Cie bo muszę. jakas siła stworzenia chciała byś był właśnie we mnie. by można było nazwać nas jednością. byśmy budzili sie razem i razem zasypiali. rodzili wspolne wschody i obcinali glowy naiwnym zachodom. tanczyli w deszczu i toneli we łzach. mieliśmy byc razem w zdrowiu i w chorobie. w bogactwie i w biedzie. 'na dobre, na niedobre i na litość boską'.
tymczasem bywasz moim najgorszym wrogiem. koszmarem na jawie. prywatnym mordercą i mesjaszem zarazem. pragne zatopic mietowe paznokcie w miekkiej skórze i wyrwac cie ciasnej klatce żeber. bez ciebie świat byłby prostszy...
kocham Cie bo muszę. jakas siła stworzenia chciała byś był właśnie we mnie. by można było nazwać nas jednością. byśmy budzili sie razem i razem zasypiali. rodzili wspolne wschody i obcinali glowy naiwnym zachodom. tanczyli w deszczu i toneli we łzach. mieliśmy byc razem w zdrowiu i w chorobie. w bogactwie i w biedzie. 'na dobre, na niedobre i na litość boską'.
tymczasem bywasz moim najgorszym wrogiem. koszmarem na jawie. prywatnym mordercą i mesjaszem zarazem. pragne zatopic mietowe paznokcie w miekkiej skórze i wyrwac cie ciasnej klatce żeber. bez ciebie świat byłby prostszy...
ale przecież prostszy nie
będzie lepszy.
dlatego dziekuję, że jesteś
moje głupie Serce.
(chwilowa przerwa od smutku. tylko chwilowa)
(chwilowa przerwa od smutku. tylko chwilowa)
Subskrybuj:
Posty (Atom)