poniedziałek, 17 września 2012

za szybko. za wolno. za dużo i zbyt mało. skrajności i końce. żadnych środków. półśrodków nawet. gdzieś kuje, gdzieś boli. dużo ciebie. jej. jego. mnie nie. ciężkie powieki brutalnie ograniczają życie. i nie ma wyjścia, wytchnienia. permanentna burza. z deszczu pod rynnę. spod rynny w deszcz. spokój potrzebny na już, na gwałt. 
w wełnianym kocu zatracam wątły szkielet. w aromatycznej herbacie topie frustracje. cichą muzyką koje zmysły. a brak mi czasu na te przyjemności.

niedziela, 26 sierpnia 2012

antyczna tragedia współczesna.

fatum. najgorszy z możliwych oprawców. zatruwa życie z każdą sekundą. prześladuje Cię na każdym kroku i nie pozwala swobodnie oddychać. ściśnięte gardło, wąskie żyły, palpitacje serca. wyciska z Ciebie to co najlepsze pozostawiając zgarbioną, sponiewieraną sylwetkę człowieka wypchaną palącym poczuciem winy i żarzącymi się wyrzutami sumienia. uderza w najsłabszy punkt, ugina czerwone kolana, przyciska Cię do ściany konfliktu tragicznego. nie ma dobrej drogi. wszystkie prowadzą do piekła. dziewięć kręgów  Dantego to nic w porównaniu z tym, z czym przyjdzie Ci się zmierzyć. boisz się. trzęsiesz. targają Tobą skrajne emocje. łapiesz oddech. tlen ulatuje przez dziurę w klatce żeber. i modlisz się. modlisz. o koniec świata, apokalipsę. o cokolwiek. cokolwiek co mogłoby skończyć Twoje cierpienie. modlisz się i nic się nie zmienia.     fatum prześladuje Cię przez całe życie zaciskając długie palce na chudym przegubie. nie uciekaj. walcz.


moje życie przybrało postać tragedii antycznej, której nie powstydziłby się Sofokles.
nie wiem co robić. boję się. 
potrzebuję podlasia i nocy na wsi.

niedziela, 29 lipca 2012

5 oblicz smutku.


akceptacja






nagle wszystko staje się niezwykle oczywiste, jasne i proste. prawda spada na Ciebie jak grom z jasnego nieba. tym razem jednak nie ugina wątłych kolan. nie tłamsi zmysłów. nie burzy krwi w błękitnych żyłach. nie przysparza o palpitacje naiwnego serca. tym razem przyjmujesz ją ze spokojem godnym najwybitniejszego stoika. pochylasz czoło, marszczysz nieznacznie brwi. ale nie cierpisz. potrzebujesz teraz chwili spokoju i wytchnienia. chwili wolności od emocji i uczuć. przez moment potrzebujesz być prostym człowiekiem. potrzebujesz czasu na zebranie myśli. bo co dalej? jeśli zaakceptowałeś porażkę to czy jest sens brnąć dalej w twarde bruzdy życia i narażać się na następną? czy wystawienie samego siebie na kolejną próbę nie będzie samobójstwem? czy można z popiołów ulepić nowy dom? żadnej dobre odpowiedzi. dlatego żyj dalej. po prostu. żyj.




czasami pogodzenie się z przeszłością jest jedyną drogą do spokoju ducha.
a czasami to niezdolność zaakceptowania straty, wynikająca z szaleństwa, jest jedyną rzeczą, która trzyma nas przy życiu.
tak źle i tak niedobrze. 

niedziela, 15 lipca 2012



odszedłeś. a raczej zostałeś porzucony. z premedytacją odepchnęłam twoje ciepłe ramiona. pamiętam szklane odbicie twarzy. malowaną rozpacz. cierpiące bursztyny. nadal czuje zimny powiew wiatru na rumianym policzku i męczącą chęć zniknięcia. nieistotne. rozeszliśmy się - każde w swoją stronę. dlaczego więc jesteś? topisz mnie w smutnych tęczówkach. łaskoczesz pod skórą. płyniesz z wartkim prądem błękitnych żył. odbijasz się niezdarnie od ścian kruchego serca. gmerasz chudym palcem w chorej podświadomości. dlaczego na dobre wszyłeś się w moje ciało? na wieki wieków. pozostawiłeś we mnie wiele strachu, bólu i niepewności. bo dalej nie wiem czy nie byłoby łatwiej być twoją Madonną Małgorzatą.
powiedz, po co nam była ta 'miłość'? dostaliśmy więcej cierpienia niż szczęścia...




i brzęczy nieznośnie w uszach 'kochałem cię, naprawdę cię kochałem'.
tylko ty. nikt więcej. nikt mniej. nikt.

czwartek, 5 lipca 2012

5 oblicz smutku.

IV 
depresja



w końcu przychodzi taki dzień, który przynosi cierpienie najgorsze z możliwych. opętane zmysły wyją z bólu, serce permanentnie pędzi jak oszalałe i zamiera na chwile. krew rozsadza cienkie żyły. zęby rzucają swoje kajdany na zapłakane usta. a puste tęczówki martwo wodzą po ścianie. rzeczywistość ciska w Ciebie piorunami swojej niesprawiedliwości. historia bzdur odbija się od głuchych ścian podświadomości. żyjesz, ale to powolne konanie doprowadza Cię do skrajnego szaleństwa. we krwi nie czujesz ciepłego słowa. ogarnia Cię lęk. strach. sztachety nocy uparcie biją Cię po wątłych plecach. bezdomni nadziei szczują psami. rozdzierasz gardło, wyjesz, skamlesz. nikt nie słyszy. nawet echo umarło. jesteś sam ze swoim ogromem żalu. bezradność bije Cię po twarzy, prawda pogardliwie wyszczerza żółte kły. upadasz na ziemię. i kulisz się w sobie. przeżywasz prywatną apokalipsę, armagedon. koniec świata depcze Ci po piętach i nie widzisz najmniejszej nawet szansy na przeżycie.






przejdzie. wszystko przechodzi. nawet największa miłość w końcu umiera. umierają przyjaźnie i przysięgi. umierają ludzie. wszystko się zmienia i nic nie trwa wiecznie. ten o to fakt spadł na mnie dziś jak grom z jasnego nieba. jakaż ja jestem naiwna. przepraszam, że pozwoliłam sobie mieć nadzieję.