nie wiem czy powinnam pisać tu cokolwiek, bo korybut zrobił się bardziej publiczny niż bym tego chciała. jednak mam silną potrzebę pisania i wylewania tu za pomocą słów, wszystkiego co mnie gryzie od środka.
nie rozumiem. naprawdę nie rozumiem swoich uczuć. to dość prymitywne. moja podświadomość sama sobie zaprzecza. sama pod sobą kopie dołki. dołek, bach. wyczołgam się. krok, dołek, bach. wyczołgam się. dołek, bach, wyczołgam się. dołek, bach... tylko, że z każdym wygrzebaniem się świat wygląda inaczej. inaczej widzę wszystko co zostawiłam za sobą. bolą mnie sytuacje, które mają miejsce. 'ludzie się zmieniają, to nie twoja wina. korybucie. idź dalej i nie patrz za siebie'. jak bardzo bym chciała, żeby 'wykonać' było tak samo proste jak 'powiedzieć'. oddałabym za to naprawdę wiele. naprawdę... tymczasem nie mam możliwości zrobienia kroku do tyłu. nie mam szansy, żeby wszystko naprawić.
***
dawno nie byłam tak zła. tak zła na samą siebie. jak ja pięknie potrafię niszczyć sobie życie. owacje na stojąco.
ps. miałam być szczęśliwa do jasnej cholery. pytam się : gdzie to szczęście?