zabrakło słów. zapewnień. deklaracji. prymitywnego papierka w głupim urzędzie. taka błahostka, takie nic. nic, które zbudowało wysoki mur. w dodatku zakończony drutem kolczastym. bez możliwości ucieczki. mogliśmy uderzać w ściany, zdzierać skórę z zaciśniętych pięści. łamać paznokcie wydrapując cegły. rozbijać głowę o czerwono-bursztynowe sentymenty. to takie zabawne kiedy patrzy się na to z perspektywy czasu i widzi się, że to wszystko poszło na marne. nie miało sensu. bo potrzebne były słowa. lawiny, potoki i rwące strumienie słów. błędem było zawzięte uprawianie ciszy.
dzisiaj śmieję się z naiwności, która wtedy górowała nad horyzontem. śmieję się przez łzy. bo wolałabym, żeby zamiast niej wzeszło słońce.
myślę o tym wszystkim a Ty uparcie starasz mi się udowodnić, że nie kochałam. bo nie było troski, bo nie było poczucia odpowiedzialności, zabrakło poszanowania i poznania. ale tak naprawdę nie wiesz o czym mówisz. nie możesz nic na ten temat wiedzieć bo nie jesteś mną, a ja nigdy nie będę Tobą. za to On ma rację mówiąc, że wszystko przez białe przepaście. bo gdybyś coś naprawdę kochał lub był przywiązany - naprawdę : nie byłoby ich. więc to jednak nie-naprawdę? kochał czy był przywiązany? tak czy nie? a może gra toczy się o to nieszczęsne 'lub'?
nie mam już siły. istny harmider.
piątek, 7 października 2011
wtorek, 27 września 2011
ktoś musi się o mnie modlić. odmawiać codziennie paciorek właśnie w mojej intencji. zaciskać kciuki, przebijając cienką skórę niewypiłowanymi paznokciami. w sakralnym skupieniu marszczyć nos i zamykać powieki na niebieskich tęczówkach. oh, z całą pewnością jest taka osoba. inaczej nie miałabym tyle szczęścia wśród mojego życiowego chaosu. inaczej już dawno wpadłabym w jakiś dół bez możliwości ucieczki. inaczej nie podniosłabym się po wszystkich upadkach i wciąż leżałabym z rumianym policzkiem umoczonym w błocie.
dziękuję Ci pięknie, że dbasz o moje szczęście. kimkolwiek jesteś.
dziękuję Ci pięknie, że dbasz o moje szczęście. kimkolwiek jesteś.
na Twojej ciemnej twarzy jasne cienie.
zasiadłeś przy stoliku
i położyłeś na nim poszarzałe ręce.
sprawiasz wrażenie ducha,
który próbuje wywoływać żywych.
zasiadłeś przy stoliku
i położyłeś na nim poszarzałe ręce.
sprawiasz wrażenie ducha,
który próbuje wywoływać żywych.
(powrót do szymborskiej.)
(kiedyś usiądę obok Ciebie i wypiję gorąca herbatę z moim Aniołem Stróżem)
niedziela, 25 września 2011
i already know, what it is love.
wzniosłam się dziś tak wysoko, że nie zdawałam sobie nawet sprawy z istnienia tak odległych przestrzeni. wzniosłam się dziś tak wysoko, że nie zamierzam już nigdy spaść. od dzisiaj będę Madonną Małgorzatą szukającą mistrza wśród sfer niebieskich. jedną z trzech. pięknych i niepowtarzalnych.
a wzniosłam się za sprawą Boskiego dzieła i równie Boskich istot, które uchwyciły każdy mój zmysł i wątłe serce. chwyciły i nie puszczały przez jedną godzinę i dwadzieścia minut. a także za sprawą tego co wydarzyło się po owej godzinie i dwudziestu minutach. a było to zdarzenie wyrwane żywcem ze snu. sen na jawie, czy jawa we śnie - nie wiem już sama. ale palpitacje serca towarzyszą mi wciąż jeszcze i nie pozwolą dziś spokojnie zasnąć. było to zdarzenie, którego nikt i nic nie będzie wstanie wymazać mi z pamięci. którym przez długi jeszcze czas będę oddychać. które obudziło dawno już zapomnianą cząstkę w moim dwukomorowym sercu. a przede wszystkim było to wydarzenie, które pokazało mi czym jest miłość.
uświadomiona tak gwałtownie, ale bez żadnej brutalności chce przekazać Ci kilka zdań. choć wiem, że nigdy ich nie przeczytasz, powinny się tu znaleźć. mówią poniekąd o naszej historii:
Nie mogę żyć bez ciebie
I z tobą też nie,
A kocham tak namiętnie
I tak bezbrzeżnie.
I z tobą też nie,
A kocham tak namiętnie
I tak bezbrzeżnie.
(...)
Nie mogę śnić o tobie,
Nie mogę śnić o tobie,
Bo nie śpię miesiąc,
A przecież śnić o tobie
Nie można, nie śpiąc!
Więc straszną czuję trwogę,
A przecież śnić o tobie
Nie można, nie śpiąc!
Więc straszną czuję trwogę,
Bo nie śpię przecież,
Dlatego, że nie mogę
...
Bez Ciebie żyć (?).
Dlatego, że nie mogę
...
Bez Ciebie żyć (?).
a strach wszelki diabli biorą. diabli wzięli.
sobota, 24 września 2011
dla wspaniałej mojej A.
lubię być korybutem. lubię móc powiedzieć o tym co mnie gryzie od wewnątrz. i o tym, co żarzy się radością pod kruchymi żebrami. tak po prostu. lubię mówić po swojemu, tak, by nie każdy rozumiał.
a jeszcze bardziej lubię być korybutem, który powoli doprowadza swój umysł do najwyższej klarowności. który układa wszystko w swojej małej główce, eliminuje niepotrzebne elementy i ustala priorytety.
lubię być korybutem. i dziękuję, że kiedyś go ze mną stworzyłaś, A.
a jeszcze bardziej lubię być korybutem, który powoli doprowadza swój umysł do najwyższej klarowności. który układa wszystko w swojej małej główce, eliminuje niepotrzebne elementy i ustala priorytety.
lubię być korybutem. i dziękuję, że kiedyś go ze mną stworzyłaś, A.
środa, 21 września 2011
i jedyne co teraz czuje to żal wypalający mi dziurę po lewym przedsionku serca. wyrwałeś mi go, zgniotłeś w silnej pięści i rzuciłeś na ziemie. podeptałeś i podpaliłeś. nic z niego nie zostało. przez Ciebie znów jestem emocjonalną kaleką. znów zalewam policzki słonymi łzami. znów czuje, że tracę grunt pod małymi stopami. a Ty stoisz, patrzysz na mnie i nic nie robisz. stoisz tak brutalnie niewzruszony i uderzasz mnie w twarz. ile jeszcze muszę znosić tego upokorzenia i bólu, żebyś w końcu zrozumiał co do Ciebie mówię? przecież wiesz, że tak naprawdę nie jestem silna i dzielna. że nie mam siły by walczyć tak długo. przecież wiesz.
Subskrybuj:
Posty (Atom)