zabrakło słów. zapewnień. deklaracji. prymitywnego papierka w głupim urzędzie. taka błahostka, takie nic. nic, które zbudowało wysoki mur. w dodatku zakończony drutem kolczastym. bez możliwości ucieczki. mogliśmy uderzać w ściany, zdzierać skórę z zaciśniętych pięści. łamać paznokcie wydrapując cegły. rozbijać głowę o czerwono-bursztynowe sentymenty. to takie zabawne kiedy patrzy się na to z perspektywy czasu i widzi się, że to wszystko poszło na marne. nie miało sensu. bo potrzebne były słowa. lawiny, potoki i rwące strumienie słów. błędem było zawzięte uprawianie ciszy.
dzisiaj śmieję się z naiwności, która wtedy górowała nad horyzontem. śmieję się przez łzy. bo wolałabym, żeby zamiast niej wzeszło słońce.
myślę o tym wszystkim a Ty uparcie starasz mi się udowodnić, że nie kochałam. bo nie było troski, bo nie było poczucia odpowiedzialności, zabrakło poszanowania i poznania. ale tak naprawdę nie wiesz o czym mówisz. nie możesz nic na ten temat wiedzieć bo nie jesteś mną, a ja nigdy nie będę Tobą. za to On ma rację mówiąc, że wszystko przez białe przepaście. bo gdybyś coś naprawdę kochał lub był przywiązany - naprawdę : nie byłoby ich. więc to jednak nie-naprawdę? kochał czy był przywiązany? tak czy nie? a może gra toczy się o to nieszczęsne 'lub'?
nie mam już siły. istny harmider.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz