nozdrza pulsowały gęsto pochłaniając dobrze im znany, kojący zapach. otulałam się nim jak grubym, kolorowym szalikiem. grzał mnie. grzał mnie od wewnątrz. wypędził poczucie pustki, na miejscu, którego znów pojawiła się nadzieja. może, nie wszystko stracone? może przeszłość wróci i będzie teraźniejszością. może niedługo znów położysz mi na kolanach trochę udawanej zazdrości, trochę uśmiechu, garść przyjemnych wieczorów. może ubierzesz mnie w sukienkę uszytą z przyjemnych rozmów ozdobioną promieniami słońca. może ubrudzimy usta słodką kruszonką i śmiejąc się do siebie oddamy nasze ciała niegroźnym żywiołom.
zaczynam w to wierzyć. czyżby naiwnie?
czwartek, 10 listopada 2011
niedziela, 6 listopada 2011
ulewa. nie deszczyk, nie mżawka. ogromna ulewa, niczym szumiący wodospad. i w dodatku szeleszczące liście. trochę wiatru, dużo słońca. dzikie konie galopujące po spokojnych dolinach. tętent kopyt, dwa parsknięcia na metr kwadratowy. ona i on. może tango, może walc. kilka drgnięć strun. i ani to kontrabas, ani wiolonczela. garść zapachów, szczypta smaków. jakiś film. chyba czarno-biały. stary. lata 20' czy 30'. wysoki kok, szykowne pantofle i rudy kot na chudych kolanach. jasna skóra, błyszczące oczy. ogromny błękit i turyści na plaży. dołek. jeden a zaraz za nim drugi. bez łopaty. mężczyzna z papierosem na przejściu dla pieszych. ciepło. dużo ciepła. kilka uderzeń. jak w zegarku. a może jak do drzwi? gdzieś gra gramofon. trzaska trochę, zakłócając the beatles. spojrzenie. śmiałe. przyjemne. dreszcze. robi się zimno. wieczór oblewa małe domy. i świerszcz gdzieś nieznośnie gra pod płotem.
a wszystko w mojej chorej głowie.
a wszystko w mojej chorej głowie.
wtorek, 1 listopada 2011
do K.
od rana próbuję się odpowiednio ubrać w słowa. przymierzam sukienki z przyimków i epitetów bo bardzo chce Ci się spodobać, ale żadna nie leży dobrze. dlatego dziś prosto, bez metafor, zawiłych zdań i trudnych niedomówień napisze jedno: dziękuję Ci. czarujesz dla mnie wiosnę tej jesieni. ciesze się, że jesteś K.
sobota, 29 października 2011
spadła na mnie lodowata lawina słów. słów gorzkich, cierpkich, ostrych i nad wyraz nieprzyjemnych. tonę po końcówki rzęs w śniegu i nie mogę się wydostać. wołam o pomoc, ale nikt nie przychodzi. cierpię na ciele i na umyśle. słaniam się na guzowatych kolanach. modlę się o koniec tej katastrofy. koszmaru, z którego nie mogę się obudzić. błagam krzycząc przez łzy, ale nikt nie chce mnie wysłuchać. jakby cały świat uwziął się na mnie i tylko czekał na moją porażkę.
zabolało mnie wszystko to co dzisiaj zobaczyłam, usłyszałam i poczułam. zabolała mnie świadomość, że nie wiem kim jesteś. zabolało mnie to, że pozwoliłeś mi wyjść. czy można stracić coś czego się nigdy nie miało?
zabolało mnie wszystko to co dzisiaj zobaczyłam, usłyszałam i poczułam. zabolała mnie świadomość, że nie wiem kim jesteś. zabolało mnie to, że pozwoliłeś mi wyjść. czy można stracić coś czego się nigdy nie miało?
środa, 26 października 2011
spala-lalala-m
spalam się. wypalam. gasnę. kurczę jak knot w wiśniowej świeczce.
coraz mniej mam siebie w samej sobie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)