ulewa. nie deszczyk, nie mżawka. ogromna ulewa, niczym szumiący wodospad. i w dodatku szeleszczące liście. trochę wiatru, dużo słońca. dzikie konie galopujące po spokojnych dolinach. tętent kopyt, dwa parsknięcia na metr kwadratowy. ona i on. może tango, może walc. kilka drgnięć strun. i ani to kontrabas, ani wiolonczela. garść zapachów, szczypta smaków. jakiś film. chyba czarno-biały. stary. lata 20' czy 30'. wysoki kok, szykowne pantofle i rudy kot na chudych kolanach. jasna skóra, błyszczące oczy. ogromny błękit i turyści na plaży. dołek. jeden a zaraz za nim drugi. bez łopaty. mężczyzna z papierosem na przejściu dla pieszych. ciepło. dużo ciepła. kilka uderzeń. jak w zegarku. a może jak do drzwi? gdzieś gra gramofon. trzaska trochę, zakłócając the beatles. spojrzenie. śmiałe. przyjemne. dreszcze. robi się zimno. wieczór oblewa małe domy. i świerszcz gdzieś nieznośnie gra pod płotem.
a wszystko w mojej chorej głowie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz