zmęczone bursztyny martwo wbite w drgający płomień. niespokojne ciepło przepływa kanałami wątłego ciała, wprost do kruchego serca. w głowie ciche, może nieprawdziwe 'what the world needs now is love, sweet love' i kilka przypadkowych klatek w chorej głowie, przy każdym mrugnięciu powieką. iluzja kilku wieczorów nieznośnie odciska się na skórze. w okolicy talii, delikatnie w kierunku bioder. i wbrew pozorom - to nic złego. spokój. cisza. upragniona. w końcu, nareszcie, na szczęście, na pozór?
i to przekonanie, że wszystko jednak przez czary. magię. klątwa zmieniła się w błogosławieństwo. przekleństwo stało się najlepszą drogą ucieczki, możliwością powrotu do życia bez wiosny. nie spodziewałam się, że przyjmę to w ten sposób. bez histerii, paniki, rozczarowania i złości. zima idealnie koi naiwne oparzenia gdzieś pomiędzy 5 a 6 żebrem. dlatego lubię zimę, ostatnio po prostu lubię zimę.
niedziela, 4 grudnia 2011
środa, 30 listopada 2011
niedziela, 27 listopada 2011
bosa na niepewnym gruncie. żarzące się wyrzuty sumienia parzą stopy. rozbiła się o ciemną ścianę pewność siebie i ciemnym strumieniem spływa na dziurawą podłogę. ciągnę taczkę pełną niespełnionych życzeń. niewielki, prywatny koszmar na jawie. i pomyśleć, że mógłby się skończyć gdyby ktoś dał mi na imię 'determinacja'.
***
w mojej głowi narodził się morderca.
znów staję przed ciężkim wyborem
ofiary.
morderca - samobójca.
i Bóg jeden wie co jeszcze.
środa, 23 listopada 2011
bajka.
zawalił się sufit. stoi szary, pusty dom bez dachu. podłoga, ściany i wybite okna. i dziura w miejscu drzwi. na pozornie nowej sofie gniją dawne historie. obumiera ich cienka skóra i obrzydliwie odłącza się od sczerniałych szkieletów. krzywo wisi na ścianie wyblakły obraz. w kącie sukienka. w sukience kobieta. a sukienka podarta i w kwiaty. chowa w niej połamane paznokcie, poranione dłonie. szare oczy martwo wbite w okurzoną podłogę - jak głowy gwoździ górujące nad drewnianym parkietem. w gwoździach jednak więcej jest blasku. ogień wygasł - popiół czy diament? nikt już nie wie. a ona stoi. stoi. stoi. przez dzień, tydzień, może miesiąc. wieczność stała się jakby bliska i nadzwyczaj niegroźna. zapowiedź końca stała się początkiem. początkiem bajki, której nie opowiada się dzieciom przed snem.
- źle patrzy się na takie kobiety. ale skoro nie można im pomóc, to wypada chociaż patrzeć. nie pożegnam się bez 'do widzenia'.
i poszedł. poszłam. poszliśmy. poszli precz. a ona została.
- źle patrzy się na takie kobiety. ale skoro nie można im pomóc, to wypada chociaż patrzeć. nie pożegnam się bez 'do widzenia'.
i poszedł. poszłam. poszliśmy. poszli precz. a ona została.
niedziela, 20 listopada 2011
pod kocem utkanym z ciemnych stratusów nocy - niepewność.
spierzchnięte wargi pod uciskiem perłowych kajdan.
błyszczące bursztyny w przegranej walce z bezkresnym morzem.
czarna kurtyna opiewająca zwycięstwo.
drżące mięśnie.
nieustający tętent rozsadzający klatkę.
i huczał na górze cyklon nie do opisania.
iskra. płomień. pożar. POŻAR.
niepohamowany.
wypalona niepewność i pragnienie na jej miejscu.
oswobodzone wargi otulone ciepłem.
bursztyny zatopione w morzu.
szalejące zmysły i gęsia skórka -
od nieba po samą szyję.
biodro, plecy, trochę niżej, trochę wyżej.
splecione palce. podróż po nieznanym lądzie.
niczym Kolumb w Nie-Ameryce.
jeden, nie dwa.
i godzina.
jedna. druga. tak do czterech.
a świt bez czerwonych maków na białym dywanie.
stałam się kobietą o którą kiedyś pytała Madonna Małgorzata. kobietą o której nie piszę się powieści i nie kręci filmów. kobietą, która broni się rękami i nogami przed słonym deszczem niosącym zapowiedź końca. bo wbrew wszelkim oczekiwaniom - chce być taką kobietą.
spierzchnięte wargi pod uciskiem perłowych kajdan.
błyszczące bursztyny w przegranej walce z bezkresnym morzem.
czarna kurtyna opiewająca zwycięstwo.
drżące mięśnie.
nieustający tętent rozsadzający klatkę.
i huczał na górze cyklon nie do opisania.
iskra. płomień. pożar. POŻAR.
niepohamowany.
wypalona niepewność i pragnienie na jej miejscu.
oswobodzone wargi otulone ciepłem.
bursztyny zatopione w morzu.
szalejące zmysły i gęsia skórka -
od nieba po samą szyję.
biodro, plecy, trochę niżej, trochę wyżej.
splecione palce. podróż po nieznanym lądzie.
niczym Kolumb w Nie-Ameryce.
jeden, nie dwa.
i godzina.
jedna. druga. tak do czterech.
a świt bez czerwonych maków na białym dywanie.
stałam się kobietą o którą kiedyś pytała Madonna Małgorzata. kobietą o której nie piszę się powieści i nie kręci filmów. kobietą, która broni się rękami i nogami przed słonym deszczem niosącym zapowiedź końca. bo wbrew wszelkim oczekiwaniom - chce być taką kobietą.
Subskrybuj:
Posty (Atom)