niedziela, 4 grudnia 2011

zima.

zmęczone bursztyny martwo wbite w drgający płomień. niespokojne ciepło przepływa kanałami wątłego ciała, wprost do kruchego serca. w głowie ciche, może nieprawdziwe 'what the world needs now is love, sweet love' i kilka przypadkowych klatek w chorej głowie, przy każdym mrugnięciu powieką. iluzja kilku wieczorów nieznośnie odciska się na skórze. w okolicy talii, delikatnie w kierunku bioder. i wbrew pozorom - to nic złego. spokój. cisza. upragniona. w końcu, nareszcie, na szczęście, na pozór?
i to przekonanie, że wszystko jednak przez czary. magię. klątwa zmieniła się w błogosławieństwo. przekleństwo stało się najlepszą drogą ucieczki, możliwością powrotu do życia bez wiosny. nie spodziewałam się, że przyjmę to w ten sposób. bez histerii, paniki, rozczarowania i złości. zima idealnie koi naiwne oparzenia gdzieś pomiędzy 5 a 6 żebrem. dlatego lubię zimę, ostatnio po prostu lubię zimę.

środa, 30 listopada 2011

nie wiem. po prostu nie wiem. 
niewiedza stała się moją osobistą katastrofą.
potrzebuję spowolnienia tętna.
natychmiast, na gwałt, na spokój, na ciszę. 
na chwilę. przez chwilę. 
nie uciekaj.

niedziela, 27 listopada 2011

bosa na niepewnym gruncie. żarzące się wyrzuty sumienia parzą stopy. rozbiła się o ciemną ścianę pewność siebie i ciemnym strumieniem spływa na dziurawą podłogę. ciągnę taczkę pełną niespełnionych życzeń. niewielki, prywatny koszmar na jawie. i pomyśleć, że mógłby się skończyć gdyby ktoś dał mi na imię 'determinacja'.

***

w mojej głowi narodził się morderca.
znów staję przed ciężkim wyborem
ofiary.
morderca - samobójca.
i Bóg jeden wie co jeszcze.

środa, 23 listopada 2011

bajka.

zawalił się sufit. stoi szary, pusty dom bez dachu. podłoga, ściany i wybite okna. i dziura w miejscu drzwi. na pozornie nowej sofie gniją dawne historie. obumiera ich cienka skóra i obrzydliwie odłącza się od sczerniałych szkieletów. krzywo wisi na ścianie wyblakły obraz. w kącie sukienka. w sukience kobieta. a sukienka podarta i w kwiaty. chowa w niej połamane paznokcie, poranione dłonie. szare oczy martwo wbite w okurzoną podłogę - jak głowy gwoździ górujące nad drewnianym parkietem. w gwoździach jednak więcej jest blasku. ogień wygasł - popiół czy diament? nikt już nie wie. a ona stoi. stoi. stoi. przez dzień, tydzień, może miesiąc. wieczność stała się jakby bliska i nadzwyczaj niegroźna. zapowiedź końca stała się początkiem. początkiem bajki, której nie opowiada się dzieciom przed snem. 


- źle patrzy się na takie kobiety. ale skoro nie można im pomóc, to wypada chociaż patrzeć. nie pożegnam się bez 'do widzenia'. 


i poszedł. poszłam. poszliśmy. poszli precz. a ona została.

niedziela, 20 listopada 2011

pod kocem utkanym z ciemnych stratusów nocy - niepewność. 
spierzchnięte wargi pod uciskiem perłowych kajdan. 
błyszczące bursztyny w przegranej walce z bezkresnym morzem. 
czarna kurtyna opiewająca zwycięstwo. 
drżące mięśnie. 
nieustający tętent rozsadzający klatkę. 
i huczał na górze cyklon nie do opisania. 
iskra. płomień. pożar. POŻAR. 
niepohamowany.
wypalona niepewność i pragnienie na jej miejscu.
oswobodzone wargi otulone ciepłem. 
bursztyny zatopione w morzu. 
szalejące zmysły i gęsia skórka - 
od nieba po samą szyję. 
biodro, plecy, trochę niżej, trochę wyżej. 
splecione palce. podróż po nieznanym lądzie. 
niczym Kolumb w Nie-Ameryce. 
jeden, nie dwa. 
i godzina. 
jedna. druga. tak do czterech. 
a świt bez czerwonych maków na białym dywanie.




stałam się kobietą o którą kiedyś pytała Madonna Małgorzata. kobietą o której nie piszę się powieści i nie kręci filmów. kobietą, która broni się rękami i nogami przed słonym deszczem niosącym zapowiedź końca. bo wbrew wszelkim oczekiwaniom - chce być taką kobietą.