środa, 23 listopada 2011

bajka.

zawalił się sufit. stoi szary, pusty dom bez dachu. podłoga, ściany i wybite okna. i dziura w miejscu drzwi. na pozornie nowej sofie gniją dawne historie. obumiera ich cienka skóra i obrzydliwie odłącza się od sczerniałych szkieletów. krzywo wisi na ścianie wyblakły obraz. w kącie sukienka. w sukience kobieta. a sukienka podarta i w kwiaty. chowa w niej połamane paznokcie, poranione dłonie. szare oczy martwo wbite w okurzoną podłogę - jak głowy gwoździ górujące nad drewnianym parkietem. w gwoździach jednak więcej jest blasku. ogień wygasł - popiół czy diament? nikt już nie wie. a ona stoi. stoi. stoi. przez dzień, tydzień, może miesiąc. wieczność stała się jakby bliska i nadzwyczaj niegroźna. zapowiedź końca stała się początkiem. początkiem bajki, której nie opowiada się dzieciom przed snem. 


- źle patrzy się na takie kobiety. ale skoro nie można im pomóc, to wypada chociaż patrzeć. nie pożegnam się bez 'do widzenia'. 


i poszedł. poszłam. poszliśmy. poszli precz. a ona została.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz